G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

poleca

IN FLAGRANTI: nie gęsi, alternatywę swą mają?!

Autor: Krzysztof Jankowski, dodano: 24-01-2010, 13:10

In Flagranti to nowa inicjatywa portalu G-punkt.pl. W nowej wirtualnej przestrzeni znalazło się miejsce na analityczne teksty, kontrowersyjne opinie, polemiki i prezentację własnych poszukiwań kulturalnych.

W styczniu - podsumowanie minionego roku, jak najbardziej nietypowe. Teksty do przyłapania w każdą niedzielę.

Dawno nie było takiego nagromadzenia imprez wielkiego formatu we Wrocławiu. Poprzedni rok przeszedł do historii jako uczta dla duszy teatromana i koszmar dla jego portfela. Wystarczy wspomnieć festiwale Świat Miejscem Prawdy, Europejską Nagrodę Teatralną czy Dialog. Wielki teatr w wielkiej formie. A co z tym trochę mniejszym?

Na tle tego, co mieliśmy okazję zobaczyć w „standardowych” teatrach, zdziwienie powinien budzić kontrastowy stan wrocławskich teatrów alternatywnych. Bo przy całej dozie eufemistycznych środków wyrazowych nasuwa się tu tylko jedno stwierdzenie – degrengolada. Raczej nie katastrofalna, ale kto nie idzie do przodu ten się cofa. I to widać.

Czym jest teatr alternatywny? Definicję podać trudno - równie dobrze można by zapytać, czym jest teatr w ogóle. Co jeszcze jest poza głównym nurtem, a co już należy do szeroko rozumianego mainstreamu? Żeby nie wdawać się w zbędne spory, za cezurę uznałem fakt następujący – czy dany teatr jest dotowany z państwowego budżetu. Jeśli nie, wtedy można założyć, że znika problem nacisków ekonomicznych, zależność od sił pozateatralnych, pluralizm rośnie, a widz otrzymuje coś „innego”. Oczywiście założenie to jest dużym uproszczeniem, trudno jednak założyć, że teatr otrzymujący od państwa pieniądze na swoją działalność jest wobec czegokolwiek alternatywny – alternatywność wobec alternatywy? Nonsens.

Pozostawmy jednak spory doktrynalne i poprzestańmy na prostej definicji, która choć wad ma wiele, niesie ze sobą niezwykłą łatwość operowania nią: teatr alternatywny to niezależny finansowo od państwa. Spośród nich we Wrocławiu trzeba wymienić dwa, które wkroczyły w tym roku „na salony”. Mowa o Teatrze ZAR i Teatrze Pieśń Kozła. Dla tego ostatniego, mimo braku premier, rok 2009 był wyjątkowo fortunny. „Macbeth” w reż. Grzegorza Brala, (pokazany po raz pierwszy w 2008 r.) spektakl oparty na dramacie Williama Shakespeare'a, został nominowany do nagrody Nowe Rzeczywistości Teatralne, przyznawanej w ramach Europejskiej Nagrody Teatralnej. Ponadto, nominowany był również do IV Wrocławskiej Nagrody Teatralnej. Grane w języku staroangielskim, dla wielu niezrozumiałe, (a wystarczy tylko znać Shakespeare'a) przedstawienie wyróżnia przede wszystkim brawurowa, pełna poświęcenia gra aktorów. Na to, co zobaczyliśmy w tym roku, pracowali przez kilka ostatnich lat. Czekamy na kolejną premierę – czas pokaże, czy spoczęli na laurach, czy rzeczywiście są powody do dumy.

Podobnie jest z Teatrem ZAR. Dowodzony przez dyrektora Instytutu Grotowskiego Jarosława Freta również zaprezentował się w tym festiwalowym roku międzynarodowej publiczności. Choć podobnie jak w przypadku Teatr Pieśń Kozła nie doczekaliśmy się niczego nowego w 2009 roku to w perspektywie kilku miesięcy mamy wydarzenie niezwykłe – polską premierę całego tryptyku, wraz z niegranym we Wrocławiu „Anhelli: Wołanie.”. Fret zbyt zajęty większym teatrem (Rok Grotowskiego) trochę chyba odstawił ten mniejszy na dalszy plan, co jest w tym wypadku całkowicie zrozumiałe.

