G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

IN FLAGRANTI: Poszukiwacze Zaginionego Elementu

Autor: Marta Kaprzyk, dodano: 26-07-2010, 11:59

In Flagranti to miejsce na analityczne teksty, kontrowersyjne opinie, polemiki oraz prezentację własnych poszukiwań kulturalnych. Teksty do przyłapania w każdą niedzielę (dziś - wyjątkowo w poniedziałek). W lipcu i w sierpniu będziemy opisywać kulturalny Wrocław. Dzisiaj spojrzenie na najbardziej niezwykłe wydarzenia minionego sezonu. 

Sezon 2009/2010 obfitował we Wrocławiu w całą masę interesujących wydarzeń kulturalnych. Jednak w marcu mogliśmy oglądać coś, czego nie da się porównać z żadnym innym projektem. Spektakl wykorzystujący magię kina, siłę teatru, świetną muzykę i błyskotliwość twórców. Proszę Państwa, najciekawszym wydarzeniem minionego sezonu bez wątpienia był pokaz w ramach nurtu OFF 31. Przeglądu Piosenki Aktorskiej – "Poszukiwacze Zaginionego Elementu" w reżyserii Piotra Łukaszczyka, będącego na co dzień aktorem Wrocławskiego Teatru Współczesnego. 

- To zaczęło się od jakiegoś dziwnego, głupiego pomysłu – mówi reżyser. - Kiedyś byłem w kinie Lwów i miałem pomysł na jego reaktywację, później pomyślałem, że frajdę zawsze sprawiało mi siedzenie przed telewizorem, oglądanie filmu czy serialu i podkładanie wymyślonych dialogów.

"Poszukiwacze Zaginionego Elementu" łączą obie te kwestie. Pokaz odbył się w Kinie Lwów i zebrał ogromną widownię spragnioną oryginalności. Nikt nie spodziewał się jednak tak wybuchowego koncertu absurdu: filmem, który stał się inspiracją dla twórców jest bowiem kultowa turecka superprodukcja sci-fi z 1982 roku "Człowiek, który uratował świat" (znana jako "Tureckie Gwiezdne Wojny", z powodu wykorzystania fragmentów sagi George'a Lucasa i innych znanych filmów) w reżyserii Cetina Inanca. Projekcji towarzyszyła muzyka na żywo autorstwa Pawła Konikiewicza i Wojtka Orszewskiego.

 Film opowiada o przygodach dwóch pilotów: Murata i Aliego, którzy na obcej planecie muszą zmierzyć się ze złym imperatorem, próbującym podbić Ziemię. Jego ataki odpierane są przez tarczę skupiającą molekuły ludzkich mózgów, jednak on nie daje za wygraną. I niewielu miałoby odwagę, by go pokonać. Cuneyt Arkin - gwiazda tureckich filmów akcji tym razem zaprezentował się również jako autor scenariusza, który w "Poszukiwaczach Zaginionego Elementu" nabrał zupełnie innego wymiaru. Anna Kieca, Krzysztof Boczkowski, Szymon Czacki, Krzysztof Zych i Bartosz Woźny zaprezentowali zupełnie nowe dialogi w historii, która okazała się być homoerotyczną balladą o miłości, przyjaźni i kebabie (który dla mnie już nigdy nie będzie po prostu fast foodem).

Nie temat jest tu jednak najważniejszy.

 "Człowiek, który uratował świat" jest filmem, którego głupota sięga zenitu. "Poszukiwacze Zaginionego Elementu" przekraczają natomiast wszelkie granice absurdu.

Interesujący był sam proces pracy nad projektem. Piotr Łukaszczyk, zapytany, dlaczego zdecydował się na turecki film który zapisany jest na listę 10 najgorszych filmów wszechczasów, odpowiedział ze śmiechem:

- Pewnie właśnie dlatego! - i dodał: - Zdecydowałem, żeby to był straszny kicz. I założyłem: gdyby napisać na nowo idiotyczny scenariusz do istniejącego filmu, którego się nie da obejrzeć w całości, a skomponować do tego bardzo dobrą muzykę - chyba wtedy można wszystko jakoś obronić. Innym pytaniem jest, co wyjdzie na spotkaniu tych dwóch rzeczy. Tomek Cymerman dobrze to ostatnio określił: że to jest coś już postdramatycznego. Nie opowiada się fabułą, tylko wpływa na wszystkie zmysły. Dlatego właśnie "Poszukiwacze...".

Krzysztof Boczkowski: - Piotrek zaprosił mnie do współpracy. Siedzieliśmy przez trzy miesiące i oglądaliśmy ten film... Fascynujący, po prostu, na zabój. I kombinowaliśmy, co bohaterowie mogą do siebie mówić. Tak naprawdę to były trzy miesiące regularnych spotkań i wielkiego ubawu. Ja nie do końca wierzyłem, że on zostawi to w takiej formie. Wszystko było tak przegięte, że bałem się, iż nam po prostu nie wyjdzie i niemożliwe będzie, żeby ktoś jeszcze się na tym dobrze bawił. W pewnym momencie straciliśmy dystans, nie wiedzieliśmy, co jest jeszcze śmieszne, a co już nie. Co jeszcze mieści się w granicach rozsądku i szeroko pojętego poczucia humoru.

- Piotrek zaczął pisać dialogi, więc musieliśmy zarazić się jego specyficznym poczuciem humoru, zaczęliśmy nadawać na tych samych falach, później razem z nim, Zychem i Boczkowskim wymyślaliśmy kolejne tysiące wersji tej samej historii i ustalaliśmy, jak te dialogi mogłyby brzmieć - opowiada Szymon Czacki. - W pewnych momentach musieliśmy się sami cenzurować, ale ten film naprawdę kusi do takich rzeczy, mocnej przesady.

 Rzeczywiście, specyfika humoru jest niezwykła, jednak można to uznać wyłącznie za zaletę przedstawienia. Widzowie, powitani w holu kina Lwów przez reżysera i towarzyszącego mu tureckiego aktora (odegranego brawurowo przez bezpretensjonalnego Tomasza Cymermana) już od początku mogli czuć, że będzie to pokaz, który pokochają od pierwszych minut, lub wyjdą zniesmaczeni już po pierwszym kwadransie. Jednak niemal wszyscy uznali, że bliżej im do grupy pierwszej.

 - Co jest w pewnym sensie przerażające, wiele razy miałem wrażenie, że się wciągam w ten film – śmieje się Piotr Łukaszczyk. - Sprawdzałem, do jakiego stopnia absurdu można dojść. Bardzo mocno działa też energia, i fakt, że to wszystko odbywa się na żywo.

 Jednorazowość była, paradoksalnie, jedną z największych zalet tego spektaklu.

Szymon Czacki: - Świetna była jednorazowa energia tego przedsięwzięcia, ale Piotrek wciąż nad tym pracuje. Takich pomysłów są w Teatrze Współczesnym setki, chapeau bas dla Piotrka, że zagryzł wargi i konsekwentnie zrealizował swój szaleńczy projekt.

 - Wspólnie doszliśmy do wniosku, że jako regularnie grany spektakl to umrze. - opowiada reżyser. - Bo po pierwsze wymaga on jednak specyficznej widowni, po drugie: nie to jest jego siłą. Siła tego wydarzenia nie polega na jego spójności czy wartości artystycznej, a wyłącznie na jego energii. Grane regularnie, mogłoby stać się bardzo odtwórcze. Mimo to, bardzo chciałbym pokazać to we Wrocławiu jeszcze raz.

 

Pytam Krzysztofa Boczkowskiego o jego pojdejście do samego tworzenia offu. - Tam nie ograniczają mnie żadne konserwatywne zasady, w offie można wszystko odrzucać, łamać, bawić się, powstaje zupełnie nowa jakość – odpowiada. - Dla profesjonalnego aktora off to przestrzeń, gdzie może zrzucić z siebie odpowiedzialność, która często blokuje i nadaje sztywny charakter pracy. Bo jest reżyser, który wymaga, tekst, który trzeba w odpowiedni sposób przekazać, bo jest postać i historia. A w offie tego nie ma, lub polega to na ciągłym poszukiwaniu.

 I jestem przekonana, że marcowy pokaz w Kinie Lwów mógł być... właśnie. Znalezieniem tego Zaginionego Elementu na kulturalnej mapie Wrocławia. Wydarzeniem bez precedensu, które wiele osób chciałoby przeżyć jeszcze raz. Powtórzyć je i znów przez kilkadziesiąt minut znaleźć się w świecie, gdzie nie ma żadnej logiki, a jednak wciąga on niesamowicie i przynosi budujące poczucie, że w sztuce, rzeczywiście, nie ma żadnych barier.

 

Tutaj znajdziecie więcej informacji i trochę zdjęć.

 

 

Tagi: In Flagranti nurtu OFF 31. Przeglądu Piosenki Aktorskie PPA Piotr Łukaszczyk Poszukiwacze Zaginionego Elementu Teatr Współczesny



Skomentuj

Newsletter

reklama
zoom2012
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator