Było interkontynentalnie, było ciekawie. I głośno. Podwójny koncert, na którym 20 maja w Firleju zagrała niemiecka kapela Dyse oraz zespół Gerda Blank z Nowej Zelandii, brzmiał w uszach i rozsadzał mózg jeszcze długo po zakończeniu...

Okazuje się, że aby wprawić publikę w stan ślepego szału, wystarczy z całej siły machać pałeczkami od perkusji i zdzierać sobie palce na strunach gitary. Do takiego prostego wniosku doszedł pierwszy z wystepujących duetów - Dyse. Dwóch niepozornych panów, jeden z nieprzytomnym spojrzeniem wiecznego marzyciela, drugi z figlarnym błyskiem w oku pt. "jestem gwiazdą rocka, patrzcie, jaki fajny ze mnie gość".
W prostym zdaniu: przyszli i dali czadu. Ich utwory to mieszanka awangardowego rocka i ekstremalnego noise'u, przeplatana śmiesznymi wrzaskami w języku niemieckim. Na pierwszy rzut "ucha" każdy z kawałków ma dokładnie taką samą kompozycję: na początek jakieś niezrozumiałe szepty i mamrotanie, potem nieskoordynowany taniec gitary elektrycznej i perskusji, następnie znowu cisza i kilka krzyków, zdzieranie palców na strunach i wyrywanie ramion ze stawów podczas machania pałeczkami i na koniec albo darcie się wniebogłosy, albo ostatnie uderzenie w talerze. I w sumie... tak jest. Na szczęście dla Dyse, potrafią każdą taką piosenkę zagrać tak, że mam pewność, że opowiada jakąś inną historię. Do tego dochodzi świetny rytm i odkrycie w pewnym momencie, że ta łupanka jest naprawdę melodyjna! Na plus zaliczyć należy także to, że na różne sposoby próbują urozmaicać swoją twórczość. Chociażby miały to być wstawki beatboxu w utworze "Senge", czy sekwencje instrumentów dętych w "Sonne glaenzt", to i tak świadczy to o ich pomysłowości i wprowadza w utwory pewną świeżość.
Nic dziwnego, że zostali okrzyknięci jednym z najlepszych koncertujących zespołów w Europie; publiczność weszła w rock and rollowy szał już po kilku taktach ich grania. Jednak gdyby nie postawa samych muzyków, występ nie zapadłby tak w pamięć. Po każdym utworze (a nierzadko i w trakcie piosenek), próbowali z nami rozmawiać (niestety, także po polsku...), żartowali i śmiali się z samych siebie. Takie zachowanie z pewnością przyprawia im aprobaty ze strony widowni. Mam tylko jeden, ale za to poważny powód do niepokoju. Mam nadzieję, że nie poprzestaną tylko na koncertowaniu, ale spróbują rozwinąć się muzycznie i gatunkowo. Bo takiego przesadzonego noise'u słucha się przyjemnie, ale nie w nieskończoność. W pewnym momencie trzeba zrobić coś więcej, rozwijać się. I właśnie tego pozytywnie zakręconemu Dyse życzę.
Po tej awangardowej jeździe bez trzymanki przyszedł czas na nowozelandzką grupę Gerda Blank. Tak naprawdę można śmiało powiedzieć, że pochodzą z Czech, bowiem duet już od ponad roku mieszka w tym pięknym kraju. Już po pierwszym kawałku mogłam powiedzieć, że oba zespoły mają taki sam muzyczny światopogląd. To samo energiczne brzmienie, podobna kompozycja utworów. Ale zdecydowanie spokojniej. Już nie miałam wrażenia, że sami muzycy zapomnieli się w szalonym szarpaniu za struny, ale rzeczywiście słyszałam konsekwentnie prowadzoną ścieżkę melodyczną.
Jakkolwiek w Dyse bardzo wyraźnie słychać było, że sami tworzą swój własny niepodrabialny styl, to w graniu Gerda Blank ewidentnie wyczuwałam inspiracje starym, małomiasteczkowym, amerykańskim rockiem. Zwłaszcza w "O Silhouette", które przywodziło na myśl zadymiony bar gdzieś na dzikim zachodzie, gdzie na drewnianym podeście kilku kowbojów gra country blues'a. ...Co dziwne, nie trąciło kiczem. Pewnie dlatego, że muzycy nie wczuwali się tak w swoje role, tylko zwyczajnie grali najlepiej, jak potrafią. Był i mocniejszy indie-rock w "Numbers" i miejscami niespotykanie dobre solówki gitary.
Niestety, jeżeli chodzi o zachowanie na scenie, Gerda Blank zdecydowanie przegrywa ze swoimi poprzednikami. Nawet pomimo miłego dla ucha, niejednostajnego wokalu, miałam wrażenie, że zespół zamknął się trochę sam dla siebie. Ale przy maksymalnie otwartym Dyse, które chyba było by przeszczęśliwe, gdyby publiczność poprostu weszła na scenę, każda inna kapela wydawała by się chłodna. Natomiast Gerda Blank zdecydowanie przewyższa Niemców jakością samej muzyki. Tu już bardzo dobrze słychać, że oni nie walą bezmyślnie w talerze, ale rozsądnie myślą nad każdym, nawet najbardziej hardcore'owym utworem.
Dwa charyzmatyczne duety. Gatunkowo grają w tej samej orkiestrze, ale osobowościowo okazują się być bardziej odległe. Podczas wspólnego koncertu wspaniale się uzupełniali, dostarczając nam zarówno beztroskiego szaleństwa bardzo głośnego noise'u, jak i ciekawie prowadzonych kawałków. W Polsce zagrali po raz pierwszy - i, o czym zapewni każdy, kto był na tym koncercie - na pewno nie był to ich ostatni wspólny występ.
Tagi: koncert relacja ODA Firlej Gerda Blank Dyse Karolina Waligóra