Te dwa teatry alternatywne utrzymały swój, nomen omen, dobry poziom w roku ubiegłym. Niestety tego nie da się powiedzieć o pozostałych. Scena Witkacego na swojej stronie internetowej informuje, że latem odbyły się… dwa spektakle. To, delikatnie mówiąc, niewiele. A szkoda, bo przecież potencjał mają duży. Teatr na Bruku regularną działalnością zdaje się nie parać, skupiając się raczej na prowadzeniu warsztatów. Teatr Zakład Krawiecki zniknął chyba na czas nieokreślony, bo wygląda na to, że ich ostatni występ miał miejsce w lipcu. A o jakichkolwiek planach na przyszłość ani widu, ani słychu. Teatr Formy jest aktywny chyba głównie festiwalowo. Natomiast z oficjalnej strony internetowej trudno dowiedzieć się czegokolwiek o działalności we Wrocławiu. Prawdziwym ewenementem jest Teatr Versus. To proszę Państwa jest teatr, który nie wystawia spektakli, a organizuje koncerty (sic!). Mniejsza z tym jakie, gdzie i po co, ale klubu W-Z teatrem raczej nazwać się nie da… Teatr Korba zamarł w bezruchu, w ubiegłym roku mając nam nic do zaproponowania, ograniczając swą działalność do epizodycznych występów. Całkiem nieźle prezentuje się na tym tle Teatr Arka. Działa, został nawet zaproszony na XII Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski w Trójmieście, by tam wystawić „Makbeta” w reżyserii Renaty Jasińskiej. Podobnie Ad Spectatores, przez wielu uznawany za perełkę naszej sceny alternatywnej. Z zapowiadanych dwóch spektakli z cyklu The meeting place powstały dwa, ale teatr pozostaje aktywny, wystawia, tworzy. Doczekaliśmy się pięciu premier w roku ubiegłym, choć dwa lata temu było ich osiem. Oczywiście liczy się jakość, ale trzeba mieć nadzieję, że tendencja spadkowa w kolejnych latach się nie utrzyma.

Z pewną dozą wisielczego humoru można by rzec, że wrocławską sceną alternatywną rządzi darwinizm. Przetrwają najsilniejsi, najwięksi, size does matter. O Teatr ZAR, Pieśń Kozła i Ad Spectatores tak naprawdę nie trzeba się zbytnio martwić, bo nikt nie pozwoli im zniknąć ze świadomości wrocławskich widzów. Także specyfika ich twórczość powoduje, że mają one pewne małe, oryginalne poletko działalności, które pielęgnują.

Problemem jest natomiast stan i aktywność pozostałych teatrów, tych mniejszych, alternatywnych. W nich wszak rodzą i obumierają idee; ich istnienie to poświadczenie, że wrocławski teatr jest pluralistyczny, że ma dużo do zaproponowania. Może poszczególne przypadki nie wyglądają źle, jednak ogólna ocena stanu naszej sceny teatralnej nie może być dobra. Gorszy sezon? Miejmy nadzieję, że to tylko chwilowa niedyspozycja. Życzmy więc sobie, żeby takie instytucje jak Scena Witkacego wróciły do dawnej aktywności i formy. Warto też zadać sobie pytanie następujące – czy my jako widzowie w ogóle potrzebujemy tych mniejszych, niestandardowych teatrów? Wierzę, że odpowiedź jest dla większości z nas jedna i oczywista.

Niepokojące w pewnym zakresie jest też to, że coraz częściej teatry „alternatywne” sięgają po dotacje z budżetu miasta. W tym wypadku można by rzec, że Marks w pewnym sensie miał rację - bez bytu materialnego żaden teatr w świadomości widza raczej nie zaistnieje. Widz musi mieć gdzie usiąść, a sprzedaż biletów to nie działalność charytatywna. Rzeczywistości nie można odrzucić i przenieść się w wymiar metafizyczny. Tak więc dotacje te pełnią pozytywną rolę, dopóki nie stają się jednym z głównych źródeł finansowania działalności. Wtedy etykietka „alternatywa” nieubłaganie znika.

 

 

źródło fotografii : www.gazeta.pl

Tagi: krzysztof jankowski alternatywa teatr alternatywny teatr arka teatr pieśń kozła macbeth grzegorz bral jaroslaw fret teatr zar teatr ad spectatores teatr na bruku teatr zakład krawiecki teatr formy



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/zainspirowani_swiatem/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator