In Flagranti to miejsce na analityczne teksty, kontrowersyjne opinie, polemiki oraz prezentację własnych poszukiwań kulturalnych. W kwietniu prezentujemy artykuły poświęcone szeroko pojętemu aspektowi niezależności w kulturze.Dziś proponujemy wywiad z Cezarym Harasimowiczem – jurorem Festiwalu Kina Amatorskiego i Niezależnego KAN.

Anna Kiedrzynek: Będzie Pan jurorem podczas XI festiwalu Kina Amatorskiego i Niezależnego. Czy w środowisku filmowym nadal panuje przekonanie, że to „gorszy”, mniej „pełny” rodzaj kina?
Cezary Harasimowicz: Taki stereotyp był niezwykle silny jeszcze kilka lat temu. Dziś to się zmieniło, przede wszystkim dzięki samym twórcom offowym, których filmy nie przypominają już spontanicznych akcji w rodzaju: „bierzemy kamerę, idziemy na łąkę i kręcimy”. Jest coraz więcej przeglądów, na których można obejrzeć najciekawsze dokonania reżyserów-amatorów. Miałem przyjemność być jurorem podczas kilku festiwali filmów niezależnych, m.in. w Jeleniej Górze (chodzi o Zoom-Zbliżenia – dop. AK) i tam utwierdziłem się w przekonaniu, że młodym twórcom udaje się osiągnąć poziom profesjonalizmu zbliżony do mainstreamu. Poza tym, filmy tzw. amatorskie bardzo często przewyższają myślowo produkcje polskiego, współczesnego kina środka. Z kolei na tle zagranicznych produkcji niezależnych, których sporo widziałem w Jeleniej Górze, polscy młodzi reżyserzy także wypadają bardzo dobrze.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, że jest „wrocławiakiem z serca”. Czy jest zatem w Pańskim sercu miejsce także dla kina Warszawa? Czy ma Pan jakieś szczególne wspomnienia związane z główną bazą festiwalu Kina Amatorskiego i Niezależnego?
Tak, oczywiście, pamiętam czasy świetności „Warszawy”. Pod koniec lat 70 i na początku 80 było to najnowocześniejsze kino we Wrocławiu. Tam miało miejsce jedno z najsilniejszych w moim życiu przeżyć filmowych, kiedy razem z Bogusławem Lindą pierwszy raz obejrzałem „Czas Apokalipsy”. Seans ten odbywał się w ramach słynnych konfrontacji. W „Warszawie” widziałem też na przykład „Hair”. Jest to więc miejsce mojej filmowej inicjacji – dość późnej, już dorosłej, ale jednak.
Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla filmów studentów szkół filmowych? Pytam, ponieważ w konkursie festiwalu KAN znajduje się sporo filmów szkolnych. W jaki sposób będzie Pan zestawiał je z tymi nakręconymi przez amatorów?
Skoro organizatorzy podjęli decyzję o ich wymieszaniu, nie będę zwracał uwagi na to, czy film został nakręcony przez studenta szkoły filmowej czy kogoś spoza tego kręgu. Mojej ocenie będzie podlegała wyłącznie jakość.
Na ile kino niezależne, tworzone przez młodych ludzi, zapaleńców, jest dla Pana wartością samą w sobie, a na ile szuka Pan w nim przede wszystkim oznak tego, co najbardziej utalentowani młodzi twórcy mogą wnieść do profesjonalnej kinematografii w przyszłości?
Oczywiście, że tego rodzaju kino wydaje się najzdrowszym, najbardziej naturalnym sposobem na zaistnienie potem w branży profesjonalnej. Wśród filmowców-amatorów znajdują się pretendenci do tworzenia produkcji głównego nurtu. Z drugiej strony, jak już wcześniej wspominałem, filmy niezależne to nie jest kino „półśrodków”. Dotyczy to szczególnie animacji. Dostępność narzędzi do stworzenia filmu animowanego jest obecnie bardzo duża. Dzięki temu osoby niezajmujące się zawodowo tym rodzajem sztuki filmowej także mają szansę stworzyć coś wybitnego.
Jakie filmy niezależne zrobiły na Panu ostatnio największe wrażenie?
Zdecydowanie „Czarny” Dominika Matwiejczyka, dokument „W drodze” Pawła Wysoczańskiego oraz „Osiem9” Pawła Jóźwiaka-Rodana. W filmie Matwiejczyka wybitne kreacje stworzyli Mateusz Damięcki i Maria Niklińska. Tu pojawia się kolejna ważna cecha kina offowego – jest ono doskonałą pożywką dla aktorów. Role Damięckiego i Niklińskiej powinna zobaczyć cała Polska. Natomiast reżyserowi „Osiem9” udało się przekroczyć krępujące polskie filmy profesjonalne „granice regionalności”. Opowiada on historię bohatera uniwersalnego, którego perypetie byłyby zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną, nie rezygnując jednocześnie z opisu pewnego fragmentu współczesnej polskiej rzeczywistości.
Wspominał Pan o tym, że kino offowe to naturalny sposób na rozpoczęcie przygody z kinem komercyjnym. Dlaczego zatem Dominikowi Matwiejczykowi, swego czasu nazywanemu fenomenem polskiego offu, nie udało się, mimo prób, przebić w znaczący sposób w branży profesjonalnej, a wielu reżyserów niezależnych, pomimo nagród i uznania na festiwalach, nie dostaje nawet takiej szansy?
Nie należy winić za to twórców. Stereotyp dotyczący gorszej jakości kina niezależnego nie jest może tak powszechny jak kiedyś, ale nadal istnieje ogromna bariera mentalna w myśleniu producentów. Oni boją się zaufać twórcom offowym i sporo czasu musi jeszcze upłynąć, aby ta sytuacja uległa zmianie.
Popularna wydaje się opinia, że im skromniejszymi środkami finansowymi dysponuje twórca filmowy, tym lepsze pomysły przychodzą mu do głowy. Zgadza się Pan z tym poglądem?
Jest w tym ziarno prawdy. W tej chwili można opowiedzieć wszystko, nawet za pomocą telefonu komórkowego. Potrzebna jest miłość do kina, a tej przecież młodym reżyserom nie brakuje. Wyraz „amator” – a zostało to powiedziane w filmie Kieślowskiego pod tym właśnie tytułem – pochodzi od łacińskiego „amare”, czyli „kochać”. Kino amatorskie jest więc kinem miłośników, kinem wypełnionym miłością.
Twórca amatorski nie powinien jednak zapominać, że film pozbawiony dużego budżetu opiera się dokładnie na tym samym, co produkcja komercyjna - na dobrym scenariuszu. Można opowiedzieć o Powstaniu Warszawskim, mając do dyspozycji piwnicę jako plan zdjęciowy oraz dwóch aktorów. Lecz bez odpowiedniego zarysu, bez szczegółowo opracowanej koncepcji, efekt będzie rozczarowywał.
Pan o pisaniu scenariuszy wie niemal wszystko. Jakimi cechami powinien odznaczać się dobry scenarzysta?
Musi to być osoba wrażliwa, empatyczna, lubiąca swoich bohaterów. Ale przede wszystkim dobry scenarzysta to taki, który ma talent do opowiadania historii.
Jakie powinny być te historie? Skąd młodzi scenarzyści mogą czerpać inspiracje?
Dobrze, gdy twórca scenariusza opowiada o tym, co bezpośrednio go dotyczy, ale niekoniecznie o sobie, bo to często trąci minoderią. Ponadto powinien szukać takiego bohatera, którego przeżycia i dylematy byłyby jak najbardziej czytelne i uniwersalne. Tu znów przywołam film „Osiem9 ”, bo w nim takie postaci są obecne.
W Polsce nie ma sprzyjającej atmosfery dla scenarzystów. Zawodowców jest niewielu, a reżyserzy często sami piszą sobie scenariusze. Jaka jest Pana zdaniem przyczyna tej sytuacji?
Winę za to ponoszą w dużej mierze szkoły filmowe. Studenci reżyserii mają zajęcia ze scenariopisarstwa po to, aby nauczyć się czytać scenariusze. Tymczasem są oni podtrzymywani w dziwnym przeświadczeniu, że będzie to część ich zawodu. Z drugiej strony, Polska jest krajem pozbawionym kultury scenariopisarskiej. U nas zawsze najprężniej rozwijało się kino autorskie, w ramach którego reżyser często był także twórcą scenariusza. Brak tej kultury nie zmienia jednak faktu, że gdy obecnie film jest krytykowany, musi paść zarzut o „kiepski scenariusz”. Tymczasem krytycy często nie pamiętają lub nie wiedzą, że jest to dzieło zbiorowe, na którego ostateczny kształt mają wpływ zarówno reżyser, jak i producent. Scenarzysta ma wyłączne prawo do tego, co napisze tylko wtedy, gdy trafi to do szuflady.
Dziękuję za rozmowę.
Tagi: KAN Festiwal KAN kino niezależne wywiad Cezary Harasimowicz IN FLAGRANTI