„Farby wodne” Lidii Ostałowskiej – reprezentantki „pionierskiego” pokolenia reporterów „Gazety Wyborczej” – witają czytelnika dwoma rozdziałami, które bez wahania można by nazwać kwintesencją reporterskiej percepcji świata.

Pierwszy traktuje o prapremierze Disneyowskiej „Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków” – w Hollywood, trzy dni przed Wigilią Bożego Narodzenia, w 1937 r. Drugi przenosi nas „na inną planetę”: Tuż przed Gwiazdką 1943 roku dwudziestoletnia Dina Gottliebova stoi w Birkenau naprzeciw drewnianej ściany baraku. Maluje dla żydowskich dzieci Śnieżkę z krasnoludkami (po wojnie Dina wyjdzie za mąż za amerykańskiego animatora z wytwórni Disneya). Dwa odległe obrazy, pozornie nieprzystający motyw-łącznik i kontrast tworzą preludium do opowieści o zagładzie. Nadają tym samym – w kontekście całej książki – nowy wymiar potocznemu powiedzeniu: „zły początek zły koniec przynosi”.
Autorka wspomnianego rysunku Śnieżki – czeska Żydówka, studentka akademii sztuk pięknych, wywieziona z terezińskiego getta do Auschwitz w 1943 r. – przejdzie do historii jako „prywatna akwarelistka” Josefa Mengele, wykonująca z jego rozkazu portrety cygańskich więźniów. Ocalałe akwarele – będące świadectwem zbrodniczych eksperymentów „anioła śmierci” i zarazem źródłem powojennego sporu Gottliebovej z władzami oświęcimskiego muzeum – to klasyczny lejtmotiv, zamykający reporterską opowieść w spójnych ramach. Ostałowska, rozwijając problematykę współczesnego dziedzictwa mniejszości romskiej, podejmuje w książce temat Zigeunerlager – zlokalizowanego na terenie Auschwitz obozu dla Cyganów. „Farby wodne” wykraczają jednak poza granice historycznego dokumentu, oscylując raczej w stronę kompleksowego studium pokolenia ocalonych – Romów, Żydów, chrześcijan – oraz pokoleń późniejszych. Zagubionych w gąszczu upolitycznienia i uprzedmiotowienia pamięci o zagładzie.
Wieloaspektowość wypowiedzi – w połączeniu z mnogością paradoksów, dygresyjnych rozwidleń i czasowych przeskoków, a także próbą zdystansowania wobec przedstawianych wydarzeń – czynią opowieść Ostałowskiej wzorcowym przykładem rzetelnego reporterskiego rzemiosła. „Farby wodne” nie pretendują przy tym do rangi kompletnego przekazu – tematyka holocaustu stanowi, jak wiadomo, niewyczerpane źródło dysput i sporów o zabarwieniu martyrologiczno-narodowościowym. Tym ciekawsza wydaje się podróż reporterki, która początkowo prowadzi czytelnika śladem tragedii więźniów Zigeunerlager i oświęcimskiego obozu w ogóle – kończy natomiast rozbudowanym opisem powojennej denazyfikacji (szumnej w nazwie, lichej w praktyce) i nieskończonych roszczeń do rozpamiętywania zbrodni ludobójstwa. Książka jest, co oczywiste, trudna w odbiorze – ale to nie wspomniana trudność decyduje o specyfice reportażu Ostałowskiej. Archiwalne zdjęcia z obozu, towarzyszące pozornie beznamiętnej (a w rzeczywistości: celowo skonstruowanej) treści – owszem – szokują. Ale nie dziwią – w obliczu bogatej literatury obozowej i powszechnie znanych, historycznych przekazów o zbrodniach hitlerowskich.
Tym, co wyróżnia „Farby wodne” na tle innych podań o obozach zagłady, jest przede wszystkim precyzacja problematyki – Ostałowska pisze o eksterminacji europejskich Romów i ich sytuacji po wojnie, na tle rozszalałej nagonki za moralnym rozliczeniem i uświęceniem tragedii ofiar. Co więcej – reporterka uplastycznia opis martyrologicznych sporów, umieszczając go w płaszczyźnie stricte politycznej. Muzeum w Oświęcimu i zagraniczne placówki upamiętniające holocaust, a także stanowiska orędowników pojednania i bojowników za „historyczną prawdę” jawią się tu jako swoista machina biurokratyczna – ukazana w tle zawyżanych statystyk śmiertelności, filmowych dokumentów, animowanych komiksów i produkowanych hurtowo literackich wspomnień. Abstrahując jednak od samej treści reportażu, „Farby wodne” oddziałują w równej mierze za sprawą spójnej i konsekwetnej kompozycji tekstu. Znamienna jest tu zasygnalizowana we wstępie opozycja – świat animowanych postaci z kreskówek autorka kontrastuje ze wstrząsającym obrazem zagłady. Przeplatanie opisu zbrodniczych eksperymentów z groteskowymi anegdotami – m.in. o Hitlerze oglądającym potajemnie Królewnę Śnieżkę czy siedmioosobowej rodzinie rumuńskich karłów, drepczących po Birkenau niczym rysunkowe krasnoludki, wprost w „objęcia” Mengelego – uwypukla ogrom okrucieństwa, uosobionego w książce pod postacią Zigeunerlager.
Choć „Farby wodne” mają charakter przekrojowy – tj. podejmują problem tożsamości romskiej oraz tragedii ofiar Auschwitz ukazanej z odniesieniem do współczesności – na pierwszy plan opowieści mimowolnie wysuwa się postać Diny Gottliebovej (po mężu: Babbitt). Ostałowska odsłania w książce kulisy nagłośnionego w mediach sporu o utracone akwarele, który w istocie staje się jednostkowym dramatem kobiety, nękanej przez demony przeszłości. Demony przybierające rozmaite formy – w tym wspomnienia „prawie ryżowej zupy”, podawanej więźniarkom ocalałym z marszu śmierci. Do dziś staram się ugotować taką zupę, ale nigdy mi się nie udaje – wyznaje w zakończeniu bohaterka, ochrzczona przez amerykańskich dziennikarzy mianem „Królewny Śnieżki z Birkenau”. I chyba właśnie takie zdania – zamieszczone w równie sugestywnych zakończeniach – odróżniają prawdziwie dobre reportaże od tekstów „tylko przeciętnych”.
Lidia Ostałowska, Farby wodne, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
Tagi: Lidia Ostałowska Farby wodne Wydawnictwo Czarne reportaż recenzja Katarzyna Frukacz