Czy gitara umiera? Przeglądając recenzje w najróżniejszych portalach, można dojść do wniosku, że w ostatnich latach zespoły hołdujące tradycyjnemu rockowemu instrumentarium nie są w stanie zdobyć się na albumy, jeśli nie uzyskujące rangę "klasycznych", to przynajmniej zachwycające.

Początek lat dwutysięcznych stał pod znakiem rewelacyjnych krążków z muzyką gitarową – Modest Mouse, And You Will Know Us By The Trail Of Dead, Wilco, Arcade Fire, Broken Social Scene, czy debiut Interpol. Był to okres budowania kanonu tzw. "nowego indie", gitarowych płyt, które układały się w zjawiska (często sztuczne bądź wyolbrzymiane), jak renesans post-punku, czy New Rock Revolution. Co roku mogliśmy wybierać bardzo solidne, czasami wręcz mistrzowskie pozycje, wokół których swoją tożsamość budowały najróżniejsze niezależne serwisy muzyczne. Gdy jednak popatrzymy na zestawienia przygotowywane przez branżowe serwisy w ostatnich kilku latach, brak takich zjawisk. Owszem, doceniane są solidne powroty (jak choćby Dinosaur Jr., którzy nagrywając „Farm” wrócili do rewelacyjnej formy) i cieszące ucho małe zjawiska (spod znaku Japandroids czy No Age), ale na rockowe zespoły z „głównego nurtu nowego indie” patrzy się co najmniej podejrzanie. Podejście takie idzie w parze z budowaniem osobnej gitarowej narracji, co prowadzi do np. rehabilitowania ekstremalnego metalu (każdy liczący się portal powinien mieć rubrykę o takiej tematyce, a przynajmniej wskazane są recenzje), którego niezależny odłam jest polem coraz głębszych eksploracji przez muzycznych publicystów. Nie są to tematy nowe, ale nie da się ukryć, że krytyka muzyczna skłania się ku ekstremie i niekoniecznie mam tu na myśli wywindowanie przeciętnego hardcorowego bandu Fucked Up do ponadprzeciętnej rangi.
Dlaczego o tym piszę? Bo odrobinę tęsknię za słuchaniem takich albumów, jak „Source Tags & Codes”, bo gitarowy format wczesnych lat dwutysięcznych niósł ze sobą pewne poznawcze bezpieczeństwo – z jasno określoną tradycją (amerykański rock niezależny, post-punk itp.) i stosunkiem do niej. Być może poczucie wyczerpania rockowego paradygmatu (nieważne jak szeroko lub wąsko rozumianego, o czym za moment) pchnęło wielu z dzisiejszych bohaterów niezaleznego rocka w objęcia R&B, rozmytego lo-fi, czy najróżniejszych, pozarockowych pól inspiracji. Rock jest martwy od kilku dekad, co zazwyczaj dobrze mu służyło, prowadząc do stylistycznych wolt i odświeżania formuły. Dziś wolta ta odbywa się poza rockiem, powodując, że najciekawsze zespoły sceny „niezależnej” pomimo gitar w dłoniach z rockiem mają niewiele wspólnego, choć funkcjonują w rzeczywistości dawniej przez rock zdominowanej.
Ciekawe jest odrzucenie kategorii „arcydzieła”. Ostrożność to dzisiaj podstawowa cecha, chroniąca przed pułapkami hype'u, pozbawiająca jednocześnie emocjonalnego podejścia, jakie charakteryzowało krytykę muzyczną jeszcze kilka lat temu. Nie wyobrażam sobie, że stonowane serwisy muzyczne emocjonalnie i entuzjastycznie przyjęłyby w 2011 roku album pokroju „You Forgot It in People”. Można uznać to za element szerszego trendu – dzisiejszy model krytyki muzycznej zmierza bardziej do rekomendacji, aniżeli wyroczni. Rekomendacja to właściwie spełnienie odwiecznego snu o obiektywizmie krytyki muzycznej, bo zwalnia z formułowania skrajnych opinii. Powiedzmy szczerze – klasyka „nowego indie” zdecydowanie nie nastrajała do ostrożności, mając ambicje prowokowania skrajnych, emocjonalnych reakcji, np. poprzez wywoływanie apokaliptycznych nastrojów („Moon & Antarctica” Modest Mouse), czy obierając za temat sprawy ostateczne („Funeral” Arcade Fire).
Jeszcze innym, równie ciekawym aspektem całego zagadnienia, jest przesunięcie jakiego dokonała publika. Co prawda na Zachodzie opozycja awangarda-mainstream upadła już dawno, zastąpiona parą cool-uncool, ale zazwyczaj prymat wiodły pozycje mniej lub bardziej nawiązujące do gitarowego wzorca. Dziś coraz częściej ustępują szeroko pojętej elektronice, nowoczesnemu lo-fi, czy „czynnikom freakowym” zmaterializowanym w sukcesie Animal Collective. Polska to rzecz jasna osobne zagadnienie, bo tu trzeba wskazać na ciągłą żywotność opozycji „komercha-underground”, stąd Coma, Kulty, czy inne Strachy mają się dobrze (demografia i socjologia trafnie potrafią wskazać winnych tego stanu rzeczy). Konwencjonalny rock jeszcze długo będzie w Polsce dominantą, nawet jeśli podejmuje się próby budowania innej tradycji polskiej gitary (spór o tradycję dla zespołów w rodzaju Nerwowych Wakacji, Muzyki Końca Lata, czy 19 Wiosen dotarł nawet do „Polityki”).
Sam nie wiem, czy tradycyjne rockowe instrumentarium ma przed sobą żywot stadionowego dinozaura (czego dowodem jest sukces Arcade Fire, którzy nigdy nie ukrywali swoich ambicji zdetronizowania U2 na pozycji największych stadionowych grajków na świecie), wolałbym, żeby tak nie było. Niemniej jednak czuć pewnego rodzaju wyczerpanie gitarowej formuły, które uniemożliwia powstawanie płyt stanowiących intelektualne czy emocjonalne wyzwanie. Owszem, jest bardzo ciekawe lo-fi/chillwave, owszem, How To Dress Well to jeden z najciekawszych projektów ostatnich lat, a Ariel Pink/Toro Y Moi/Panda Bear dalej nagrywa kapitalne albumy, ale to zjawiska, które z gitarową klasyką połowy pierwszej dekady lat dwutysięcznych mają niewiele wspólnego. Dziwię się swojej nostalgii, ale jednak liczę, że impas zostanie przełamany – na korzyść lub zgubę gitary.
Tagi: gitara rock arcade fire ariel pink toro y moi Paweł Klimczak