Na nasze ekrany trafia właśnie głośny film „Wszystko w porządku” (The Kids Are All Right) Lisy Cholodenki o kryzysie w lesbijskim związku - chwalony przez krytykę (Złoty Glob, nominacje do Oscarów) i krytykowany przez środowiska lesbijskie. Zanim udamy się do kin, warto przypomnieć sobie lub zapoznać się z wcześniejszymi obrazami z gatunku lesbian cinema, by zobaczyć jak się rozwijał.

Na przełomie lat 80-tych i 90-tych minionego wieku w Ameryce pojawiły się niezależne filmy, które bezprecedensowo podejmowały tematykę lesbijską, gejowską, transgenderową – tematy dotychczas raczej unikane. Charakterystyczne było to, że ich twórcy zazwyczaj byli nieheteroseksualni. Początkowo New Queer Cinema, bo tak został nazwany ten nurt, skupiał się wokół twórców związanych z Festiwalem Filmowym Sundance. To tutaj w 1991 r. główną nagrodę zdobył Todd Haynes z „Poison”.
W tym samym roku miały swoją premierę filmy: „Swoon” Toma Kalina, „Moje własne Idaho” Gusa Van Santa, „Edward II” Dereka Jarmana (brytyjski) i „The Living End” Gregga Araki. Obrazy dziś uznawane za kultowe, nie tylko w kategorii kina gejowskiego. Gus Van Sant, Todd Haynes czy młodszy John Cameron Mitchell są reżyserami, którzy wyszli poza niszowe kłirowe produkcje i zdobyli uznanie krytyki i publiczności na całym świecie (nominacje do Oscarów, nagrody na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie czy w Cannes).
A gdzie w tym wszystkim lesbijki?
Geje przebili się do mainstreamu, a co z lesbijkami? Choć teoretycznie tworzyły równolegle z „braćmi”, dopiero od połowy lat 90-tych pojawiają się warte uwagi filmy stricte lesbijskie. W 1994 roku zadebiutował „Go Fish” Rose Troche o perypetiach miłosnych grupy znajomych feministek, lesbijek, podany w lekki sposób, często z humorem i dystansem. W roli głównej wystąpiła Guinevere Turner – aktorka, znana działaczka LGBTQ. Jednak strona techniczna filmu: czarno-biały obraz, rwane ujęcia, kiepsko nagrany dźwięk, może odstraszyć widzów.
Rok później pojawiła się „Niesamowicie prawdziwa historia dwóch zakochanych dziewczyn” (The Incredibly True Adventure of Two Girls in Love) w reżyserii Marii Maggenti –schematyczna komedia romantyczna o uczuciu dwóch licealistek z różnych klas społecznych. Dla grającej jedną z dziewczyn - Laurel Holloman, rola okazała się początkiem kariery. Dziś aktorka jest znana przede wszystkim jako Tina Kennard z lesbijskiego serialu „Słowo na L” (The L Word).
W 1996 roku „Arbuziarka” (The Watermelon Woman) była pierwszym wyreżyserowanym przez Afroamerykankę-lesbijkę (Cheryl Dunye) pełnometrażowym filmem fabularnym w historii. Dunye grała również główną rolę – młodej homoseksualnej kobiety, która przy okazji szukania materiałów do dokumentalnego obrazu o przedwojennej czarnoskórej aktorce, dowiaduje się interesujących rzeczy o niej, a także o sobie. Film podejmował temat rasizmu, nie tylko w środowiskach lesbijskich. Odstraszać może paradokumentalny styl kręcenia.
Następnym zauważonym obrazem był „All Over Me” w reżyserii Alex Sichel – kolejny o młodych Amerykanach, kolejny o dojrzewaniu i szukaniu swojego miejsca w świecie. Tym, co wyróżnia ten film spośród innych tego typu są antypatyczni bohaterowie (może poza gejami i skądinąd uroczą Leishą Hailey – także gwiazda wspominanego już „Słowa na L”). Grające przyjaciółki Alison Folland i Tara Subkoff nie potrafią zaciekawić swoimi rolami, ani tym bardziej sprawić, by widz utożsamiał się z nimi i im kibicował. Mnie ten film pozostawił obojętną na ich losy.
W 1998 roku Lisa Cholodenko nakręciła debiut pełnometrażowy, znany u nas pod tytułem „Sztuka wysublimowanej fotografii” lub po prostu „High Art”. Młoda edytorka przypadkowo poznaje środowisko artystyczno-lesbijsko-narkotykowe, ze zdolną panią fotograf na czele. Film ma specyficzny hipsterowski klimat, świetne zdjęcia i Patricię Clarkson w roli dekadenckiej Niemki – Grety. I jeszcze coś, ale o tym trochę niżej.
Wszystkie powyższe lesbijskie filmy łączy sposób przedstawiania postaci. Bohaterki w większości żyją w lesbijsko-feministycznych grupach, gdzie osoby heteroseksualne bądź nie występują, bądź są nieistotne z punktu widzenia fabuły. Było to istne novum w filmowym świecie. Brak także lesbijskich filmów z tego okresu (poza „Niesamowicie prawdziwą historią…”), które byłyby czystą rozrywką, bo nawet jeśli są zrobione z humorem, to zawsze dotykają poważnych spraw. A przecież miło czasem po prostu pośmiać się i zjeść popcorn, bez poczucia nadciągającej tragedii/kłopotów. Charakterystyczne jest również to, że obserwujemy za każdym razem początki jakiejś znajomości. Nie ma praktycznie żadnej branżowej (homoseksualnej) pary z dłuższym stażem, która np. starałaby się o dzieci/wychowywała je, czy też przeżywała problemy związane z rutyną dnia codziennego. Musi minąć jeszcze kilka lat, by tego typu obrazy zaczęły się pojawiać, np. telewizyjne „Gdyby ściany mogły mówić 2” (If These Walls Could Talk 2) z 2000 roku czy właśnie „Wszystko w porządku” Cholodenki z 2010.
Właśnie, właśnie – zanim udacie się do kin na najnowszy film Cholodenki, polecam zapoznać się z poniższymi obrazami. Przedstawiam subiektywny lesbijski kanon filmowy!
„Inne spojrzenie” (Egymásra nézve) 1982 r. – węgierski film Károly Makka z naszymi aktorkami w głównych rolach: Jadwigą Jankowską-Cieślak i Grażyną Szapołowską. Wieść niesie, że żadna z ówczesnych węgierskich aktorek nie chciała zagrać lesbijki, stąd udział Polek. Jankowska-Cieślak dostała nagrodę na festiwalu w Cannes dla najlepszej roli żeńskiej. Niestety jej potencjalną europejską/światową karierę zablokowały komunistyczne władze.
Akcja toczy się w 1958 roku na Węgrzech, gdzie niezależna i otwarcie żyjąca lesbijka Eva (Jankowska-Cieślak) dołącza do redakcji gazety, w której pracuje zamężna Livia (Szapołowska). Wzajemna fascynacja przeradza się w romans. Na drugim planie pojawiają się dylematy o mówieniu prawdy i o uczciwość dziennikarską.
Aktorki bardzo dobrze zagrały swoje role, zwłaszcza (nie będę oryginalna) Jankowska-Cieślak. Jej Eva jest wrażliwą, odważną kobietą, która nie potrafi żyć w kłamstwie politycznym i prywatnym, co prowadzi do tragedii.
“Fucking Amal” (Fucking Åmål) 1998 r. – szwedzki filmowy debiut Lukasa Moodyssona o dwóch dziewczynach Agnes i Elin, które odkrywają swoją seksualność w małej mieścinie na peryferiach Szwecji. Obraz jest przekonująco zagrany. Reżyser sprawnie i szczerze pokazał trudy dojrzewania oraz bycia „innym” niż reszta. Dodajmy do tego jeszcze niewinny urok pierwszej miłości i nie dziwi szereg krajowych i zagranicznych nagród, w tym Teddy na festiwalu w Cannes.
„Sztuka wysublimowanej fotografii” (High Art) 1998 r. – debiut Cholodenki, o którym pisałam już wyżej. Film wart zobaczenia, bo w sumie nie jest o kobiecym zauroczeniu, ale przede wszystkim o uzależnieniu. Reżyserka odważnie pokazała ciemną stronę świata lesbijek (co się części branżowego środowiska nie spodobało), dotkniętego problemem narkotyków. A także psychiczne uzależnienie od drugiej osoby, niepozwalające uwolnić się z toksycznego związku. Jedną z głównych ról gra Ally Sheedy, którą doskonale pamiętam z „Klubu winowajców” (The Breakfast Club) jako zahukaną, zamkniętą w sobie outsiderkę z pięknym uśmiechem i błyskiem w oku. W „High Art” mamy jednak ledwie przebłyski jej dawnej świetności.
„Miłe martwe dziewczyny” (Fine mrtve djevojke) 2002 r. – chorwacki kandydat do Oscara w 2003 r., nazywany jednym z najlepszych filmów ostatniego dziesięciolecia tego kraju. Dalibor Matanić wyreżyserował kawał solidnego dramatu/dreszczowca. Młoda lesbijska para wprowadza się do mieszkania w starej kamienicy w Zagrzebiu. Kobiety mają nadzieję na spokojne życie, jednak współmieszkańcom daleko jest do zwyczajnych sąsiadów. Prostytutka, ginekolog (wykonujący nielegalne aborcje) czy despotyczna właścicielka mieszkania tworzą barwną galerię postaci – zatrważający przekrój chorwackiego społeczeństwa. Obraz cały czas trzyma w napięciu, bohaterowie są wiarygodni. Najbardziej błyszczy Inge Appelt w roli wścibskiej i przerażającej właścicielki. Może to klimat filmu, może zdjęcia, a może ładna lesbijska scena miłosna – niemniej jest to mój ulubiony film i moim zdaniem, również najlepszy film o tematyce lesbijskiej, jaki oglądałam.
D.E.B.S. 2004 r. – nie jest to najlepszy amerykański film jaki widziałam, ale zdecydowanie najbardziej lekki, przyjemny, zabawny i uroczy. Członkowie tajnej organizacji D.E.B.S. ścigają najgroźniejszych światowych przestępców. Jedną z nich jest kryminalistka Lucy Diamond (Jordana Brewster), która zakochuje się w jednej z agentek Amy (Sara Foster). Ten film jest absurdalnie infantylny, tak przerysowany, że nie sposób go nie pokochać. Plusem jest także wygląd dziewcząt oraz oryginalny w sumie pomysł z tym, że to agentki są dobierane pod względem zdolności w kłamstwach i oszustwach, a Lucy Diamond robi to, co lubi.
Tagi: Lisa Cholodenko lesbian cinema Agnieszka Molińska