In Flagranti to miejsce na analityczne teksty, opinie, polemiki oraz prezentację własnych poszukiwań kulturalnych. Teksty do przyłapania w każdą niedzielę. Tematem października jest Międzynarodowy Festiwal Opowiadania. Dziś prezentujemy wywiad z dyrektorem festiwalu - Marcinem Hamkało.

Martyna Jabłońska: We wstępie do katalogu festiwalowego napisał Pan: „(…) chcemy przysunąć literaturę do świata. Wepchnąć ją znowu do głównego nurtu”. Czy naprawdę wierzy Pan, że da się to zrobić, że ten rodzaj literatury, którą promuje festiwal, może wejść do powszechnego obiegu, czy to jest tylko lekka kokieteria z Pana strony, fajne hasło? Bo mam wrażenie, że festiwalowa publiczność to ludzie, których do czytania już namawiać nie trzeba, a ci, którym do książek raczej nie po drodze, pewnie nie wiedzą, że festiwal się w ogóle odbył.
Marcin Hamkało: Wiedzą. Z mediów, z reklam na ulicach i w tramwajach, z internetu. Ale oczywiście mogą mieć nas gdzieś, bo to nie jest festiwal dla każdego. A w tym tekście wstępnym chodziło mi nie o to, żeby świat się nagle naćpał literaturą ani żeby wypromować ją na gwiazdę porno i opchnąć na "Pomponiku", ale o to, żeby sama literatura przestała gardzić światem, zmierzyła się z nim bez taryfy ulgowej, zdjęła z siebie klosz, zaczęła w pełni korzystać ze swoich możliwości. Na przykład na gruncie technologii czy ideologii. Żeby pisarze na nowo próbowali znaleźć swoje miejsce w społecznej układance, miejsce, z którego sami kiedyś zrezygnowali. Mam wrażenie, że współczesna literatura jako zjawisko społeczne ma w ogóle tendencję do samoograniczania się, nie wchodzenia popkulturze w drogę. Festiwal taki jak nasz to dobra okazja na sprawdzenie tej strategii.
Ostatni nasi prawdziwi inteligenci wspominają, że kiedyś jak Wajda zrobił film, to był on powszechnie dyskutowany, stawał się ważnym tematem społecznym, co najmniej tak głośnym jak dzisiaj dopalacze, powiedzmy. Niewiele pamiętam natomiast sytuacji w ciągu ostatnich kilku lat, kiedy jakikolwiek temat literacki, czyli związany z nową książką, trafił do głównego obiegu rozmowy społecznej. Wydaje mi się, że wynika to z dwóch kwestii: po pierwsze literatura ma coraz większą konkurencję, więc w naturalny sposób zajmuje coraz mniej miejsca, jest spychana przez popkulturę do przytulnego „getta”. Po drugie – sama się cofa, współczesny pisarz mówi: nie interesuje mnie internet, to jest tylko jakaś nowinka, było hula-hoop, był taniec „kaczuszki”, teraz jest internet, zaraz będzie coś innego, właściwie nie ma po co się tym zajmować, my robimy w Absolucie. Jak zapytać takiego pisarza o książkę elektroniczną, to zazwyczaj mówi, że nie, że to się nie może udać, bo papier pachnie, papier zawsze będzie. A to, że wszędzie na świecie plajtują gazety, to przelotna moda.
W pisarzu jest jednak niewykorzystany potencjał, nie tylko intelektualny, artystyczny, ale medialny właśnie. To ten sam potencjał, który mieli kiedyś pisarze, którzy żyli tak, jak pisali, czyli jak byli Hemingwayami, to na końcu strzelali sobie w głowę, żeby mieć dobrą puentę, jak byli Stasiukami, to wyjeżdżali w Bieszczady i mówili „a pierdolę cały ten wasz świat”. Masłowska próbuje wejść w ten schemat w nowoczesny sposób, przez bycie zmienną, interaktywną, kontrowersyjną. Na co dzień możliwości nowych mediów ogrywają blogerzy, widżeje, performerzy, ale pisarze „pełną gębą” ciągle mają do tego dystans. Oba procesy, wypychanie i wycofywanie się literatury, są być może nieodwracalne, ale można testować ich dynamikę, podważać oczywistości. I to chcemy robić na MFO.
Przejdźmy do „adaptacji niemożliwych”. Jak publiczność zniosła ten dość ryzykowny, bo ciężki w odbiorze, pomysł na przegląd?
Na niektórych projekcjach wydawała się przybita, z „Zamku” Hanekego część ludzi wręcz wychodziła przed końcem. Pomysł polegał na zrobieniu przeglądu o filmach, które się nie udały albo nie miały prawa się udać, a wyszły, pokazaliśmy też jeden film o spektakularnej porażce adaptacji. Jeżeli Terry Gilliam ma 32 miliony dolarów budżetu, pół Europy zaangażowanej w produkcję, Johnny’ego Deppa, Jeana Rocheforta, Vanessę Paradis, a do tego Cervantesa jako materiał wyjściowy, jeżeli wszyscy ci ludzie są zaangażowani, nikt projektu nie olewa, aktor gra jeżdżąc konno z zapaleniem prostaty, Depp jak natchniony rozmawia na planie z rybą, Gilliam ma mnóstwo scenograficznych pomysłów - to projekt nie może się nie udać. A jednak - nagle wszystko rozpada się w niesamowicie spektakularny, fascynujący sposób. Oczywiście, najpierw producent zgodził się na plan zdjęciowy przy bazie NATO, bo ktoś mu powiedział, że tam odrzutowce rzadko latają, a reżyser uparł się, że Don Kichota może zagrać tylko ten jeden aktor i żaden inny go nie interesuje, są więc racjonalne przesłanki tej porażki. Ale w tej klęsce dużą rolę gra też jakaś irracjonalna, nieprzewidywalna siła. Bardzo często mówi się, że jakaś adaptacja się udała albo się nie udała z jakiegoś powodu, a nikt nie bierze pod uwagę, że czasami coś się po prostu dzieje, niezależnie od czyichkolwiek intencji, że nie wszystko da się kontrolować.
Z drugiej strony na przykład Queneau jest właściwie nie do przełożenia na język filmu, a jednak film Malle’a wyszedł bardzo interesująco. Z kolei „Zamek” Kafki to arcydzieło, Haneke jest świetnym reżyserem, zrobił bardzo wierną adaptację, zarówno pod względem treści, jak i klimatu, ale film jest naprawdę trudny do zniesienia.
Strona: 1 z 2 | Następna »
Tagi: In flagranti wywiad Międzynarodowy Festiwal Opowiadania MFO opowiadanie Martyna Jabłońska