Piekło, jakie tworzy Lars von Trier swoim bohaterom, zasługuje na szczególną uwagę. Reżyser jest mistrzem w operowaniu okrucieństwem, jednym ze skuteczniejszych manipulatorów kina. „Przełamując fale” bardziej przypomina zabiegi hiszpańskiej inkwizycji, niż obraz purytańskiej wsi w Szkocji. Filmy Von Triera oglądam ze ściśniętym gardłem, grymasem bólu na twarzy. Reżyser obarcza widza skórą pasywnego kata. Szczęście, że w „Przełamując fale” od tej roli daje się nieco odpocząć. Tutaj katem jest Jan, który będąc przykutym do łóżka, nakazuje żonie odbywać stosunki seksualne z innymi mężczyznami. Kobieta przywiązuje się do Jana niczym dziecko do ojca, jest zazdrosna o każdą rzecz, która zajmuje jego myśli. Ze wszystkich sił sprzeciwia się jego pracy na oddalonej o tryliony kilometrów platformie morskiej. Stamtąd nie może jej ucałować, przytulić, przez co każdy dzień jest bez sensu. Bess modli się do Boga, by Jan porzucił to głupie zajęcie. W oka mgnieniu zjawia się ukochany, niestety niezdolny do przytulania, w ogóle do niczego poza mówieniem. I tak zaczyna się ofiara bohaterki. Reżyser gra na emocjach widza (jak zawsze). Nie pozostaje nam nic innego jak ubolewać nad losem Bess. Zwłaszcza, że widzimy jej niedojrzałość, być może rządzi nią jakaś choroba psychiczna. Kobieta jest uosobieniem utraconej osobowości dziecka. Nieskończenie kochająca, ciekawa każdego źdźbła trawy, obdarzona dziecięcą mądrością, no i liryczna z racji owych cech połączonych z samotnością. Przez swoje postępowanie udowadnia, że nie ona jest niepełnosprawna psychicznie, lecz mieszkańcy wioski, którzy nigdy nie wzniosą się na wyżyny kochania. Powstaje również oczywista metafora Jezusa. Bess zbawia Jana, ograniczona ludność nie rozumie jej postępowania, odłącza ją od społeczności katolickiej. Małżonka jednak dalej czyni swoją powinność właśnie dzięki wierze. Kobieta prowadzi dyskusje z Bogiem, w których można się doszukać bądź to schizofrenii, bądź sacrum. Zrealizowanie tematu wybranego przez reżysera z pewnością wymagało dużego wyczucia. Film jest trudny w odbiorze dla Europejczyka, u którego zanika wiara. Przeszedł on na tryb konsumpcyjny, w dodatku stał się takim indywiduum, że nie dba o rodzinę, a każde odstępstwo od tych dogmatów jest karane psychiatrykiem. Przesada mogłaby zrujnować produkcję, bo przecież dzieło traktuje o odwrotności tego zbioru.
„(...) Możliwości potężnych procesów psychicznych ukryte są przed świadomością ludzką.” [1] Są też w stanie całkowicie obezwładnić człowieka. Filmowe opętania można traktować jako metaforę wyniesienia się ponad „indywidualną świadomość” pewnych towarzyszy umysłu. „Demon”, który oczywiście nie jest „mną” opanowuje coraz niższe poziomy świadomości, by ostatecznie zamknąć „mnie” w nieświadomości. Schizofrenia w połączeniu z katalepsją? W każdym razie, coś rządzącego się podobnymi prawami.
William Friedkin pokusił się o naukowe uzasadnienie opętania w sławnym „Egzorcyście”, jest ono jednak bardziej niewiarygodne aniżeli domniemane nawiedzenie. Film zalicza się do dzieł dających wyjątkowo obszerne pole na budowę analiz.. Głównie to opowieść o walce dobra ze złem, napadem szatana na jedną z „owieczek” lub mało inteligentny horror, bo w końcu strasznie diabłem nie należy do wyrafinowanych chwytów. Produkcja mająca rzeszę entuzjastów została przeanalizowana na wszystkie strony. Film jako odpowiedź na niepokoje rodziców, których dzieciom hipisi robią pranie mózgu lub na osłabienie Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. Wydarzenia lat 70. usilnie starały się rozerwać USA, jak i nabałaganić w umysłach obywateli. Szatan jest metaforą powyższego działania. Tak naprawdę chodzi o to co nas, jako widzów zajmuje najbardziej. „Każdy, kto widział „Egzorcystę”, wyniesie z tego filmu to, co do niego wniósł”, jakże trafne są słowa reżysera Williama Friedkina. Dorastająca bohaterka w czasie opętania, może być przestrogą dla mniej religijnych widzów, silnie zaburzonym dzieckiem, nad którego losem można przelewać łzy lub obiektem badań naukowych. Największa wartość dzieła – swoboda odbioru.
Religia może być również przyczyną choroby psychicznej, nią samą oraz lekarstwem. O tym traktuje film Hansa-Christiana Schmida o wdzięcznej nazwie „Requiem”. Młodą studentkę Michaelę wychowaną w wyjątkowo religijnej rodzinie nawiedzają znane nam już demony. Nic więc odkrywczego. Z tym, że właśnie w tym filmie występuje synteza religii i psychiatrii, której nie musimy się usilnie doszukiwać. Po relacjach dziewczyny z rodzicami widać, że jej życie nie było usłane różami. Matka pasywno-agresywna, chcąca rządzić życiem córki, ojciec z kolei otacza dziecko ramieniem, równocześnie kładąc się pod pantofel żony. Nad tym sprawuje pieczę Bóg Wszechmogący. Opętanie/Choroba psychiczna Michaeli mogła być objawem buntu wobec rodziców uprzykrzających jej życie, a tym samym sprzeciwem wobec religii, która uczyniła ją nieszczęśliwą. Nie mogła przecież kupić sobie modnego sweterka, ponieważ matka uważała to za brak skromności, a idąc dalej obrazę Boga. Wskutek czego Michaela dostała najpierw epilepsji, później przyszedł czas na lęki, dźwięki i męki. W filmie równolegle można wyczuć chorobę innego rodzaju. Michaela przestaje jeść, lub je bardzo mało, gdy trafia do akademika. Perfekcjonizm, poddawanie się wpływowi rodziców, „przepraszanie za życie”. Więc anoreksja prowadząca do tak poważnych zmian w strukturze mózgu, by mogła naruszyć postrzeganie świata? Wątpię, ale to ciekawa hipoteza. Oczywiście cała sytuacja, tak jak w „Egzorcyście”, rozwiązuje się za sprawą egzorcyzmów. Michaela znowu może kochać Boga, który ujawnia przed nią głębszy sens cierpienia. Z psychologicznego punktu widzenia mogłoby to być otępienie, w końcu wymęczyła się na wyznawaniu prawdy emocjonalnej rodzicom. Jednak wiara podpowiada, że męczeństwo rządzi się swoimi prawami.
Podróż po ludzkiej psyche zamyka obraz Andrzeja Żuławskiego „Opętanie”. Film właściwie nie do opisania, nie da się go zrecenzować, gdyż te działania opierają się na intelekcie. By oddać atmosferę oraz sens dzieła trzeba użyć monologu emocji. Bohaterami opowieści jest dwoje ludzi będących w związku małżeńskim, w którym zabrakło kochania. Anna odchodzi od Marka, przygarnia ją kochanek. Mąż chciałby jednak naprawić małżeństwo, przecież mają dziecko. Właściwie to wszystko jest nieistotne. Dzieło rejestruje poczynania umysłów. Szaleństwo Anny pochodzi od fantazji małżonka o ich wspólnym życiu. Czy jest jednak sprzeciwem? Bohaterka wykazuje obojętność wobec mężczyzny. Ona wychodzi z siebie, jej zachowanie jest tylko ucieleśnieniem duszy ludzkiej. Dosłownie, gdyż kobieta przekazuje cały swój umysł ciału. Myśli oplatają jej skórę, mięśnie wykonują lęki, struny głosowe drgają ze złości. Cała istota Anny wypływa na powierzchnię, pragnie ją rozerwać. Spełnienie seksualnych fantazji mężczyzny? Kobieta, której każda myśl może być zawładnięta przez niego, wystarczy, że dotknie wybrankę, by móc ją dowolnie pobudzać, być władcą jej istnienia. Anna: Nabrzmiałe emocje, których nienawidzi. Ciało, które wzbudza obrzydzenie do ludzi. Brud, który nosi w sobie, krew krążąca po organizmie, ból nieustannego ruchu. Pulsacja wstrętu. Jak cokolwiek może jej pomóc, skoro jest równie ohydne? A Mark... jest przecież tylko popędem seksualnym. Wszystkie jego cechy pragną odpowiedników, z którymi mogłyby współżyć. Anna będąca ciągłymi eksplozjami, w czasie jednej z nich rodzi swoje obrzydzenie, nagromadzone zło. W metrze, krwi, wymiocinach, w opętaniu wychodzi na świat monstrum. Matka karmi dziecię okropnościami ciała. Daje mu mięso śledczych przysłanych przez Marka, oddaje mu siebie. Jest jeszcze druga strona medalu. W świecie każdego z bohaterów zjawia się sobowtór partnera. Schizofrenia? Fantasmagoria? Dzieło mocy piekielnych? Wszystkiego po trochu. Jedyną osobą trzeźwo myślącą jest synek pary. On tylko nie daje się zwieść przedszkolance, która przejmuje matczyną rolę Anny. Wie przecież, że to mama jest dobra, jest człowiekiem. Przedszkolanka sprawia wrażenie istoty pozaziemskiej, a mały woli umrzeć niż wpaść w jej ręce.
Żuławski stworzył film, który przedstawia dwie twarze człowieka i zaciera granice między nimi. Wartości absolutne po dwóch stronach barykady również się przenikają. Odzwierciedleniem jest przestrzeń filmu – Berlin. Akcja rozgrywa się w podzielonych murem stronach miasta. Przekraczanie „granicy” wiąże się ze zmianą kolorystyki i architektury. Nie można również pominąć pracy kamery. Podąża ona za ruchem bohaterów z intensywnością odpowiadającą szaleństwu. Obraz wydaje się cierpieć męki niemniejsze niż te scenariusza. Dzieło reprezentuje spazmy i konwulsje myśli, jak żadne inne.
Samo życie.
[1] Z. Freud, Moje życie i psychoanaliza, Warszawa 1991.
« Poprzednia | Strona: 2 z 2
Tagi: film kino kobieta Andrzej Żuławski Przerwana lekcja muzyki Francois Truffaut Egzorcysta Opętanie Lars von Trier William Friedkin Requiem esej