Koncert Ólafura Arnaldsa bardzo różnił się od innych wydarzeń muzycznych. Na tego typu imprezach ziewanie rzadko bywa wyznacznikiem dobrej zabawy, tymczasem całość występu islandzkiego młodzieńca bardzo sprzyjała sennemu rozmarzeniu.

Elementem najdobitniej świadczącym o tym, co z muzyką Ólafura robić należy, były wizualizacje. Na minimalistycznych, czarno - białych filmikach przewijały się obrazki widoczne zazwyczaj ludziom leżącym. Za ich sprawą widzowie przenosili się na łąkę, w morze trzęsacych się źdźbeł; pod kwitnącą wiśnię, spod której można śledzić lot niesionych wiatrem płatków; czy do kołyski, by oczami oseska oglądać dyndające do snu zabawki.
(Załączony klip, choć w porównaniu z koncertowymi wizualizacjami zrealizowany jest z bizantyjskim rozmachem, dobrze reprezentuje ich główne cechy - prześlicznie monochromatycznie.)
Publiczność ochoczo wchodziła w wyczarowany przez obrazki świat. Ludzie patrzyli jak zahipnotyzowani, kołysali się i przymykali oczy. Nawet prześliczna wiolonczelistka, ćwierć towarzyszącego Arnaldsowi kwartetu, zdawała się drzemać podczas piosenek niewymagających jej usług.
Również w pozostałych utworach Podsypiająca Pani i jej koleżanki wywiązywały się wzorowo z powierzonych im zadań. Dźwięki wiolonczeli, skrzypiec i altówki wraz z pianinkiem Ólafura tworzyły piękną całość, sytuując wizualizacyjne obrazki w szerszym kontekście. W zależności od utworu, lądowaliśmy w listopadzie wraz z agonalnie spływającymi po szybie kroplami deszczu; w mroźnym lutym z miękko spadającymi płatkami śniegu albo wczesną wiosną, gdy spod ziemi wytętniają pierwsze oznaki życia.
W wiosennych piosenkach szczególną rolę odgrywał Pan od samplera. To dzięki niemu wytętnianie mogło prawdziwie wybrzmieć, a publiczność rytmicznie się zakołysać.
Dopiero koniec koncertu wyrwał publiczność z przyjemnego letargu i półleżących pozycji. Po intensywnej, stojącej owacji, Ólafur powrócił na scenę bez rytmicznego i smyczkowego wsparcia. Uprawiając roztargnioną konferansjerkę zadeklarował, że piosenki już się mu skończyły, w związku z czym będzie musiał wymyślić jakąś nową.
Proces tworzenia utworu na bis przebiegał w atmosferze radosnych zmagań z pokrętłami. Uroczo bezradny Ólafur klął pod nosem i dowcipkował, by kupić czas potrzebny na ustawienie wszystkiego jak należy. Efektem tej zabawnej walki były: wcale przyzwoity utworek oparty na zapętlonym plumkaniu z pstrykaniem oraz, co nawet bardziej istotne, łagodne wyprowadzenie rozmarzonej publiki na powrót do galopującej rzeczywistości.
To były bardzo dobre dwie godziny psychicznego leżenia.
Tagi: koncert relacja Ólafur Arnalds ODA Firlej