G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Jeden za wszystkich... a wszyscy zawadiaki

Autor: Mateusz Skomorowski, dodano: 15-05-2010, 18:04

... czyli o mężnym banicie i Wesołych Kompanach. Robin Hood to jedna z ikon filmu płaszcza i szpady. Kiedy zdążyły już okrzepnąć nowinki techniczne, można było pokusić się o zawłaszczenie dla X muzy – niekoniecznie klasycznych – dzieł literackich. Jednocześnie swe odciski na taśmie celuloidowej pozostawili bohaterowie powieści Dumasa i McCulley’a, co otworzyło furtkę dla kolejnych osobistości z pocztu szlachetnych i wyjętych spod prawa.

robin hood

Utrwalił się też ostatecznie gatunek, implikujący cechy uwielbiane przez widzów nieprzerwanie przez kilkadziesiąt lat – pierwotne względem tła historycznego, zafałszowanego i dostosowanego do nieskomplikowanej narracji, obfitującej w schematyczne rozwiązania, sceny pojedynków, pogoni i ucieczek.

Robin Hood zagrzał miejsce wśród „kolegów po fachu” niemal natychmiast. Rzecz godna pozazdroszczenia, bo postać banity z Sherwood, który z samym lasem mógł nie mieć nic wspólnego, nigdy nie nosiła pęt historycznych czy literackich. Rzadko wspominana w kronikach (pierwotny materiał źródłowy datowany jest na rok 1230), umiejscawiana była nader chętnie w średniowiecznych balladach i romansach, zaś jej pojawienie się w klasykach literatury angielskiej (m.in. u Alfreda Tennysona i Waltera Scotta) było wynikiem fascynacji ukształtowaną przed wiekami legendą. Nieograniczona swoboda twórcza, związana z brakiem istnienia jedynie słusznej wersji przygód, okazała się dla filmowców prawdziwym afrodyzjakiem, ponieważ ilość wydanych na świat filmowych dzieci liczyć należy w dziesiątkach. Zakapturzonego łotrzyka eksponowały w kinie różne narodowości, zwolennicy kina aktorskiego, animowanego, apologeci Robina „pomnikowego” oraz ci, którzy z legendą banity dyskutowali. Przyjrzyjmy się co bardziej interesującym przykładom…

 

Buster Keaton w kolczudze

Wiele lat przed tym, jak Michael Curtiz i William Keighley wyreżyserowali film do dziś uważany za najlepszą interpretację legendy o Robinie Hoodzie, swą imponującą rozmachem produkcją uraczył widzów Douglas Fairbanks. Ten wszechstronnie uzdolniony aktor, scenarzysta i producent, łączący w swych ekranowych kreacjach akrobatyczne zdolności z niepospolitą charyzmą, odznaczający się atletyczną budową ciała i pociągającą twarzą, na której gościł wiecznie szelmowski uśmiech, zapamiętany został dzięki rolom szlachetnych i walecznych awanturników. Jako jeden z założycieli wytwórni United Artists (zaliczanej do tzw. „Małej Piątki”, którą ponadto tworzyły: Warner Brothers Pictures Incorporated, Columbia Pictures Corporation, Film Booking Offices oraz Producers Distributing Corporation), wiecznie borykającej się z problemami finansowymi, łożył mimo to na swe produkcje duże pieniądze, nadając im epicki charakter, do dzisiaj nie pozbawiony uroku.

„Robin Hood” (1922), za kamerą którego stanął Allan Dwan, okazał się dużym sukcesem komercyjnym i ugruntował mocną aktorską pozycję Fairbanksa, którego gwiazda lśniła jasno dzięki wcześniejszym obrazom: „Znak Zorro” („The Mark of Zorro”, 1920) i „Trzej muszkieterowie” („The Three Musketeers”, 1921) – oba w reżyserii Freda Niblo. Trzon fabularny filmu stanowi opowieść o… przygodach Robin Hooda i Wesołych Kompanów. Jednakże, w przeciwieństwie do dzieła Curtiza i Keighley’a (a także licznych następców), wyjęty spod prawa nie pojawia się w kadrze nagle, podrygując w swych idealnie skrojonych zielonkawych getrach; poznajemy go jako osobnika zakutego w zbroję, pojedynkującego się o przywilej udziału w świętej krucjacie, któremu knowania podstępnego księcia Jana i nikczemnego Guy’a z Gisbourne, a także listowna prośba ukochanej Lady Marian Fitzwalter (kochanej miłością czystą, nieskalaną i rycerską), nakazują powrócić do kraju ogarniętego chaosem i tyranią, by stanąć na czele pokrzywdzonych i wyzyskiwanych. Dwan każe nam czekać ponad godzinę na pojawienie się bohatera z prawdziwego zdarzenia, wypełniając czas zaskakującymi (dziś już niekoniecznie) zwrotami akcji i robiącą wrażenie wystawą, która pochłonęła sporą część dość okazałego budżetu (1,5 miliona dolarów). Co ciekawe, druga partia filmu oferuje zupełnie inny rodzaj rozrywki, gdzie na naszych oczach dochodzi do swoistego rodzaju transpozycji, ponieważ nadęta, melodramatyczna i niekiedy mroczna opowieść biegnie jasno oświetlonym torem w stronę niczym nieskrępowanej burleski. Mnogość slapstickowych scenek potrafi powalić na kolana, podobnie jak karkołomne wyczyny Douglasa Fairbanksa. Przedstawienie Wesołych Kompanów to prawdziwy rarytas. Na polanę, ukrytą głęboko w lesie Sherwood, wybiega setka rosłych mężczyzn, podskakujących raźno z gracją tancerzy baletowych (nie bez powodu jest to Wesoła Kompania), co w najlepszym wypadku nasuwa skojarzenia z dokumentem poświęconym ADHD, w najgorszym – z profetycznym przedstawieniem samobójców ze Świątyni Ludu. Godne odnotowania jest również to, że obowiązujące motywy, często związane z ikonografią produkcji o dzielnym łuczniku (pojedynek na kije), miały swój początek właśnie w obrazie Fairbanksa. Jednak prawdziwa legenda narodziła się szesnaście lat później.

 

Strona: 1 z 2 | Następna »

Tagi: film płaszcza i szpady film przygodowy Robin Hood Errol Flynn Sean Connery historia kina historia filmu esej Mateusz Skomorowski



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/gTag/cykl-patriotyzm/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator