G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Irlandia rodem ze Śląska

Autor: Karolina Waligóra, dodano: 15-12-2010, 23:14

Co Wam przychodzi na myśl, jak słyszycie o koncercie muzyki celtyckiej? Zwykle „to jakieś takie irlandzkie oberki? Fleciki i skrzypeczki, dziwni kolesie podskakujący na jednej nodze?” Cóż... powiedzmy, że podobne, nieokrzesane myśli przychodziły mi do głowy, wybierając się na koncert Beltaine, które 2 grudnia zagrało w Łykendzie. Występ... przekroczył moje najśmielsze, muzyczne oczekiwania.

Już zapchany do granic możliwości klub zapowiadał dobrą zabawę. Gorąca i zupełnie przeciwna do tej na zewnątrz atmosfera aż prosiła o udany wieczór. Pierwsze wrażenie, gdy katowicki zespół wyszedł na scenę, było zdecydowanie pozytywne. Ośmiu żwawych nie-młodziaków przekazali publiczności ogromną energię już z chwilą zagrania pierwszych akordów. Ich utwory są kwintesencją jakości prawdziwej muzyki irlandzkiej. Nie ma tu żadnego udawania i zastępowania tradycyjnych instrumentów innymi. Swój niepowtarzalny styl zespół zawdzięcza głównie bogatemu instrumentarium, na które składają się mandolina, whistle, bodhran, akordeon, bombarda, galician bagpipes, uilleann pipes, skrzypce i irish bouzouki. Rzadko spotykane tabla, cajon, darabuka czy djembe tylko dopełniają całości. Nie mówiąc już oczywiście o genialnym w tym przypadku pomyśle zmiksowania całego tego tabunu instrumentów z tymi typowymi dla muzyki rockowej, a więc z gitarą elektryczną, basową i perkusją.

Ich utwory są wyjątkowe głównie dzięki niebanalnym pomysłom i dobremu wykonaniu. Oczywiście każdy utwór można zamknąć w bardzo szerokiej ramie muzyki celtyckiej, ale Beltaine poza te ramy śmiało wychodzi, nadając swym folkowym piosenkom coraz to inną konwencję. „Wykonujemy muzykę celtycka, szeroko pojętą. Czyli startujemy z naszymi muzycznymi inspiracjami gdzieś w Irlandii, na północy Francji, a później przemierzamy z tymi inspiracjami cały świat. Czasami zahaczamy o Indie, muzykę żydowską, muzykę słowiańską, trochę jazzu do tego wszystkiego.” - jak najlepiej określił własną muzykę lider zespołu, Grzegorz Chudy. Rozochocona widownia siedziała jak zauroczona, wsłuchując się w opowiadanie jazzowe, o tym jak flet stał się trąbką. Ta genialna adaptacja muzyki Nowego Orleanu nie pozostawiała żadnych wątpliwości, że Beltaine to zespół o niezwykłym potencjale. Przenieśliśmy się w fantastyczny świat Sapkowskich opowiadań przy „Bring to the Boil”, które znalazło się na ścieżce dźwiękowej do gry komputerowej „Wiedźmin”. Zapatrzyliśmy się w skrzypka Adama Romańskiego i jego migające z prędkością światła palce, podczas niesamowitego wykonania „4 Reel'e”. A „Pastor's kisses” niemalże wzbudzała nastroje unoszącego się nad ziemią zauroczenia. Można by wymieniać jeszcze i jeszcze, konkluzja natomiast pozostaje niezmienna: katowicka kapela to ośmiu wyjątkowych artystów, którzy w swoją grę wkładają wielką pasję i energię. Mało tego – ta energia udziela się niemal ze zdwojoną siłą publiczności. Już po pierwszych utworach zespołu pod sceną zgromadziła się grupka skaczących po irlandzku entuzjastów. Wstydem byłoby nie dołączyć.

Niespotykana kreatywność, wirtuozerskie umiejętności muzyczne oraz nierzadko... poczucie humoru. Te cechy sprawiają, że koncert Beltaine staje się niezapomnianym przeżyciem dla słuchacza w każdym wieku. Każdy zagrany utwór uświetniał komentarz (bądź czcza gadanina) wokalisty i flecisty Grzegorza Chudego. Ten nauczyciel języka polskiego w jednym z katowickich liceów najwyraźniej nie ma jeszcze dość przemawiania do swych pilnych uczniów, bo z powodzeniem wyżywa się na słuchających go poczciwcach, wywołując jednocześnie szaleńczy śmiech i bezkresne uwielbienie. Koncert migał jak przemieniające się w kalejdoskopie ruchome obrazki... Adam ścinał palce na skrzypcach, Grześ opowiadał kolejny niewybredny żart o Niemcach, grupka zapaleńców skakała już pięćsetne kółko, Łukasz Kulesza podrywał dziewczyny swą „urodą doktora House'a”, wszyscy jak jeden mąż zaprezentowali taniec „proszącego pieska”, atmosfera stawała się coraz gorętsza, kolejny wybuch śmiechu, teraz już sześćsetne kółko, a żartów o Niemcach wciąż nie brakuje, Grześ uczy nas nowej śląskiej gwary... I przyszedł czas na bis, a po nim kolejny, a po nim jeszcze jeden...

Beltaine zeszło ze sceny żegnane rozmiłowanymi okrzykami zachwyconej publiczności. Ich koncert wgniótł w ziemię całe moje stereotypowe myślenie o muzyce celtyckiej. „Irlandzkie oberki” nie dają o sobie zapomnieć, a magiczny flet i hoże skrzypce zawładnął muzyczną pamięcią. Nie mam wątpliwości, że na długo.

 

Źródło ilustacji: www.folk24.pl

 

Tagi: koncert relacja Beltaine muzyka celtycka Łykend



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/Artykul/miasto_inspiruje_i_przeszkadza/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator