Wspominałem niedawno okres młodzieńczej fascynacji rozmaitymi książkami, które pochłaniałem swego czasu w totalnym czytelniczym amoku. Przeżywałem w tym czasie dość zaawansowaną depresję spowodowaną intensywnością literackich poszukiwań, które co rusz zmuszały mnie do poszerzania listy lektur koniecznych do przeczytania.

Prawdopodobnie wtedy też pomyślałem, że jeśli ilość corocznie przeczytanych przez mnie książek nie dobrnie do setki to mój dystans w stosunku do literatury stanie się wprost proporcjonalny do stale pogłębiającej się rozpaczy spowodowanej świadomością tegoż dystansu. Wprawdzie z tych błahych młodzieńczych lęków, niezrozumiałych zapewne dla większości współczesnych, nic już raczej nie pozostało, ale sporadycznie zdarza się, iż popadam w swoistą usprawiedliwioną panikę, której występowanie ściśle wiąże się z przeglądaniem ofert rodzimych wydawnictw.
W takiej oto w pełni usprawiedliwionej panice przeżywam pierwsze miesiące 2011 roku, które, wedle wielu opinii, niosą ze sobą wyjątkową liczbę literackich rarytasów, że wspomnę tylko wznowione z okazji obchodzonej niedawno osiemdziesiątej rocznicy urodzin liczne pozycje Bernharda, „Rewolucje” Le Clezio, „Kraj utracony” Rosenberga czy też zbliżającą się premierę książki „Umocz wargi w kamieniu. Przekłady poetów latynoamerykańskich”. To zarazem jedynie niewielka część pełni bogactwa, gdyż liczne zapowiedzi wydawnicze, między innymi nowa powieść Jacka Dehnela, sprawiają, iż literacko rok ten wypada wręcz wyśmienicie. Nie zapominając naturalnie, że jest to Rok Miłosza, co dodatkowo (lub przede wszystkim) skłania do pełnej mobilizacji. Aby nie było jednak tak kolorowo należy pamiętać, że żyjemy w kraju, w którym na jedną dobrą wiadomość przypadają na ogół dwie złe. Dlatego też euforię związaną z literackim urodzajem początku roku siłą rzeczy skonfrontować należy z przedstawionym niedawno raportem o stanie polskiego czytelnictwa.
Od razu zaznaczam, że nie miałem żadnych złudzeń jeśli chodzi o częstotliwość kontaktów rodaków z ubranym w ambitną formę słowem pisanym. Tak naprawdę publikacja badań Biblioteki Narodowej utwierdziła mnie jedynie w nabytym osobiście przekonaniu, które jako stały bywalec bibliotek sam sobie nakreśliłem na bazie obiektywnych przesłanek o ewidentnym podłożu empirycznym. Ile razy w ciągu ostatniego roku miałem przyjemność pozbawiać czytelniczego dziewictwa kurzące się przez lata na półkach, niesłusznie skazane na brak zainteresowania wydawnictwa - nie jestem w stanie określić.
Dla precyzyjnego oddania ducha zjawiska należy przytoczyć liczby – w 2010 roku kontakt z jakąkolwiek książką miało zaledwie 44% Polaków. Żywiąc uzasadnione podejrzenia, że około połowa czytających ograniczyła swoje obcowanie z książką do odświeżenia złotych sentencji zawartych w terapeutycznych dziełach Paulo Coelho mamy do czynienia ze stanem doprawdy zatrważającym. Obraz nędzy i rozpaczy, jaki płynie z badań Biblioteki Narodowej nie jest jednak wcale tak zaskakujący, jak chciałoby się sądzić – jest raczej symboliczny. Nie świadczy wcale, jak sądzą niektórzy, o zmianie formy udziału w kulturze, obrazuje za to wybitnie szlachetne priorytety polskiego społeczeństwa.
Otóż przedstawiony raport doskonale wpisuje się w urok naszych czasów, których zasadniczą domeną jest dotykanie tylko i wyłącznie tego, co materialnie opłacalne. Naród doskonale dostosował się do wymogów współczesności, przedkładając ponad obcowanie z ambitną formą potrzebę ciągłego zdobywania i przetwarzania informacji, głównie w postaci nie dłuższej niż kilka precyzyjnie wykalkulowanych zdań przeplatanych niezliczoną ilością onomatopei. Nie warto być dziś oczytanym, za to wyjątkowo opłaca się być dobrze poinformowanym, bo to faktycznie może przełożyć się na korzyści o charakterze materialnym, a do takich właśnie społeczeństwo nasze, głęboko wierzące w moc bezideowej konsumpcji, czuje największe ciągoty. Nie zamierzam przytaczać tu ewidentnych strat, jakie ponosi nacja ograniczająca swe czytelnictwo do umieszczonego w dolnej części telewizyjnego ekranu paska informacyjnego. Warto pamiętać jednak, iż miarą narodu jest jego kultura, która, bądź co bądź, nierozerwalnie związana jest z poziomem czytelnictwa.
Lubuje się Polak w ciągłym udowadnianiu, iż osiągnął właśnie pełnię szczęścia, urody i powszechnej przychylności otaczającego go świata. Mając na uwadze tę tendencję nie sposób nie wspomnieć także o zjawisku (dla wielu jakże godnym poklasku, mając na uwadze narodową niechęć do czytania) będącym w wyraźnej ofensywie. Chodzi mianowicie o nasilającą się, nazwijmy to, plagę moli książkowych. Nie będę czepiać się tego, z założenia szlachetnego, zjawiska, aczkolwiek wydaje mi się, że jest ono w gruncie rzeczy często związane nie z samą potrzebą doświadczenia i przeżycia, lecz z namiętnym fetyszyzmem, z uprzedmiotowieniem literatury, z nadaniem książce roli oręża w walce o urzeczywistnienie swoich społecznych aspiracji, w batalii o metkę inteligenta. Wszystkim molom książkowym, obnoszącym się wszem i wobec ilością przeczytanych rocznie książek, tworzącym w przestrzeni internetowej niekończące się listy i zestawienia pochwalne chciałbym przekazać osobistą sugestię – lepiej przeżyć w ciągu roku trzydzieści książek niż prześlizgnąć się po stu. Nie chcę być pretensjonalny, po prostu nie spotkałem się z żadną próbą demaskowania tego często czysto pokazowego zjawiska, które wbrew powszechnej opinii nie zbawi otaczającego nas świata.
Polska na dorobku zmierza prostą drogą do analfabetyzmu i jest to nie tylko spowodowane ilością czytanych przez nas książek, ale przede wszystkim jakością naszego czytelnictwa, które siłą rzeczy wykazuje także narodową niemoc w przyswojeniu tekstu dłuższego niż trzy kartki. Nie zdziwiłbym się wcale gdyby w przyszłości wystąpiła konieczność powołania specjalnych instytucji pałających się tłumaczeniami na język potoczny np. instrukcji zakupionego niedawno odkurzacza lub plazmowego telewizora. Fakty niestety każą snuć nawet i tak, wydawałoby się, absurdalne scenariusze.
Tagi: Tomasz Boral literatura sztuka felieton