In Flagranti to nowa inicjatywa portalu G-punkt.pl. W naszej wirtualnej przestrzeni znalazło się miejsce na analityczne teksty, kontrowersyjne opinie, polemiki i prezentację własnych poszukiwań kulturalnych.
Temat lutego to seks w kinie oglądany z wszelkich możliwych stron. Teksty do przyłapania w każdą niedzielę. Dziś o seksie w najnowszym kinie polskim.

Polscy filmowcy niechętnie podejmują temat seksu, nie tworzą niezliczonej ilości pięknych, wysmakowanych scen miłosnych. Przeciwnie – długo dorastali do pokazywania ich na ekranie. Co więcej, można mieć wrażenie, jakby robili to z przymusu. Seks w polskim kinie jest bowiem w większości aktem cierpiętniczym na granicy agonii lub formą terapii dla uciśnionych.
Za pierwszą polską scenę rozbieraną uznaje się obnażenie piersi przez robotnicę paryską – Hannę Skarżankę w filmie „Młodość Chopina” z 1951 roku. Biorąc pod uwagę aspekt wizualno-estetyczny można zaznaczyć, iż polskie aktorki rozbierają się (całkiem) często... Jednak trudno pozbyć się wrażenia, że jest to – paradoksalnie – kostium, który nie potrafi zastąpić autentycznej czułości czy emocji, od których mogłoby widzowi pęknąć serce.
Seks jako przyczyna i skutek
Polskie kino byłoby znacznie bardziej pruderyjne, gdyby nie dwóch prekursorów swobodnego i bezkompromisowego prezentowania seksualności, za których bez wątpienia można uznać Waleriana Borowczyka i Andrzeja Żuławskiego. Pierwszy z nich jest autorem sztandarowych „Dziejów Grzechu” na podstawie prozy Stefana Żeromskiego z Grażyną Długołęcką i Olgierdem Łukaszewiczem w rolach głównych. Jego wizje zyskały uznanie we Francji, przez wiele lat udało mu się zrealizować tam kilka obrazów przesyconych erotyką (jak „Bestia” z 1975 roku, gdzie seks jest przyczyną i skutkiem wszelkich działań, włączając seks ze zwierzętami, retrospektywne sceny kopulacji z tytułową bestią oraz seks jako narzędzie przeciwko hierarchizacji i rasizmowi).
Żuławski natomiast, jeszcze zanim rozpoczął trwający obecnie romans z tabloidami, uznawany był za jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci polskiego świata filmowego. Truizmem jest obwieszczane, że stało się tak głównie za sprawą głośnej „Szamanki” (1996) ze scenariuszem Manueli Gretkowskiej.
Michał (Bogusław Linda) przez przypadek spotyka na ulicy Włoszkę (Iwona Petry). On – antropolog opętany badaniami nad swoim nowym znaleziskiem (szczątki mężczyzny, który był prawdopodobnie plemiennym szamanem); ona – poszukuje mieszkania, chce zacząć studia. Ich pierwszy seks jest zaspokojeniem najczystszych fizycznych popędów, niczym więcej. Wraz z rozwojem fabuły, niestety, nie zmienia się to. Włoszka cierpi na permanentne niezadowolenie seksualne – Tobie nigdy nie jest dobrze – mówi z wyrzutem jej chłopak, Marcin.
W „Szamance” wszystkie sceny erotyczne są niepoprawne, żeby nie powiedzieć: niesmaczne. Tutaj także seks jest przyczyną i skutkiem: oglądamy samogwałt po zjedzeniu kociej karmy, skandalizujące sceny wykorzystywania seksualności i nagości, seks w pociągu – Michał, rozżalony po samobójczej śmierci brata, jest brutalny. Właściwie wszystkie sceny seksu w „Szamance” są dosłowne, bezpruderyjne, miejscami jakby wulgarne, jest pot i łzy, strach i odraza. Michał w orgazmicznych krzykach Włoszki dopatruje się szamańskich dźwięków, dla niej zostawia piękną, utalentowaną dziewczynę. Chce zgłębić szamańską naturę swojej nowej kochanki. Ona, po jednej z kłótni, idzie do Wojtka, kolegi z pracy i pod pozorem głębokich uczuć gwałci go, jego katolicyzm i całą strukturę moralności, bo znów chce tylko zaspokoić krótkotrwałą potrzebę fizycznej bliskości.
Pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, iż ani Linda, ani Petry nie pojawili się na premierze filmu. Ponadto, Iwona Petry zniknęła z życia publicznego tak szybko, jak się w nim pojawiła i powróciła na moment w 2004 roku z napisaną przez siebie książką, mianując się szukającą spełnienia artystką i twierdząc, że do Żuławskiego nie ma żalu, bo mimo wszystko ich spotkanie kilka lat wcześniej pomogło jej dorosnąć i ukształtować swoją osobowość.
To jest jednak absolutny kanon. Kto więc oprócz Borowczyka i Żuławskiego (który także wyemigrował do Francji) wykazał się podobną finezją w ukazaniu seksu na ekranie? Aby spróbować znaleźć chociaż namiastkę stylu klasyków, zwróćmy uwagę przede wszystkim na najbardziej współczesne filmy (powstałe w większości po 1989). Na samym początku przychodzą na myśl trzy nazwiska reżyserów urodzonych w początku lat 70.: Jacek Borcuch, Magdalena Piekorz i Łukasz Barczyk.
Seks nostalgiczny
Dramatycznie kulminacyjny bywa seks w filmach Jacka Borcucha. W „Tulipanach” (2004) skupia się on na kruchych relacjach rodzinnych: ojciec Dzieciaka (Andrzej Chyra) trafia do szpitala. Trudna sytuacja zbliża do siebie jego syna i oddanych od lat przyjaciół ojca. Film przepełniony jest nostalgią, opowieściami o przeszłości, rozważaniami na temat przemijającego czasu.
Dzieciak i jego partnerka Ola (Ilona Ostrowska) są przedstawicielami młodszego pokolenia. Ważniejsze jest dla nich życie niż przemijanie, jednak w tej niezbyt optymistycznej, choć mimo wszytko budującej aurze, pośród kurzu wspomnień Dzieciak prowadza Olę po ścieżkach swojego dzieciństwa, dużo mówią o miłości. Mężczyzna jest wreszcie gotowy na poważny, egzystencjalny dialog z ojcem. Ich dramatyczna rozmowa o samotności jest refleksyjna i depresyjna, budzi w synu niepokój.
Seks jest kulminacyjnym momentem filmu, jakby Dzieciak chciał zapewnić siebie samego, że już nigdy nie będzie samotny.
Podobną nostalgię czuć w najnowszym filmie Borcucha, „Wszystko co kocham” (2010). Janek (Mateusz Kościukiewicz) i Basia (Olga Frycz) kochają się dając upust swoim idealistycznym uczuciom pierwszej miłości rozgrywającej się w przygnębiającej scenerii Stanu Wojennego. Basia mówi, że – uciekając przed systemem – musi wyjechać z rodzicami za granicę. Ich inicjacja staje się więc jednocześnie pożegnaniem.
Seks terapeutyczny
Seks bywa też formą terapii. Dzieje się tak na przykład w filmie „Pręgi” (2004) Magdaleny Piekorz. Wojciech (Michał Żebrowski) – naznaczony nieuleczalną traumą, w dzieciństwie bity i poniżany przez swojego despotycznego ojca (znakomity Jan Frycz) – poznaje delikatną, niemal eteryczną Tanię (Agnieszka Grochowska). Jesteś wrażliwym chłopcem, który udaje gruboskórnego – mówi mu.
Wojtek przewodzi grupie grotołazów, na każdym kroku zauważa się, że przejął despotyzm ojca. Jest porywczy, nadwrażliwy na swoim punkcie. Dusi w sobie każdy przejaw spontaniczności, z pogardą mówi Tatianie, że nie znosi panienek, które całują nieznajomych w usta, bo to jest taka studencka egzaltacja. Ona, także pochodząca z toksycznej rodziny (ignorancki ojciec i przewrażliwiona, alkoholizująca się matka), rozumie go lepiej niż ktokolwiek inny.
Wojciech dowiaduje się o śmierci ojca, odsłuchuje taśmy, na których nagrał on swoją spowiedź, rozliczenie się z przeszłością i powracają wszystkie wspomnienia. Tatiana jest pierwszą osobą, z którą się spotyka. Ich gwałtowny, w pewnym stopniu brutalny seks stanowi dla Wojtka pewnego rodzaju oczyszczenie. Jakby sprawdzał, czy jest zdolny do jakiegokolwiek uczucia, jakiejś odmiany miłości.
Seksterror
Po „Przemianach” (2003) – w których słynną, kulminacyjną i bardzo realistyczną scenę seksu odgrywają Jacek Poniedziałek i Maja Ostaszewska – Łukasz Barczyk poszedł krok dalej realizując pierwszy polski thriller erotyczny – „Nieruchomego Poruszyciela” (2008). Pierwszy i, niestety, kompletnie nieudany.
Generał (Jan Frycz), właściciel fabryki, w brutalny sposób znęca się nad swoją pracownicą – śliczną, eteryczną Teresą, wydającą z każdym wypowiadanym zdaniem serię orgazmicznych westchnień (Marieta Żukowska). Gwałci ją klamką, później na biurku we własnym gabinecie, pozornie spełnia swoje skrywane namiętności, jednak dodaje, że Teresa psuje to miasto. Kobieta gardzi sobą, oddaje się brutalnym aktom w swojej czerwonej sukience, jakby uważała, że to jedyne wyście z sytuacji w obliczu niepodważalności autorytetu Generała.
On przyprowadza do mieszkania Teresy swoich współpracowników, wszyscy w maskach, gwałcą ją, jakby bawili się w bandę Alexa z „Mechanicznej Pomarańczy”. Seks jest tutaj niemal najgorszą rzeczą, jaka się mogła zdarzyć w życiu młodej kobiety, będącej do tej pory dość szczęśliwą żoną i matką.
Seks organiczny
Można znaleźć filmy, w których seks traktowany jest z pewną finezją. Wystarczy wspomnieć „Magnata” (1987) Filipa Bajona, w którym Bolko (Bogusław Linda) kocha się ze swoją macochą Mariscą (Grażyna Szapołowska) na stole pełnym ciast, wśród maku. Xałej scenie przygląda się ojciec Bolka, książę von Teuss (Jan Nowicki). Równie finezyjna wydaje mi się scena z „Konopielki” (1981) Witolda Leszczyńskiego, gdzie seks jest symbolem nowego obyczajowego porządku we wsi, w której ludzie nigdy przedtem nie kochali się inaczej jak szczelnie okryci pierzyną przy absolutnie zgaszonym świetle. Młoda nauczycielka (Joanna Sienkiewicz) przynosi ze sobą, oprócz światła edukacji, nowe pozycje seksualne.
Interesująco wykorzystuje także miłość fizyczną Jan Jakub Kolski w filmie „Pogrzeb kartofla” (1991). Tutaj ciało jest instrumentem, pomaga osiągnąć cele. Bohater handluje seksem niczym akcjami na giełdzie, a stawką jest terytorium, które wydaje się być dla niego ziemią obiecaną. W kraju rozpoczyna się reforma rolna, która ma zaprowadzić nowy porządek na wsi. Zakłada ona plan (sprawiedliwego!) dzielenia ziemi między wszystkich mieszkańców.
Kobiece ciało staje się kartą przetargową w transakcji. Gorzelak (Adam Ferency), zajmujący się aranżowaniem wszystkich formalności, chce podarować swoją ukochaną Hanusię jednemu z dygnitarzy. Dla ciebie to tyle co nic – mówi do niej. – A to ważna sprawa dla wszystkich. Ziemia zależała od tego, a byt Hanusi – od łaski Gorzelaka (była ona bowiem panną, ofiarą gwałtu z niemieckim bękartem).
Dla mieszkańców wsi ich teraźniejszość to „podłe czasy” – ziemia, którą dostają jest jakby namiastką, symbolem lepszych dni, na które wszyscy mają nadzieję. Gorzelak w marzeniach gloryfikuje pracę na roli. Myśląc o niej staje się coraz bardziej fanatyczny, wykorzystuje seks do celów przyziemnych, politycznych: oddaje panią dziedziczkę, przebrzmiałą piękność (Grażyna Błęcka-Kolska) geometrze, myśli tylko o przyszłych pracach na roli. Podniecony idzie na pole i zapładnia ziemię – symbol nowego porządku.
Interesującym wyzwaniem byłoby dla polskich twórców zupełne oderwanie się od powtarzalnych do znudzenia toposów powściągliwej seksualności czy sztandarowych schematów ukazywania ciała oraz zaprowadzenie nowego porządku opartego na swoistym równouprawnieniu. Magdalena Podsiadło pisze w ten sposób: Najtrudniej odnaleźć filmy, w których kobiety nie tylko bezkarnie czerpią satysfakcję z posiadania ciała, ale osiągają dzięki niemu spełnienie. Nienasycenie związane z kontrolą seksualności lub traktowaniem jej jako substytutu nie prowadzi wprawdzie do poniżenia, ale nie pozwala także na pełną satysfakcję[1] – w polskim kinie bowiem albo seksualność kobiet jest kontrolowana przez despotycznych mężczyzn, albo jest celowa i nie ma nic wspólnego z przyjemnością. Seks, który powinien być zasadniczo traktowany jako akt optymistyczny, żeby nie powiedzieć: radosny, nierzadko nabiera wymiaru martyrologicznego. Niestety, nie tylko w momentach prezentowania seksualnych dewiacji czy przemocy. Ciężko jest określić jednoznacznie przyczynę takiego stanu rzeczy, bo insynuacje można snuć, rozpoczynając od braku odpowiednio napisanych fabuł, przez poczucie pewnego zażenowania, na powodach osobistych i braku ekscytujących doświadczeń reżyserów kończąc. Mimo wszystko, ciągle mam cień nadziei, że pewnego dnia polscy twórcy przekonają się, że seks ukazywany na ekranie, może być zarówno piękny jak i pozytywny.
[1] Magdalena Podsiadło, Seksualność kobiet w kinie polskich reżyserek filmowych po roku 1989, [w:] Ciało i seksualność w kinie polskim, (red.) S. Jagielski i A. Morstin-Popławska, Kraków 2009, s. 92.
Tagi: kino polskie Andrzej Żuławski Walerian Borowczyk Jacek Borcuch Magdalena Piekorz Łukasz Barczyk Jan Jakub Kolski Bogusław Linda Marta Kaprzyk