Na oficjalnej stronie jednego z najwybitniejszych polskich reporterów czytam: Jeśli pisarz czerpie z życia, to kto jest właścicielem tej historii: pisarz czy życie? Oto fundamentalne pytanie towarzyszące literackiej hybrydzie, za jaką uznaje się współczesny reportaż pisany. Bo skoro reportera-literata ograniczają, przynajmniej z założenia, fakty – to skąd w tekstach najwybitniejszych polskich reportażystów iście barokowy koncept i pełna dowolność kompozycyjna?

Nie chodzi mi, bynajmniej, o stricte podręcznikowy konflikt między fikcją a NIE-fikcją, literaturą a publicystyką, subiektywizmem a bezstronnością – charakterystyczny dla gatunków pogranicza, które na swoje (i autorów) nieszczęście zaliczane są do literatury faktu. Ja się pytam, bez transcendentalno-fanatycznych podtekstów, o wizję reporterskiej opowieści, ze szczególnym uwzględnieniem płaszczyzny stylistycznej, tzn. o to, co i jak reporter może napisać, by potencjalnego czytelnika grom jasny (w gębę) strzelił.
Z zachwytu.
„Może” jest tu słowem kluczowym i problematycznym. Otóż reporter-dziennikarz m o ż e – bo chce, a fakty nie stoją tej chęci na przeszkodzie. Ale już reporter-pisarz m o ż e – gdy uwzględnia wyznaczniki gatunkowe, strzegące czci i chwały zasady decorum. Powstaje zatem klasyczny konflikt interesów, z założenia, sprzecznych. Reporter-literat ma ten problem rozwiązać i w zależności od obranej taktyki – przekonać czytelników do przedstawianych w reportażu wydarzeń. Żądni namacalnego potwierdzenia powyższych dywagacji, sięgamy więc po książki Szczygła, Tochmana czy Jagielskiego. I czytamy.
Z zachwytem.
Bo Polacy, wyszydzani na piłkarskich boiskach i rokrocznie niedoceniani w eurowizyjnym maglu dyskotekowej tandety, mogą odnaleźć w twórczości rodzimych reportażystów drogę ucieczki. Ucieczki od piętnowanej przez Gombrowicza „formy polskiej” i odwiecznych kompleksów z nią związanych. Szkoda tylko, że masowy odbiorca zwykle nie zdaje sobie z tego sprawy. A traktować ludzi gombrowiczowskim „buch-bachem”, w ramach mentalnej resocjalizacji zbiorowości „umysłowo dennej”, jest zadaniem mało eleganckim i, w gruncie rzeczy, bezcelowym.
Wracając do polskiej szkoły reportażu (bo takie sformułowanie od kilku ładnych lat odnaleźć można w licznych antologiach gatunku) i do stylistyczno-kompozycyjnej swobody jej reprezentantów: literacki warsztat reportażysty prawdę ci o nim powie. Anna Janko – poetka rodem z Trójmiasta, trudniąca się także krytyką literacką – w swoim debiucie prozatorskim („Dziewczyna z zapałkami”, Nowy Świat, Gdańsk 2007.) napisała o indywidualnych preferencjach czytelniczych: Jesteś autorem swoich lektur i one zawsze cię zdradzą!!! (czyt.: Jeśli chcesz być traktowany poważnie, a czytujesz harlequiny – lepiej zmilcz). W kontekście reporterskiej demaskacji literackiej można by więc powiedzieć: Jesteś autorem swoich reportaży i one zawsze cię zdradzą (czyt.: Pokaż mi, jak piszesz, a powiem ci, kim jesteś).
Dla przykładu: Wojciech Jagielski (zbyt często i niesprawiedliwie mylony z Wojciechem-wampirem, co to niegdyś zabawiał widzów TVP2 wieczorami, a obecnie serwuje zaspanym Polakom poranki na dzień dobry w TVN) prezentuje swoją twórczością literacki rozmach i swoistą fabularyzację wydarzeń w stylu Ryszarda Kapuścińskiego. Nie jest to jednak wielowątkowy i przesadnie dygresyjny literacki magiel faktów, za jaki uważam twórczość Barbary Wachowicz (Moje odczucia po lekturze książki „Malwy na Lewadach” podsumowałabym krótko, acz treściwie, hasłem: „Czerep na Lewarku”. W domyśle: trzeba by unieść i sprawdzić, czy coś się w środku uchowało. Mówię tu, rzecz jasna, o czytelniczym mózgu). U Jagielskiego nie ma błyskotliwej zabawy środkami artystycznymi (charakterystycznej dla Szczygła) czy reporterskiej powściągliwości (cechującej Tochmana). Do pewnego stopnia wyklucza podobne zabiegi sama tematyka – Jagielski pisze bowiem o wojnach, o frontach, o bitwach. Ale nie tylko. Wisława Szymborska pytała w jednym z wierszy: A któż to jest ten dzidziuś w kaftaniku? Bo tak na tytułowej „pierwszej fotografii” prezentował się mały Adolfek, syn państwa Hitlerów. Jagielski w swych reportażach kreśli, równie sugestywne, „pierwsze fotografie” przywódców, prezydentów, partyzantów. Na kartach „Modlitwy o deszcz” czy „Dobrego miejsca do umierania” odnajduje czytelnik portrety postaci kluczowych dla sceny politycznej danego kraju.
Reporterski konceptyzm budzi kontrowersje, ponieważ wymaga od czytelnika aktywnej interakcji z odautorskim zamysłem twórczym, tzn. trzeba podejść do sprawy ambicjonalnie. Bo dobry reportaż – to reportaż napisany z pomysłem, inteligentnie, lecz bez zbędnego afiszowania się (postawa typu: „Czytaj, głupi czytelniku, czytaj – aż zrozumiesz, że doprawdy nic nie rozumiesz” upoważnia do równie ambitnej czytelniczej riposty: „Pisz, butny reporterze, pisz – aż zrozumiesz, że doprawdy nikt cię nie czyta”). I dlatego uważam „Gottland” Mariusza Szczygła za mistrzowskie połączenie literackiego konceptu i reporterskiej faktografii. Każdy pojedynczy tekst tego zbioru posiada spójną i przemyślaną konstrukcję, z wyraźnie zarysowaną dominantą kompozycyjną. Może nią być porównanie, kontrast, umiejętnie wyeksponowany szczegół czy zastosowana stylizacja. Pisząc np. o czeskim pisarzu elastycznie dostosowującym się do zmiennej sytuacji politycznej w kraju, Szczygieł zestawia na wstępie dwa niezwiązane ze sobą w żaden sposób fakty: narodziny wspomnianego pisarza i powstanie pierwszej na świecie kubistycznej rzeźby ludzkiej głowy. Mniej więcej w połowie tekstu naprowadza czytelnika na właściwy trop, określając literata mianem „osobowości kubistycznej”, której kolejne życiowe wybory przypominają nieregularne krawędzie i załamania – charakterystyczne dla kubistycznego pojęcia przestrzeni. Reportaże Szczygła mają konstrukcję kryminału: autor stopniuje napięcie i dozuje informacje dostarczane czytelnikowi, operując zaskakującymi puentami i paradoksami. Olbrzymią wagę przykłada do szczegółu. Jego teksty są bardzo literackie, choć zdystansowane i pozbawione egzaltowanej wirtuozerii słownej. Dlatego konceptyzm Szczygła oddala się od barokowej sztukaterii w stronę „czułego chłodu”, którym to zwrotem określa reporter swoją ogólną postawę wobec zawodu.
Szczygieł wie, jak zyskać szacunek swoich czytelników. Podobnie Wojciech Tochman – choć inny to typ konceptu i inna stylistyka wypowiedzi.
Tochman pisze w sposób wyważony, umiejętnie selekcjonując słowa i wstrzymując się od komentarza na rzecz bezpośrednio przytoczonych wypowiedzi bohaterów. Trochę mi ta jego „behawiorystyczna sprawozdawczość” (zainteresowanych odsyłam do opisu procesu składania ludzkich kości w „Jakbyś kamień jadła”) przypomina poetykę Różewicza. Ironiczny dystans, cechujący umiejętnie ukryte komentarze Tochmana-reportera, zbliża się natomiast w stronę subtelnej ironii Szymborskiej. Ale nie mamy tu do czynienia z modelowym przykładem reportażu literackiego. Bo Tochman potrafi się konwencjami bawić. Jednym wielkim konceptem jest Tochmanowska „Córeńka” – po części reportaż, ale także (nie?)fikcyjny szkic powieści zaginionej na Bali reporterki „Gazety Wyborczej”. Trzeba tę książkę przeczytać kilkakrotnie, by choć trochę zbliżyć się do odszyfrowania ukrytych w niej wskazówek, niedopowiedzeń, emocji. By tę opowieść, a poniekąd i literacki kunszt Tochmana, docenić.
Nie zgadzam się z opinią jednego z moich wykładowców, jakoby reportaż nie był literaturą. Nie zgadzam się także z postulatem całkowitej eliminacji fikcji literackiej w tekstach reporterskich. Przedkładam koncept ponad fakty – pod warunkiem zachowania odpowiednich proporcji. Jeśli pisarz czerpie z życia, to kto jest właścicielem tej historii: pisarz czy życie? – pyta Mariusz Szczygieł na swojej oficjalnej stronie internetowej. Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. I chyba właśnie dlatego od reportaży można się uzależnić.
Tagi: reportaż Wojciech Tochamn Wojciech Jagielski Mariusz Szczygieł
dolly_lamb03-01-2010, 19:28
Fantastycznie ugryziony temat. Duzo dzis o reportazu, ale za mało w ten własnie sposób. Gratuluje tekstu.
l.19-12-2009, 16:13
Świetny tekst! Oby jak najwięcej podobnych artykułów!