Średniowiecze w Technicolorze
„Przygody Robin Hooda” („The Adventures of Robin Hood”, 1938) wspomnianego duetu reżyserskiego, okazały się nadzwyczajnym sukcesem artystycznym i komercyjnym, zgarniając trzy statuetki Amerykańskiej Akademii Filmowej (za scenografię, montaż i muzykę). Kolorowy obraz nadał skądinąd szarej epoce nieoczekiwanego splendoru, gdzie nawet ubodzy i pokrzywdzeni przechadzają się w schludnym odzieniu, świecąc kontrastowymi barwami purpury i seledynu, ultramaryny i zieleni kobaltowej. Nie trzeba dodawać, że o jakichkolwiek defektach ubioru mowy być nie może, materiały są najwyższej jakości, zaś worki płócienne znaleźć można co najwyżej w zamkowych składach piwnicznych. W tej produkcji wszystko jest większe, lepsze i – przede wszystkim – bezkompromisowe. Kręcony w znacznej części w plenerze, film uniknął nieco klaustrofobicznej atmosfery obrazu Dwana. Pod względem narracji wszystko było bez zarzutu, bowiem widzowie, raczeni bez przerwy scenami pościgów i pojedynków, w nielicznych chwilach wytchnienia mogli rozkoszować się dialogami bohaterów (w szczególności barwnie zarysowanej Wesołej Kompanii), a w oczekiwaniu na ostateczną konfrontację sił dobra i zła wzdychać nad uczuciem Robina (Errol Flynn) i Marian (Olivia de Havilland). Nic innego, ale właśnie kreacja Flynna była najmocniejszym atutem produkcji. Dość niewinnemu wizerunkowi stworzonemu przez Fairbanksa przeciwstawiono dozę ironii, stanowczości i niekiedy porywczego charakteru, wszystko okraszone łobuzerską pewnością siebie i filuternym spojrzeniem (niech dowodem będzie fakt, że ten konkretny Robin już kobiet się nie bał). Nic dziwnego, że aktor błyskawicznie stał się bożyszczem i megagwiazdą. Z perspektywy czasu obraz nie jest już w stanie niczym zaskoczyć, jednak posiada kilka scen, które zapadają w pamięć, jak np. pojedynek Robina z Małym Johnem (świetna realizacja) czy wielokrotnie trawestowana i parodiowana scena z konkursu łuczniczego, kiedy strzała banity z Sherwood trafia dokładnie w środek drzewca pocisku przeciwnika.
W kolejnych latach powstało kilka kinowych produkcji, cieszących się mniejszym bądź większym powodzeniem: „Syn Robin Hooda” („The Bandit of Sherwood Forest”, 1946) Henry’ego Levina i George’a Shermana, „The Story of Robin Hood and His Merrie Men” (1952) Kena Annakina (z rolą Petera Fincha, pierwszego w historii aktora nagrodzonego pośmiertnie Oscarem za kreację w „Sieci” („Network”, 1976), w reżyserii Sidney’a Lumeta), „Sword of Sherwood Forest” (1960) Terence’a Fishera czy „Wyzwanie dla Robin Hooda” („Challenge for Robin Hood”, 1967) Cyrila Montagu Penningtona-Richardsa. Ostatni film zasługuję na uwagę głównie ze względu na wprowadzone zmiany fabularne. Szlachcic Robin nie wojuje ani z szeryfem z Nottingham, ani z księciem Janem, ale z sadystycznym, chciwym i pozbawionym skrupułów kuzynem, Rogerem de Courtenay. Mimo że filmowi brak widowiskowości, nadrabia to solidnym, choć nieco teatralnym aktorstwem, oraz przedstawieniem realiów: surowych, szarawych i często bezwzględnych. Dowcipnym zabiegiem jest wprowadzenie do tej dość poważnej filmowej rzeczywistości bitwy na… placki. Mimowolnie przypomina to wcześniejsze produkcje.
Robin, ty szczwany lisie!
Świat animacji również otworzył podwoje dla „leśnych ludzi (zwierząt)”. Poza szeregiem filmów krótkometrażowych (niektóre cieszyły się dużą popularnością, jak np. „Robin Hood Daffy” (1958) Chucka Jonesa), wysokobudżetową produkcją uraczyła widzów w roku 1973 wytwórnia Walta Disney’a. „Robin Hood” Wolfganga Reithermana to w rzeczy samej niczym niewyróżniający się spektakl, którego bohaterowie to zantropomorfizowane zwierzęta. I tak, w roli przebiegłego banity „występuje” lis, chciwego i dwulicowego szeryfa z Nottingham „kreuje” opasły wilk, zaś książę Jan to młody, tchórzliwy lew bez grzywy, z wiecznie spadającą z uszu koroną i skrzekliwym głosem (doskonała rola Petera Ustinova). Miłośnikom filmów o księciu złodziei rzuci się z pewnością w oczy kilka scen i postaci, nawiązujących do wcześniejszych produkcji. Cała długa sekwencja turnieju łuczniczego przypomina tę z „Przygód Robin Hooda”; rezolutna służka Lady Marian przywodzi na myśl postać Bess (Una O’Connor) z tego samego filmu, zaś opowiadający wydarzenia kogut-narrator pełni identyczną funkcję, jak minstrel z „The Story of Robin Hood and His Merrie Men”.
Anty-Robin i zakonnica-kochanica, albo dwaj zgryźliwi tetrycy
Zupełnie nieoczekiwane podejście do mitu szlachetnego łotra wykazał Richard Lester, realizując w roku 1976 kameralny film zatytułowany „Robin i Marian” („Robin and Marian”). Nowatorskie było wtłoczenie bohaterów w realia opowieści, toczącej się niejako post factum. Od krucjaty króla Ryszarda Lwie Serce mija dwadzieścia lat. Służący we francuskiej kampanii Robin (Sean Connery) i John (Nicol Williamson) po śmierci władcy wracają do Anglii, zmęczeni awanturniczym i pełnym rozczarowań życiem. Oddając się nostalgii w dawnym obozowisku lasu Sherwood, natykają się na przyjaciół sprzed lat: braciszka Tucka i pieśniarza Willa Scarletta. Robin, uniesiony osobliwym nastrojem i przepełniony wspomnieniami, postanawia złożyć wizytę Marian (Audrey Hepburn), która pełni funkcję… matki przełożonej w pobliskim klasztorze.
Lester postanowił zerwać w swym filmie z ustalonymi konwencjami. Psychologiczne portrety bohaterów charakteryzuje znaczne skomplikowanie, co pociąga za sobą jednoczesny rozpad dychotomii: dobro–zło. Szeryf z Nottingham (Robert Shaw) to człowiek surowy i wymagający, równocześnie zachowujący zdrowy dystans do świata, rozsądek poparty wiedzą i doświadczeniem, a także szacunek dla głównego bohatera. Robin z kolei zaopatrzony jest w cechy zgodne z istniejącym stereotypem, w jego uporze jednak dostrzegalny jest żal za utraconą młodością, zgorzknienie i potrzeba nieustannej, ryzykownej gry ze śmiercią, co rzuca dodatkowy cień na odżywające uczucie między nim a Marian.
Richard Lester nakręcił mądry i przejmujący film o cenie, jaką płaci się za narodziny legendy. Bardzo szczerze odniósł się również do relacji międzyludzkich, wplatając w wątek miłosny problematykę przemijania i poczucia straty. Na drugą połowę pełnego sukcesu złożyły się: autentyczna scenografia i świetne kreacje aktorskie, gdzie – poza wymienionymi – opanowaniem warsztatu i doskonałym wyczuciem wykazali się Ian Holm (książę Jan), Richard Harris (król Ryszard) i Denholm Elliott (Will Scarlett; aktor znany szerszej publiczności z roli Marcusa Brody’ego z „Poszukiwaczy zaginionej Arki” (1981) i „Indiany Jonesa i ostatniej krucjaty” (1989) Stevena Spielberga).
Współczesność i ponowoczesność
Doprawdy trudno zliczyć wszystkie produkcje z Robin Hoodem w roli głównej. W latach 90-tych powstały dwa filmy kinowe, które cieszyły się dużym powodzeniem. „Robin Hood: książę złodziei” („Robin Hood: Prince of Thieves”, 1991) odświeżył postać legendarnego banity młodszemu pokoleniu, chociaż obraz Kevina Reynoldsa prezentował raczej przeciętny poziom. Najsłabsze elementy filmu – reżyseria i nieprzekonujący w roli głównej Kevin Costner – zrównoważone zostały przez udział gwiazd drugiego planu: Morgana Freemana (Azeem) i Alana Rickmana (szeryf z Nottingham; aktor za swą wyrazistą kreację otrzymał nagrodę BAFTA), a także walory widowiska. W dwa lata później parodię filmów o Robin Hoodzie przedstawił Mel Brooks, w swych „Facetach w rajtuzach” („Robin Hood: Men In Tights”, 1993), odnosząc się głównie do produkcji Reynoldsa oraz Curtiza i Keighley’a. Cary Elwes, wcielający się w postać banity, miał pierwotnie zagrać główną rolę w o dwa lata wcześniejszym filmie; ostatecznie jednak propozycję odrzucił.
Legenda rabusia z lasu Sherwood jest wciąż żywa. Nie biorąc pod uwagę licznych produkcji telewizyjnych, wśród których znaleźć można tak tytuły znane i uznane (serial „Robin z Sherwood” („Robin of Sherwood”, 1984-1986)), jak i zupełnie niszowe, luźno nawiązujące do tematu (nakręcony w roku 2000 film erotyczny „Virgins of Sherwood Forest”). Nie można także zapomnieć o reklamowanej hucznie superprodukcji Ridley’a Scotta. Czy starsze pokolenie zaakceptuje wizję brytyjskiego reżysera i czy – co ważniejsze dla amerykańskich producentów – pokolenie młodsze znajdzie na sali kinowej zainteresowanie dla historii sprzed niemal tysiąca lat? Przekonamy się.
« Poprzednia | Strona: 2 z 2
Tagi: film płaszcza i szpady film przygodowy Robin Hood Errol Flynn Sean Connery historia kina historia filmu esej Mateusz Skomorowski