Najnowsza powieść Majgull Axelsson może rozczarować, ale chyba tylko tych, którzy znają jej dotychczasową twórczość. Autorka bowiem ani formalnie, ani tematycznie nie prezentuje niczego nowego. W kwestii formy „Lód i woda, woda i lód” charakteryzuje monumentalnie rozbudowana, wielowątkowa fabuła, narracja w kilku przestrzeniach czasowych, charakterystyczny styl łączący dziennikarską dokładność z psychologiczną głębią wyraźnie zarysowanych bohaterek (o kobiety głównie chodzi). Tematycznie szwedzka pisarka powraca do opisywanych już w poprzednich książkach problemów – złożonych relacji między siostrami z „Kwietniowej czarownicy” czy trudności, jakie czekają w życiu dorosłe kobiety pozbawione matczynej troskliwości w dzieciństwie (jeden z wątków „Drogi do piekła”).

Nie jest bynajmniej moim zamiarem krytyka „Lodu i wody, wody i lodu”, bo każda publikacja Axelsson warta jest uwagi. Rozczarować może tylko fakt, iż pisarka podąża już utartymi ścieżkami, że literacko nie jest zdolna do wyjścia ponad jakość, którą latami stworzyła i że tym razem napisała opowieść zdecydowanie mniej poruszającą, chociaż wzbudza ciekawość miejscem, w jakim rozpoczynają się zdarzenia.
Akcja bowiem umieszczona została na pokładzie lodołamacza „Odyn”. To statek o męskim imieniu i kobiecym kształcie (to istotne w rozumieniu opisywanych potem zależności między kobiecymi a męskimi bohaterami opowieści), który tańczy na lodzie, rozpruwając go bezlitośnie; wdzierając się tam, gdzie pozornie nie można się dostać. Ekspedycja naukowa „Odyna” składa się z bardzo różnych person, a jedną z nich jest pisarka kryminałów, Susanne, która pewnego dnia odkrywa, iż jakiś mężczyzna nawiedza jej kajutę, zostawiając po sobie upiorne ślady, które świadczą o tym, że chce Susanne upokorzyć. Bohaterka musi zatem rozwiązać tę niecodzienną zagadkę, a także odpowiedzieć sobie na pytanie, co robi na pokładzie „Odyna”. Podróż tego typu statkiem wiąże się u Susanne z ingerowaniem. To sama przyjemność przełamywania lodu, rozbijania arktycznej ciszy, pozostawiania po sobie rany w krajobrazie, który przez lata nie został przez nikogo tknięty ani niczym zakłócony. Kobieta musi zmierzyć się z bolesną przeszłością, ale przede wszystkim dotrzeć pod lodową skorupę własnych pragnień i przeżyć, które przez lata zamarzały.
Z pokładu lodołamacza cofamy się w czasie i przenosimy na ulice szwedzkiej Landskrony, gdzie poznajemy dorastającą Susanne oraz jest lodowatą matkę Inez. W sercu Inez jest lód, ale pod nim ogromna i traumatyczna miłość. Miłość do dziecka swojej siostry Elsie, Björna. Kobieta pokochała chłopca, którego nie chciała własna matka. Pokochała go, bo nie umiała kochać mężczyzn. Owładnął nią całkowicie i spowodował, że wyrzekła się własnej córki. Tej, którą później zaopiekuje się Elsie. Życiowe paradoksy, które powodują, iż dzieci nie znajdują poczucia bezpieczeństwa u boku swoich matek, lecz ich sióstr. Z drugiej strony czyż to nie to samo, skoro przez lata siostry Hallgen były nierozłączne; jednojajowe bliźniaczki, które były dla siebie lustrami? Jeżeli dodamy do tego skomplikowane relacje dwójki młodych z otoczeniem oraz rozpaczliwe próby uciekania od siebie sióstr, jakie z czasem nie łączy już nic poza pustką i niechęcią do własnych dzieci, powstanie nam pełen wszechobecnej traumy i cierpienia obraz relacji międzyludzkich znany z poprzednich książek Majgull Axelsson. Co jednak każe na akurat tę powieść spojrzeć nieco inaczej? Przede wszystkim fakt, iż autorka nikogo z niczego nie rozlicza. Próbuje tylko udowodnić, iż wszystko można przetrwać. Jak bowiem mówi matka Inez i Elsie - W życiu nie chodzi o to, co nas spotyka, tylko jak to przyjmujemy. Znajdująca się na pokładzie lodołamacza „Odyn” Susanne także musi nauczyć się przyjmować. Akceptować cierpienia przeszłości i uczynić z nich trampolinę do tego, by wbić się we własną przyszłość. Pofrunąć w nią. Tak jak Susanne czyni to w finale opowieści, rozkładając ramiona na pokładzie statku.
Myślę, że tym razem Axelsson wyraźniej chciała zaakcentować przede wszystkim problematykę niechcianego macierzyństwa. Można nie być idealną matką, ale zawsze kocha się swoje dzieci. Tymczasem matki Axelsson nie kochają własnych potomków. Nie chcą ich. A to jest najgorsza zbrodnia, jaką może popełnić człowiek. Zbrodnia ostateczna. Jedyna. Czy aby na pewno? Czy autorka w jakikolwiek sposób potępia swe „wyrodne” matki? A może zadaje pytania o to, czym tak naprawdę jest rodzinna więź i co się dzieje z kobietami, które je tracą lub nie mogą utrzymać.
„Lód i woda, woda i lód” samym tytułem sygnalizuje dość czytelną symbolikę, do której pisarka potem aż za często wraca. Może gdyby Axelsson zdecydowała się, że ma to być lodowata opowieść o żarze uczuć zamiast rozwadniać ją zbyt wieloma wątkami i nadmiernie momentami wyjaśniającą wszystko narracją, byłaby to powieść wybitna. A póki co jest tylko dobra. Co – jak na Majgull Axelsson – nie jest wielkim dokonaniem.
Majgull Axelsson, Lód i woda, woda i lód, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010.
Tagi: Jarosław Czechowicz Majgull Axelsson Lód i woda woda i lód recenzja powieść wydawnictwo W.A.B.