Lubimy modę, bo odpowiada temu, co w nas najbardziej próżne, jest często hołdowaniem naszym zachciankom i egoizmowi. Daje możliwość spełnienia się naszej wyobraźni, zmysłom, poczuciu estetyki i jednocześnie przynosi bardzo przyjemne poczucie, że robimy coś wyłącznie dla siebie. Czy równie przyjemne jest oglądanie mody w kinie?

W latach 90. modelki z kobiet wyłącznie pozujących do zdjęć czy chodzących po wybiegach zmieniły się w instytucje, ludzi-orkiestry o (trzeba to powiedzieć wprost) wątpliwych kompetencjach. W tym czasie romans mody z filmem, niestety, nie był szczególnie udany, gdyż żadna z modelek chcących zrobić oszałamiającą karierę w kinie nie miała odpowiedniego talentu. Wspomnijmy żenujące próby Cindy Crawford – po jej występie w „Czystej Grze” Andrew Sipesa krytycy nie zostawili na niej suchej nitki, a film otrzymał trzy nominacje do Złotych Malin. Mimo to niezapomniane jest dla mnie niesamowite wrażenie, jakie przy pierwszym obejrzeniu zrobił teledysk George’a Michaela do „Freedom '90” (i tak już dobrych kilka lat po premierze)! Wysmakowany klip z udziałem największych ikon ówczesnych wybiegów – Lindy Evangelisty, Christy Turlington, Naomi Campbell, Cindy Crawford i Tatjany Patitz – do tej pory może być czystą ucztą dla oczu. Faktem jest jednak, że modelki nie chciały być dłużej jedynie pięknym dodatkiem oraz że niektóre z nich w filmie odnalazły się całkiem nieźle. Legendy światowego modelingu – Grace Jones czy Milla Jovovich – mają na swoim koncie kilka interesujących filmów; mało kto pamięta, że bogini Monica Bellucci także zaczynała swoją karierę od bycia modelką; obecnie jedną z głównych ról w najnowszym filmie Terry’ego Gilliama „Parnassus” zagrała Lily Cole – jedna z najbardziej znanych brytyjskich modelek. Nazwiska będzie można mnożyć, bo swoją filmografię budują też między innymi Australijka Gemma Ward czy Etiopka Liya Kebede.
Wielki romans mody z filmem można było zaobserwować, gdy w 1994 roku Liz Hurley na premierze filmu „Cztery wesela i pogrzeb” Mike'a Newella (w którym główną rolę zagrał jej ówczesny narzeczony Hugh Grant) pojawiła się w obcisłej czarnej sukni od Versace, spiętej w dwudziestu czterech miejscach złotymi agrafkami. „Vogue” napisał wtedy: „W owej chwili, która w świecie brukowców nabrała takiego znaczenia, jak Boże Narodzenie ma dla chrześcijan, narodziła się gwiazda”. Nikt bowiem nie zwracał większej uwagi na Andie MacDowell, kreującą główną rolę kobiecą w filmie. Tego dnia liczyła się tylko Hurley i był to początek jej światowej kariery. Nie jest to oczywiście jedyny przypadek, kiedy moda i film romansują ze sobą zupełnie poza planem filmowym. Moda wspiera tutaj film i odwrotnie, przedstawiciele (jeszcze chętniej przedstawicielki) świata filmu kreują wielką modę na czerwonych dywanach, promując nie tylko siebie, ale i, bardzo często, sam obraz, w którym biorą udział. Najczęściej podobne zjawiska obserwujemy podczas wielkich gali rozdania najważniejszych filmowych nagród, jak Złote Globy czy Oscary, do historii przeszedł między innymi strój Björk, która na Oscarach w 2000 roku wystąpiła w sukience w kształcie łabędzia projektu Marjana Pejoskiego.
Jeszcze inną kategorią niezapomnianych strojów są kreacje, które stały się nierozerwalnie związane z danym filmem, tak ikoniczne, że obecnie są jego cechą charakterystyczną. Tak jest na przykład z podwiewającą białą sukienką Marilyn Monroe z (dość rozczarowującej) sceny ze „Słomianego Wdowca” Billy’ego Wildera, małą czarną Givenchy noszoną przez Audrey Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany'ego”, niezapomnianym bikini Ursuli Adress z „Doktora No” Terence'a Younga czy rękawiczkami rozerotyzowanej Gildy – Rity Hayworth z filmu Charlesa Vidora.
Istnieje grupa filmów, które w sposób bezpośredni traktują o środowisku mody – jego mechanizmach, blaskach i cieniach pracy w branży i trzeba przyznać, że niektóre z tych tytułów to obrazy nie tylko efektowne, ale i całkiem interesujące. W filmach „Diabeł ubiera się u Prady” Davida Frankela oraz „Wyznania zakupoholiczki” P.J. Hogana praca w magazynie mody wydaje się być posadą marzeń, kobiety śnią o niej od czasu bycia nastolatkami, wiele z nich „zabiłoby dla tej pracy”, a środowisko mody wydaje się im być swoistym El Dorado. Naczelne portretowanych w filmach magazynów są stylowymi despotkami – „Diabeł ubiera się u Prady” jest adaptacją książki Lauren Weisberger, która, jak głosi rozpowszechniona plotka, opisała w niej swoje doświadczenia z bycia asystentką Anny Wintour – legendarnej naczelnej amerykańskiej edycji „Vogue”. Miranda Priestly – demoniczna, nieczuła egoistka, wzorowana na Wintour – została popisowo zagrana przez Meryl Streep. W „Wyznaniach zakupoholiczki” naczelna pisma „Alette” jest równie stylową, co apodyktyczną Francuzką (jak zwykle zjawiskowa Kristin Scott Thomas). Drugi z tych filmów jest znacznie bardziej banalny i, można powiedzieć, wręcz głupiutki, co więcej, „Diabeł ubiera się u Prady” Frankela jest nie tylko lepszy, ale także o niebo bardziej... stylowy.
Osobiście mam niesamowitą słabość do „Seksu w Wielkim Mieście” Michaela Patricka Kinga, który jest nieco słabszy niż film Frankela –filmowej wersji opowieści o pisarce Carrie Bradshaw nieustannie poszukującej miłości brakuje trochę serialowego polotu, lekkości dialogów, smacznych żartów i najbardziej celnych obserwacji życia (najczęściej niezamężnych i niespełnionych) kobiet po trzydziestce. Warto napomnieć, że reżyserem serialu był nikt inny, jak... David Frankel. Nie można za to filmowi odmówić przodownictwa w klasie stylizacji. Znajdziemy w nim kilka scen będących kwintesencją tego, co najlepsze w modzie. Na samym początku filmu Carrie Bradshaw (Sarah Jessica Parker) idzie po ulicy w sukience z wielkim białym kwiatem. Mijające ją nastolatki krzyczą: „jaka świetna sukienka”, a Carrie tylko uśmiecha się bo... już to wie. Wie również, że nikt na całym Manhattanie nie zna się na modzie lepiej niż ona. Urokliwa jest scena przeprowadzki Carrie – wraz z przyjaciółkami w rytm piosenki „Walk This Way” Aerosmith przegląda ona swoją szafę robiąc prywatny pokaz mody. Carrie wygląda znakomicie nawet w najbardziej kiczowatych sukienkach, najczystszej tych w stylu lat 80., promienieje i widać, że bawi się modą, jest śliczna i inspirująca.
Powróćmy na moment do serialu. Dialogi i postacie (charakterystyczne, świetnie nakreślone) to jedynie część jego atutów. Należy do nich też zdecydowanie skuteczność w kreowania wizerunku i wpływaniu na masową świadomość, w wyniku czego serial stał się doskonałą niszą dla reklamy. Przez sześć sezonów „Seksu w Wielkim Mieście” oglądaliśmy nie tylko metamorfozę bohaterek (pewnie z modnych kobiet lat 90. zmieniają się w czterdziestoletnie kociaki XXI wieku), ale zaobserwowaliśmy także promocję na przykład słynnych już butów Manolo Blahnika. Film wylansował także Patricię Field – obecną guru stylizacji w filmach, w których bohaterem jest sama moda (także wspomniane wcześniej „Diabeł ubiera się u Prady” i „Wyznania zakupoholiczki”).
Wracając do filmu – Mr Big prowadzi Carrie przez ich nowy penthouse w samym sercu Manhattanu. Carrie ma w dłoni torbę z logo Manolo Blahnika, zamyka oczy i delikatnie drży z ekscytacji. Kiedy Big pozwala jej otworzyć oczy, za podwójnymi drzwiami ukazuje się kolejne, tym razem małe mieszkanie – nowa garderoba Carrie jest spełnieniem jej marzeń. Gdy bohaterka przymierza suknie ślubne, pojawiają się wielkie nazwiska: Vera Wang, Carolina Herrera, Christian Lacroix, Lanvin, Dior, Oscar de la Renta, Vivienne Westwood. Film modowym rozmachem kilkukrotnie przewyższył serial, tym bardziej zastanawia mnie, co czeka nas po premierze drugiej części, która została zaplanowana na maj 2010.
O tym, co najgorsze w świecie mody opowiada „Gia” Michaela Cristofera – film oparty został na historii życia modelki Gii Marrie Carangi, która największe sukcesy odnosiła na początku lat 80. Była ona ekscentryczną nastolatką z Filadelfii, która stała się ikoną za sprawą swojej oszałamiającej urody, jednak – nie mogąc znieść presji otoczenia, samotności i własnego charakteru – uciekała w niespełnioną miłość do swojej przyjaciółki, Lindy, seks, narkotyki. Umarła mając 26 lat. „Gia była pierwszą osobą, która naprawdę się poruszała” – słyszymy w filmie. Była odkryciem, była „mięsem”, przeciwieństwem przesłodzonych blondyneczek z plakatów. W filmie pada kilka naprawdę gorzkich słów – „Moda nie jest sztuką, nie jest nawet kulturą, moda to reklama (...) W świecie mody trzeba trafić na odpowiedni moment, nie ma lepszego przepisu” – w Nowym Jorku na początku lat 80. nikt nie miał złudzeń. W rolę Gii wcieliła się Angelina Jolie, zadziorna i pociągająca, jednak na mnie zabójcze wrażenie zrobiła Faye Dunaway (jako Wilhelmina Cooper – odkrywczyni talentu Gii). Jest cudowną kwintesencją lat 80., gdzieś pomiędzy „Trzema Dniami Kondora” Sydney’a Pollacka a „Don Juanem DeMarco” Jeremy’ego Levena. W środowisku początkujących modelek „Gia” uznawana jest za bardzo uniwersalną przestrogę na początku wymarzonej kariery.
Przykre jest, że w polskiej kinematografii nie powstał jeszcze żaden interesujący film o modzie, bo temat jest niesamowicie wdzięczny, a projektantów, których można zaangażować więcej, niż mogłoby nam się wydawać. Co więcej, mam wrażenie, że polscy filmowcy albo nie dorośli do tego, aby nakręcić dobry film o modzie lub po prostu czekają na dobry scenariusz. Piszę to myśląc oczywiście o głośnej zeszłorocznej premierze „Miłości na Wybiegu” Krzysztofa Langa – jest to, niestety, kolejna komedia romantyczna nakręcona według utartego schematu, prosta opowiastka o dziewczynie, która rozpoczyna ostrą walkę o przetrwanie w wielkim mieście –Warszawie. W filmie nie brak może tytułowej miłości – trochę naiwnej i zbyt szybkiej, płytkiej, chociaż w pięknych kolorach i na zdjęciach najwyższej jakości – ale zabrakło nawet tytułowego wybiegu! Możemy obejrzeć (zbyt) krótką sekwencję z pokazu Macieja Zienia (sam projektant pokazuje się przez chwilę na ekranie) i drugą, z pokazu Vistuli, jednak twórca autentycznie zainteresowany tematem mógłby zrobić z tego filmu obraz wręcz kultowy z perspektywy czysto modowej, wykreować świetne wizerunki i zadbać o to, aby widz czuł się szczerze zaintrygowany tym, co noszą na sobie aktorzy. To niedopatrzenie nazwałabym ewidentną ignorancją. Zanim jednak znów będzie można podziwiać bohaterki „Seksu w Wielkim Mieście”, bądź być może jakąś polską produkcję o modzie (czemu kibicuję!), interesujące mogą być najnowsze dokumenty o współczesnym świecie mody: „The September Issue” R.J. Cutlera pokazujący przygotowania Anny Wintour do wydania wrześniowego numeru „Vogue” (wrzesień dla ludzi ze świata mody jest niczym styczeń dla wszystkich innych) oraz „Valentino. The Last Emperor” Matta Tyrnauera traktujący o Valentino Garavanim – ikonie włoskiej mody, krawiectwa i projektowania. Warto przecież sprawdzić, czy filmy o modzie są jedynie krzywym zwierciadłem rzeczywistości, czy jest w nich całkiem sporo prawdy oraz przekonać się, jak precyzyjnie skonstruowaną machiną jest przemysł modowy.
ŹRÓDŁO ILUSTRACJI: www.egodesign.ca
Tagi: moda esej Marta Kaprzyk Gia Manolo Blahnik Audrey Hepburn Seks w wielkim mieście
WqOsvlTCuojARNYkN08-12-2011, 17:24
5hFrUv , [url=http://jdyjwqqldkff.com/]jdyjwqqldkff[/url], [link=http://efssbueevhkc.com/]efssbueevhkc[/link], http://qfhjrhipgdaj.com/
WrjOuFCHlv03-12-2011, 09:12
Yzi1b8 <a href="http://hyvrxadqauvr.com/">hyvrxadqauvr</a>
asereuqNBcAgGGBdP02-12-2011, 17:21
ljsSCi , [url=http://ezxkjuronpiu.com/]ezxkjuronpiu[/url], [link=http://gajttpqwwbnv.com/]gajttpqwwbnv[/link], http://olaxbmoneggn.com/
foxOOYOrft01-12-2011, 13:21
UsuJ6X <a href="http://ommmwvxdzbwv.com/">ommmwvxdzbwv</a>
lLVOvxPvCVphYcl01-12-2011, 03:25
Posts like this britghen up my day. Thanks for taking the time.