In Flagranti to nowa inicjatywa portalu G-punkt.pl. W nowej wirtualnej przestrzeni znalazło się miejsce na analityczne teksty, kontrowersyjne opinie, polemiki i prezentację własnych poszukiwań kulturalnych.
W styczniu - podsumowanie minionego roku, jak najbardziej nietypowe. Teksty do przyłapania w każdą niedzielę. Tym razem prezentujemy listę siedmiu filmów, których zabrakło w roku 2009 w polskich kinach.

Poprosiliśmy naszych współpracowników, przyjaciół, czasem tylko znajomych, by zaproponowali swoje filmy do zestawienia tytułów, które z niewiadomych przyczyn nie trafiły w ubiegłym roku do polskich kin. Idea była szczytna, ranking, który powstał nie jest jednak w żaden sposób spójny, ani reprezentatywny. Pokazuje w sumie tylko bogactwo sztuki filmowej, bo filmy, które trafiły do tej siódemki są zupełnie różne i sale kinowe ominęły również z odmiennych przyczyn.
„Bitch slap” reż. Rick Jacobson
Film utrzymany w najlepszej tradycji kina exploitation zrealizowany przez twórcę „Kręgu ognia III: Uderzenie lwa” (ze scenariuszem i główną rolą Dona „The Dragon” Wilsona!) i „Krwawej pięści VIII” (o wszystko mówiącym podtytule „Zmuszony zabijać”) film z obsadą rodem z nieśmiertelnego serialu „Hercules: The Legendary Journeys”. Czy może nas spotkać coś lepszego? Zapewne może, ale nie o to tu chodzi. Podobnie jak kilku przed nim twórców kinowej pulpy Jacobson jest genialny, kiedy idzie w camp. Ile mamy okazję zobaczyć filmów, które (celowo) bawią widza do łez montażem? „Bitch slap” jest nie tylko tym czym powinien być „Death proof” Tarantino, śmiem twierdzić, że jest godnym współczesnym następcą niezapomnianego „Faster, Pussycat! Kill! Kill!” Russa Meyera. [Przemek Dudziński]
„The Hurt Locker”, reż. Kathryn Bigelow
Trzy nominacje do Złotych Globów, jeden z oscarowych faworytów, zdobywca (jak na razie) kilkudziesięciu wyróżnień krytyków. Słyszeliście o nim? No właśnie. W Polsce z pewnością ominie go dystrybucja kinowa, tymbardziej, że już niedługo ma być jedną z atrakcji oscarowej nocy w Canal+. A więc czym jest „The Hurt Locker” ? To soczysty kawałek wojennego kina bez łopoczącej amerykańskiej flagi w tle. Przede wszystkim jednak to opowieść o żołnierzach a raczej ludziach w mundurach poddanych okrutnemu wpływowi wojny przedstawiona w surowym acz sugestywnym portrecie. Ludzi zmienionych tak poważnie, że pole walki to ich naturalne środowisko, adrenalina jest powietrzem, bez którego nie mogą oddychać a życie na granicy życia i śmierci to substytut normalnej egzystencji. [Kamil Witek]
"Gdzie mieszkają dzikie stwory", reż. Spike Jonze
Najnowszy obraz Spike Jonzego "Gdzie Mieszkają dzikie stwory", to ciepła opowieść o radzeniu sobie z własnymi słabościami i poszukiwaniu więzi z innymi. Głównymi bohaterami są bliżej niezidentyfikowane potwory, mieszkające na wyspie pośród morza, są wolne i dzikie, niestety wciąż odczuwają smutek i samotność. Sytuacja zmienia się, gdy do ich wspólnoty dołącza mały chłopiec o imieniu Max, który obwołuje się ich królem.
Fantastyczni bohaterowie, baśniowy klimat i fenomenalnie dobrana muzyka. Obraz z serii: patrzysz na ekran i oprócz filmu widzisz własne dzieciństwo. Bezcenne! Polecam! Niestety, polski dystrybutor wciąż każe nam czekać na premierę. [Wojciech Stanek]
„Medicine for Melancholy”, reż. Barry Jenkins
Ethan Hawke i Julie Delpy zapewne nie przypuszczali, że ich spacer po Wiedniu w „Przed wschodem słońca” zapoczątkuje nowy podgatunek w kinie obyczajowym. W okolicznościach pieszej podróży po dużym mieście rodziła się zażyłość bohaterów „Spaceru” Aleksieja Uczitiela, „Pocałunku o północy” Aleksa Holdridge’a, czy „Quiet City” Aarona Katza. Barry Jenkins bohaterom dał rowery, a ich znajomość upstrzył motywem afroamerykańskiego kompleksu białego człowieka. Tym sposobem „Medicine for Melancholy” stał się najciekawszym, obok „Wosku pszczelego” Andrew Bujalskiego, przedstawicielem nurtu mumblecore w całym ubiegłym roku. O czym w Polsce wie garstka gości Off Plus Camery i brak szans na zmianę tego stanu rzeczy... [Lech Moliński]
„Plaże Agnes” reż. Agnès Varda
Znakomita filmowa autobiografia Vardy, weteranki francuskiej nowej fali, której reżyserka była nieświadomą prekursorką – jej debiutancki film „La Pointe Courte” był pierwszą, i od razu niemal ortodoksyjną realizacją przyszłego nurtu. W 1958 roku F. Truffaut napisał, że Agnès Varda „bawi się kręcąc swoje filmy, abyśmy my mogli bawić się oglądając je”. Minęło ponad pół wieku, a dziś można to zdanie powtórzyć.
Bez popadania w sentymentalizm Varda zabiera widzów w podróż przez kolejne etapy swojego życia i twórczości; pokazuje rodzinne fotografie, fragmenty swoich filmów, zabiera nas na swoje ulubione plaże, inscenizuje najważniejsze wydarzenia ze swojego życia. Jest to podróż wynikająca z osobistych potrzeb, dzielona z najbliższymi reżyserki, ale przede wszystkim z widzem. Niewiele jest w kinie przykładów równie konsekwentnego, a zarazem uprawianego w takim poczuciu wolności autorstwa filmowego. [Małgorzata Kozubek]
"Radio na fali", reż. Richard Curtis
Braku kinowej premiery najnowszego filmu Richarda Curtisa, do tej pory zrozumieć nie mogę, tym bardziej że „Radio na fali” było wręcz skazane by odnieść sukces. Znany i lubiany reżyser (twórca świetnie przyjętego „To właśnie miłość”), David Bowie, The Who, czy Jimi Hendrix na ścieżce dźwiękowej, a do tego plejada gwiazd brytyjskiej kinematografii z Rhysem Ifansem na czele. Decyzję tą dałoby się zrozumieć, gdyby film miał tragiczne recenzje. Nic z tych rzeczy i nie ma się czemu dziwić. Historia nielegalnego radia, nadającego rock n’ rolla gdzieś z zacumowanej na morzu łajby, daje solidnego energetycznego kopa, a kiedy trzeba to i poruszyć potrafi. Pała ze sprawowania dla polskiego dystrybutora. [Mateusz Kowalski]
"Zły porucznik", reż. Werner Herzog
Napędzany kokainą zły porucznik Terrence McDonagh sieje w Nowym Orleanie spustoszenie niczym huragan Katrina. By oczyścić stajnię Augiasza, sam zanurza się po uszy w szambie. W zaskakującym policyjnym thrillerze Werner Herzog przygląda się Ameryce z tą samą gryzącą ironią, co w poetyckim „Stroszku”. Niemiecki reżyser przekonuje, że w mieście powstającym z kolan po katastrofie, mała Apokalipsa dopiero się rozpoczyna. Klęska jednostki zapowiada upadek zbiorowości, a mroczna rzeczywistość zostaje ubarwiona halucynacjami rodem z „Las Vegas Parano”. Herzog przez cały film trzyma widza na muszce, by w przewrotnym finale oddać celny strzał. [Piotr Czerkawski]
Źródło ilustracji: http://mojemedia.pl
Tagi: Radio na fali Richard Curtis Medicine for melancholy Bitch Slap Rick Jacobson Barry Jenkins Gdzie mieszkają dzikie stwory Spike Jonze Bad lieutenant Werner Herzog Plaże Agnes Agnes Varda