G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Julia Marcell człowiekiem jutra?

Autor: Marta Cwujdzińska, dodano: 14-10-2011, 15:56

Jest młoda, intrygująca i utalentowana. Pochodzi z Polski, mieszka w Niemczech, a śpiewa po angielsku. Jej pierwszy album „It Might Like You” ukazał się za pomocą serwisu Sellaband, na którym to fani fundują muzykę. Płyta była dostępna w Niemczech, Austrii i Szwajcarii, a potem trafiła na polskie półki sklepowe. Atutem krążka były instrumentalne, choć surowe w brzmieniu, wojaże. Zwłaszcza, że Julia eksperymentowała z takimi przedmiotami jak buty czy papier.

Jeszcze ciekawiej prezentuje się najnowszy album – bardziej intymny i bogatszy w melodie "June". Fortepian, perkusja, gitary, skrzypce, syntezatory to niektóre z instrumentów, jakie można na nim usłyszeć. "Shores" – utwór umiejscowiony dokładnie w połowie albumu – bazuje wyłącznie na grze instrumentalnej. Ale jak twierdzi Julia, krążek powstawał w inny sposób niż poprzednia płyta. Przede wszystkim nie był tworzony w pośpiechu. Każda minuta spędzona nad płytą była odpowiednio wyważona, a wszystkie detale pieczołowicie dopracowane. W rezultacie powstało 10 starannie skomponowanych, chwilami hipnotycznych, chwilami chaotycznych kawałków. Jeden z nich – "Matrioszkę"można było usłyszeć i zobaczyć już w sierpniu.

Teledysk do utworu nakręciła Iwona Bielecka. Jak na polskie warunki – lub konwencje polskich klipów – prezentuje się on znakomicie. Jest utrzymany w surowym, momentami ascetycznym klimacie. I zdaje się, że ta surowość to zamierzony koncept. Niektóre z kadrów są jakby wyjęte z artystycznego żurnala. Królują w nich ekstrawagancki kostium, (bez)cielesność, posągowy makijaż i oszczędna scenografia.

Teledysk wskazuje też na pewien progres w polskiej branży muzycznej. Nasi twórcy klipów zaczynają częściej eksperymentować z formą, szukać środków wyrazu, które nie ograniczają się do prostej rejestracji filmowej, do wiernego przedstawienia konkretnej sytuacji, lecz oparte są na idei i balansują na granicy różnych, artystycznych technik realizacji. Dzięki temu teledysk staje się kreacją samą w sobie, a nawet dziełem sztuki. To także znak, że na polskim rynku teledyskowym zaczyna dziać się coś dobrego, coś na miarę rynków zagranicznych.

Muzyczne inspiracje Julii też ocierają się o rozmaite stylistyki. W jednej z piosenek – "Gamelan" – Julia wykorzystuje fragment popularnego w latach 90. hitu Culture Beat – "Mr. Vain". Zresztą sam fakt, że Julia śpiewa po angielsku dowodzi, że czerpie ona z zachodnich wzorców (choć trzeba przyznać, że jej akcent do wybitnie dobrych nie należy). Jedynym kawałkiem, w którym śpiewa zarówno po angielsku jak i po polsku jest "Echo". Co więcej polskie słowa przybierają tu formę czegoś w rodzaju modlitwy. Jest to moim zdaniem najlepszy utwór na płycie. Na tym jednak nie koniec muzycznej eskapady panny Marcell. Już pierwszy numer, tytułowy "June" zapowiada bogactwo brzmień, jakie spływać będzie na słuchaczy. "Matrioszka" tak jak rosyjska laleczka jest wielobarwna i porywająca, ale też pełna skrajnych emocji, bo blisko jej do skandynawskiej stylistyki Bjork czy Fever Ray. "CTRL" (tytuł adekwatny do charakteru utworu) to pofragmentowany, chwilami egzotyczny utwór, który brzmi jak soundtrack do gry komputerowej. "I Wanna Get On Fire" to łagodny, hipnotyczny, melodyjny numer, w którym dużą rolę odgrywają syntezatorowe dźwięki. Mniej spokojnym, ale też nośnym kawałkiem jest "Since". "Crows" przypomina muzykę innej młodej wokalistki Olivii Anny Livki – jest wybuchowy, hałaśliwy i nieokiełznany. "Shhh" zadziorny jak "Crows" i pokawałkowany jak "CTRL", także bazuje na elektronicznych dźwiękach. Jedenastym, zamykającym płytę numerem jest "Aye Aye". Brzmi on nieco inaczej niż poprzednie kompozycje – jest bardziej płynny i harmonijny.

Jednak ma to jakiś walor. Dzięki różnorodności piosenek sam krążek wydaje się być bardziej atrakcyjny. Bo co, jak co, ale nijakości, homogeniczności i wtórności z pewnością nie można mu zarzucić. Album jest energiczny i porywający. Przypomina mozaikę, której każdy kolejny fragment mieni się innym kolorem i zaskakuje odmienną fakturą. Być może również w tym tkwi istota jego tytułu –> „june” to czerwiec, a w letnim słońcu wszystko wydaje się być wielobarwne i ożywione.

Chyba więc rację miał brytyjski dziennik „The Guardian”, który uznał Julię za jedną z „osobowości jutra”. Tak jak „jutro nie umiera nigdy” tak samo trwa moje uwielbienie dla tej płyty.

 

Tagi: Julia Marcell Marta Cwujdzińska June



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/gTag/cykl-patriotyzm/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator