G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Koniec Kina Dworcowego - wywiad z Piotrem Weissem

Autor: Marysia Szmagaj, dodano: 21-12-2009, 19:26

Piotr Weiss i jego Akademickie Centrum Filmowe wkrótce znów będą się przeprowadzać. Z końcem roku 2009 Wrocław utraci bezpowrotnie kino na Dworcu Głównym. Dlaczego tak się stanie? Jak potoczą się dalsze losy ACF-u? Czy kina studyjne powinny wyświetlać „Załogę G”? Czemu Odra-Film wprowadza się do dawnej sali Kina Atom, zamiast skorzystać z Kina Lwów? O tym wszystkim, jak i wielu innych, często newralgicznych dla wrocławskiej kultury filmowej, sprawach, mówi w udzielonym G-Punktowi wywiadzie Piotr Weiss, najlepiej rozpoznawany „kiniarz” w stolicy Dolnego Śląska.

kino Dworcowe

 

Marysia Szmagaj: Wraz z nadejściem nowego roku na stacji PKP Wrocław Główny ma nastąpić długo zapowiadany remont. Co stanie się z jedynym kinem dworcowym w Europie?

Piotr Weiss: Już odpowiadam. Kino jest czynne do 31. grudnia włącznie, z pewnością odbędzie się jeszcze, jak zwykle, Sylwester Filmowy. Natomiast od 1. stycznia zacznie się likwidacja, ponieważ musimy opuścić lokal, zgodnie z umową, do dnia 8. stycznia. Pomimo deklaracji, że kino na dworcu musi być, w projekcie architektonicznym nowego dworca nigdzie nie ma lokalu pod tytułem 'kino'. Można znaleźć kilka pomieszczeń zaznaczonych jako lokal usługowy, ale to niewiele znaczy, choć nie powiem, że PKP nie proponowało nam innych pomieszczeń na jednym z wrocławskich dworców. Niestety stawki czynszu są ,dla takiej działalności jak Kino Studyjne, kosmiczne. Między obietnicami a ścisłym planem występuje spora różnica. Wiadomą rzeczą jest, że hala dworca będzie kolejną galerią handlową. W związku z tym, nie wiem nawet, czy chciałbym prowadzić kino w takim miejscu. To już nie będzie jedyne kino w Europie na dworcu kolejowym, ale kolejne kino w galerii handlowej. Szukamy innego lokalu. Jako firma, Akademickie Centrum Filmowe, mieliśmy już w tym mieście kilka kin i będziemy mieć kolejne. Być może trochę to potrwa. To nie będzie kino, które już było, ale kino, które będzie trzeba zbudować. Tak jak zbudowaliśmy kino Oskar, salę w Pałacyku i jeszcze kilka innych miejsc. I pewnie musimy, bo taki nasz los wędrownego kina. Na szczęście, widzowie idą za nami.

Czy jednak, pomimo mającej powstać tu kolejnej galerii handlowej, Kino Dworcowe nie mogłoby pozostać ostoją atmosfery minionego Wrocławia? Przecież to 70-letnia historia miejsca ważnego dla kultury naszego miasta.


Oczywiście, że by mogło. Ale jaka w tym moja rola? Prowadzę firmę, która zajmuje się specyficznym kinem, dzisiaj nazywanym przez wszystkich studyjnym. Chociaż owa studyjność teraźniejszych kin jest trochę w zaniku. Do Sieci Kin Studyjnych dołączono te, które w życiu nie zrobiły nic poza wrzuceniem plakatu z „Terminatorem” do gabloty. Teraz nagle nazywają się „kinem studyjnym”, a wszystko tylko dlatego, że powstały multipleksy, które grają komercyjne kino. To nie oznacza, że są naprawdę studyjne, wystarczy tylko prześledzić ich repertuary. Jak trafi się im "Załoga G", to ją zagrają - ja nie. Taka jest różnica. Mam kilka festiwali, swój program, coś robię i wiele, naprawdę dobrych, kin działa podobnie, czyli edukuje. Dzięki temu mamy taki przekrój widzów, jaki mamy, bardzo często przychodzą starsi ludzie, którzy przeszli edukację filmową. Przychodzi też oczywiście wiele młodzieży, gorzej ze średniolatkami, ale takie mamy czasy - każdy pracuje. Choć nie powiem, ostatni festiwal „Wszystko o Everest” zakończył się powodzeniem, bo ruszyli do kina właśnie średniolatkowie. Za chwilę obchodzimy 50 lat kin studyjnych. Z tego powodu będziemy mieć tutaj taki przegląd - nie tylko my zresztą, ale także koledzy w czterech innych miastach poza Wrocławiem. Pokażemy rzeczy dawne, choć trudne do zdobycia. Zobaczymy, jak zareagują widzowie.

Powróćmy na chwilę do kin studyjnych. Wychodzi na to, że we Wrocławiu idealnym kinem studyjnym jest Pańskie ACF.

Nie sądzę, że to moje jest jedyne i najlepsze. Przecież całymi latami, jako jedyne we Wrocławiu z ogólnopolskiej sieci ośmiu kin studyjnych, działała „Polonia” na ulicy Żeromskiego pod okiem pani Anny Turzańskiej. Niedługo się tam dach zawali, ponieważ gospodarz budynku, pan Marszałek Województwa Dolnośląskiego, za pośrednictwem swojej instytucji kultury „Odra-Film”, nie robi nic od lat. Natomiast ja tego budynku nie mogę uzyskać, ponieważ jestem prywaciarzem, a nie instytucją. Później przez długie lata takim zacnym miejscem był Ośrodek Kultury Filmowej „Studio” Ryszarda Mergies. W dawnej strukturze, oprócz głównych kin studyjnych, działały także kina stowarzyszone. Miały inną zasadę współpracy, ale w efekcie robiły to samo. Takimi kinami stowarzyszonymi były kina mojej firmy - „Pałacyk” i „Oskar”. Nie będę się chwalił, że jestem najlepszy, bo byli lepsi ode mnie. Natomiast robię to, co robię. Ale, jak słyszę, że „Lalka”, „Warszawa” nagle są kinami studyjnymi, to - przepraszam bardzo - ręce opadają. Nazywane są tak z konieczności, a nie na podstawie realnej działalności.

Czy w związku z reaktywacją sali, gdzie mieściło się kino „ACF Atom” był możliwy Pana powrót do tego miejsca? Teraz zarządcą jest „Odra-Film”.

Oczywiście, że był możliwy. Zwłaszcza, że umarła osoba, która rozwaliła cały budynek, między innymi nas, po piętnastu latach. ACF był w stanie płacić czynsz za 10 miesięcy z góry, więc tu nie chodziło o pieniądze. Po prostu nie poradziła sobie publiczna osoba. Jednak ja nie chciałbym wracać do „Atomu”. To bardzo trudne miejsce, z uwagi na zabytkowość budynku. O tym, że 2. października ruszy nowa sala „Warszawa - sala NOT” zostałem wcześniej poinformowany przez dyrektora Andrzeja Białasa. Zapytał, czy nie chcę wrócić, zachował się więc honorowo. Sam zdecydował się na tą salę z powodu programu edukacji filmowej, którą prowadzi. Chciał zachować niedaleką odległość z małą salą w „Warszawie” która, automatycznie ze startem działalności w sali NOT-u zostanie zamknięta. Dla mnie jest to dziwne i chore, że instytucja finansowana z pieniędzy podatników, nie korzysta z obiektu, który posiada, czyli np. kina „Lwów” (latami mieściła się tam młodzieżowa akademia filmowa). Dlaczego nie prowadzą edukacji filmowej w swoim obiekcie? Tylko wyrzucają dodatkowe pieniądze. Kiedy odchodziłem z „Atomu”, zabrałem wszystko, co było moje. Została tylko sala z pustymi fotelami, którym co tydzień trzeba dokręcać kilogram śrubek, bo się rozlatują. Brak tam oświetlenia, ekranu, sprzętu kinowego. Jest to poważna inwestycja. A można przecież wykorzystać obiekty, które się marnują. Chociażby „Lwów”, tam niewiele się dzieje. Pomijając „Polonię”, której budynek jest już w bardzo złym stanie czy kino „Pionier”, od powodzi, kiedy zostało zalane, pan dyrektor Białas nic nie zrobił. Dla mnie to jest dziwne – mając własne obiekty korzystać z cudzych.

Natomiast Panu, któremu chce się działać i puszczać dobre kino, nie jest łatwo otrzymać salę...


Nie mogę dostać np. „Polonii”, bo jestem prywaciarzem. Nie chcę mieć fundacji czy stowarzyszenia. Na całym świecie, jeśli ktoś tworzy pod swoim nazwiskiem to się liczy. Jeśli coś zepsujesz, to wiadomo kto za to odpowiada. Tutaj jest inaczej – wystarczy otworzyć gazetę: fundacja ukradła publiczne pieniądze, stowarzyszenie było, ale nagle zniknęło. I to jest w porządku? Wtedy gdy zamykałem „Atom”, wówczas jeszcze pan wicemarszałek, powiedział wprost: 'ja ci nie mogę człowieku pomóc, stań sobie do przetargu'. Jasne, mogę stanąć do przetargu, na przykład na lokal przy przejściu Świdnickim po dawnym barze Barbara. Nie jest do sprzedaży, miasto stawia tylko stawkę czynszu – 55 tysięcy zł netto miesięcznie. W centrum miasto nie chce mieć swojego kina - po co? Lepiej mieć Centrum Kultury Wrocław-Zachód. Ale nic, robimy miejsce na usługi tak zwane centrotwórcze, czyli Doda na rynku. W związku z tym i tak będę musiał sobie poradzić. Nie cierpią mnie, bo nie daję się zniszczyć.

Pańskie kino należy do programu Europa Cinemas. Z czym to się wiąże?


Staraliśmy się o wejście do systemu Euro Image, jeszcze jak działał „Pałacyk”. Niestety jest taka zacna osoba, jak pani - przedstawicielka EC tego programu. By dostać się do programu potrzebna była wizytacja kina. Pomimo, iż byliśmy umówieni, nie znalazła czasu na przyjazd do Wrocławia. Następnym razem również się tak stało. W ten sposób straciliśmy cztery lata. Powstał program Media, przy którym jest Europa Cinemas, uznano nam tamte lata. W tej chwili jest to bardzo dobra sieć, w Polsce należy do niej 18 kin. Nasze jest jedynym we Wrocławiu. Jednak, żeby przystąpić do programu trzeba spełniać dość wysokie kryteria. Minimum 50% repertuaru musi być europejskiego, bez krajowego. Jest określona minimalna ilość widzów i seansów rocznie. Oprócz tego jeszcze trzeba czynić działania typu festiwalowego lub tak zwane dla młodej widowni. My to robimy, osiągamy bardzo ładne wskaźniki (wszystkiego ponad 70%)- co nie jest takie łatwe przy tym repertuarze. Czasem zdarza się, że jakiegoś seansu się nie zagra albo że jest jedna osoba na sali. Ale są też takie pokazy, kiedy brakuje miejsc.

Czy nie jest Pan zainteresowany działaniem DKF-u przy ACF-ie?

Dyskusyjne Kluby Filmowe sprawdzały się, gdy mnóstwo bardzo ważnych filmów nie było dostępnych. Podczas działania cenzury. Dzięki ambasadom i tak zwanemu wąskiemu rozpowszechnianiu można było uczestniczyć w DKF-ie. Ludzie siedzieli na podłodze, tak łaknęli dobrego kina. Filmy przywoziło się pod pachą, pociągiem, często na wąskiej taśmie. Dzisiaj byle kto nazywa się DKF-em. Kto tam przyjeżdża? Jaki reżyser, specjalista, filmoznawca czy niedoceniony i nieżyjący już Pan Ryszard Uklański? Dzisiaj DKF pokazuje zgrywki ekranowe, owszem bardzo zacne, ale brakuje programu, za wyjątkiem tego co robi pan Jacek Szymański. Poza tym, aby takie DKF-y działały muszą istnieć przy jakiejś instytucji, która je sfinansuje. Dawniej ustalało się program na rok, zamawiało pozycje, literaturę. Teraz kino studyjne wykonuje taką robotę, mam cykle, festiwale, zapraszam ludzi i nie muszę tego nazywać DKF-em.

Czy jest możliwe skupienie w jednym miejscu wrocławskiego środowiska filmowego?

Obserwując, co dzieje się w kinematografii polskiej, siedem lat temu przestałem jeździć do Gdyni. Kto reprezentuje środowisko filmowców, którzy mogliby się skupić i coś zrobić? Pan Sylwester Chęciński? On już zrobił swoje zacne filmy. Pan Wiesław Saniewski – czy ktoś go rozumie i docenia jego pracę? Nie widzę szans, nie tworzy się odpowiednich warunków. Wiele mówi się o Wytwórni Filmów Fabularnych. Zatrudnia się kolesia, którego się później wywala, niby że on dużo chciał, ale władze mu rzucały kłody pod nogi. Tak naprawdę miał przez chwilę stanowisko za niezłe pieniądze. Jego poprzednik przy wsparciu ówczesnego Komitetu Kinematografii, trzymany był jako dyrektor latami i doprowadził obiekt WFF do ruiny. Przewalił kontrakty, np. wytwórni filmów animowanych. Można było zrobić obiekt, miejsce, gdzie coś by się działo. Teraz jest kilka firm, prywatnych producentów, a i tak w większości stoją puste sale i znowu my podatnicy musimy płacić za ich utrzymanie. Po prostu tu nikomu na niczym nie zależy, poza wyremontowaniem kilku kamienic wokół rynku dla swoich kolesi. W takim kraju żyjemy. To jest moja ojczyzna, ale to nie jest mój kraj. Mam w dupie taki system. Tu panuje wieczna niemoc, albo poklepywanie się pana X z panem Z ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich z panem kolejnym ministrem i panią od wydawania publicznych pieniędzy głównie na produkcję filmową (a nie na infrastrukturę – WFF Wrocław, czy Obiecane Miasteczko Filmowe pod Łodzią) i mówieniem jak to my robimy 60 filmów rocznie. Tylko, po co? Już od 13 lat jeżdżę do Cannes i na tzw. polskim stoisku sprzedają „Sarę”- teraz! Nie ma co sprzedać, przecież nikt nie kupi „Pana Tadeusza”, bo to jest tylko lokalna literatura. Brakuje uniwersalizmu. Robimy film „Jeszcze nie wieczór” - bardzo dobry skądinąd, tylko on się nigdzie nie sprzeda. Tak jak „Ostatnia akcja” z cudownymi dialogami i wyborną obsadą. Połączenie kwestii artystycznej z marketingiem - Francuzom od lat się to udaje i dlatego mogą robić dużo więcej filmów. Może zróbmy pięć filmów, ale takich, które zabłysną w świecie, a nie pielęgnujmy syndromu kolesiostwa czy prostackich produkcji dla ćwierćinteligentów. Doceniajmy debiutantów (bo kto wie co w nich siedzi) i nie zapominajmy o doświadczonych mistrzach – pod warunkiem, że scenariusze nie będą oceniane przez ten sam enigmatyczny zespół ekspertów (choć i tak wszyscy wiedzą…) i nie zdarzy się więcej Rzymianin w adidasach i Krzyżak z zegarkiem na ręku. Dla mnie najważniejszy jest wrażliwy Widz, który potrafi docenić nietuzinkowość Magii Ruchomego Obrazu wybitnych dzieł filmowych.

Tagi: kino Wroc�aw kino Dworcowe Piotr Weiss ACF wywiad Marysia Szmagaj



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.facebook.com/portalGpunkt
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator