In Flagranti to nowa inicjatywa portatu G-punkt.pl. W nowej wirtualnej przestrzeni znalazło się miejsce na analityczne teksty, kontrowersyjne opinie, polemiki i prezentację własnych poszukiwań kulturalnych.
W styczniu - podsumowanie minionego roku, jak najbardziej nietypowe. Teksty do przyłapania w każdą niedzielę.

Rok 2009 rozpieścił pop kulturę. Na scenę wkroczyła Lady Gaga, król popu odszedł z iście królewskim rozmachem, tuż przed planowanym powrotem na sceny i do świadomości milionów. Nagle wszyscy odkurzyli kasety z "Thrillerem" i słuchali, nucili, tańczyli. Bracia Gallagher znów się pokłócili, Blur się reaktywuje, a Frusciante opuścił Red Hotów. Nic nowego pod słońcem, ale pisać newsy jest o czym.
Trudniej pisać o nowych trendach, wybitnych zespołach czy rewolucjach. Bo ich nie widać. Wyśmiane i znielubiane przez niektórych indie rozdrabnia się coraz bardziej, jak gdyby ambicją nowopowstających zespołów było tworzenie nowych gatunków. Mija się to jednak z celem - dodanie to istniejącej już nazwy kolejnego, modnego (w tym miesiącu) przedrostka nie zmienia samej muzyki. Która indie i tak dawno już nie jest.
Moją uwagę zwracają jednak sprzeczności w obrębie samych już gatunków - na muzycznej scenie zaczyna brakować miejsca. Nowa muzyka klasyczna zaskakuje a to minimalizmem, a to piętrowymi kompozycjami. Gitarowe granie oscyluje między rock-operą a garażowym brudem, folk(i) między użyciem instrumentów tradycyjnych a sięganiem po plastikowe zabawki. Mamy skrajności, mamy wszystko pomiędzy, a jakoś nic nie zaskakuje, nie zniewala. Dźwięki niegdyś rewolucyjne już na dobre wskoczyły na nasze półki i dyski twarde, teraz czas na leżakowanie. Przewroty co rok też by się w końcu znudziły.
Globalnie więc - spokój. Wszyscy zagrali tak, jak mieli zagrać, złapali to, co mieli złapać i opisali to tak, jak było przewidziane. A lokalnie?
Po wielu latach Polska pojawiła się w końcu na muzycznej mapie Europy. Wyrastające tu i ówdzie festiwale przekonały gwiazdy, że źle u nas nie mają, i zaczęli przyjeżdżać też pojedynczo. A może wyrosło pokolenie, któremu chce się gwiazdy sprowadzać? Trudno powiedzieć. Nie udzielił mi się jednak entuzjazm tych, których występy Radiohead, Madonny czy U2 doprowadzały do spazmów i zachwytów. "W końcu nie trzeba jeździć za granicę", ale pierwszy w cudnym kraju występ Nine Inch Nails po ponad 20 latach ich istnienia nie jest chyba wielkim wyczynem. Jest lepiej, ale - spokojnie. Pojawiające się gdzieniegdzie zapowiedzi koncertów na rok 2010 pozwalają przypuszczać, że za rok o tej porze kajać się będę za sceptycyzm - czego sobie i Wam życzę.
Polskie zespoły nie zawiodły i też nie zaskoczyły. Nowa płyta Heya - calkiem przyjemna - zaskoczyłaby gitarowo-ogniskowych fanów gdyby nie fakt, że pani Nosowska od lat kilku konsekwentnie zmierza w kierunku wysmakowanego, inteligentnego i nowoczesnego popu. Tylko tych, którzy zapadli w sen pięcioletni "Miłość! Uwaga!..." mogła zszokować.
We wrocławskim mikroświecie za to - zamieszanie. Po co najmniej roku plotek Jazz Klub Rura zniknął. Pojawiło się jednak kilku nowych graczy, a historia Rury każe wierzyć, że znów gdzieś się wynurzy. Bez kilku całkiem świeżych imprez trudno już sobie wyobrazić przyszłoroczny kalendarz. Występy Jackie-o-Motherfucker czy Camera Obscura nie tylko przykeliły rozanielone uśmiechy do naszych twarzy - być może czeka nas mniej wycieczek do Poznania czy Krakowa.
I nurtuje tylko jeden problem - publiczność. Gdzie są wszyscy?
Nie ma jeszcze lansu na dobrą muzykę - pojawia się może przy okazji lansu na festiwal (jak na Erze Nowe Horyzonty), ale nie więcej. Publiczność wrocławska jest nieprzewidywalna, trudno przewidzieć, czy pojawi się pięć czy pięćdziesiąt osób. Ceny większości biletów nie pozbawiają tchu, z promocją nienajgorzej, a więc - co się dzieje? Czy, paradoksalnie, ogólna dostępność muzyki w internecie - koncertów, klipów, albumów - sprawia, że chodzimy już tylko na sprawdzone zespoły, a debiutantom czy niszowym dziwakom nie dajemy szans? Z takim Heyem czy Myslovitz to i pośpiewać można, i postać w kolejce przed WFF, i młodsze rodzeństwo zabrać.
Zastanowić się tylko można - czy lepiej zbierać pół roku to 100 zł na Heya, czy może otworzyć wewnętrzne ucho na raz gdzieś usłyszane dźwięki debiutantów i dać szansę pięciu nowym zespołom na zburzenie porządku naszego Top 5.
Czas na małą rewolucję - w muzyce, na scenie i w głowach słuchaczy. Z natłoku znanych dźwięków i zabawy formą wrócić do melodii, na mniejsze i większe festiwale nie zapraszać po raz pięćsetny Kultu, a internetowego słuchacza skusić do wyjścia z domu.
Kto się podejmie?
Źródło ilustracji: http://www.flickr.com/photos/futureancient
Tagi: In Flagranti podsumowanie roku muzyka Honorata Kłosowska Radiohead Hey Jazz Klub Rura festiwale