G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Łukasz Maciejewski: "Praca wciąż sprawia mi przyjemność"

Autor: Piotr Czerkawski, dodano: 16-01-2010, 14:50

Łukasz Maciejewski występuje w nietypowej dla siebie roli. Dziennikarz kulturalny znany m.in. z przeprowadzenia setek znakomitych wywiadów, tym razem sam udziela odpowiedzi na pytania. W rozmowie z Piotrem Czerkawskim opowiada o początkach swojej pasji, prezentuje własne poglądy na krytykę filmową oraz tłumaczy dlaczego rzucił studia na politologii.

Łukasz Maciejewski

Piotr Czerkawski: „Film”, „Dziennik”, „Tygodnik Powszechny”, „Dekada Literacka”, „Teatr” , „Machina” … Można powiedzieć, że wszędzie Cię pełno. Mimo wszystko, w Twoich tekstach nie ma ani śladu zniechęcenia czy rutyny. Jak to możliwe?

Łukasz Maciejewski: Sam jestem swoim najsurowszym krytykiem i uważam, że publikuję zdecydowanie zbyt często. Dziennikarstwo artystyczne stanowi dla mnie jednak coś więcej niż tylko hobby. To sposób na życie. Niestety, w moim zawodzie, osiągnięcie finansowej satysfakcji wymaga sporej determinacji. Mimo wszystko, chciałbym podkreślić, że kasa nie jest dla mnie najważniejsza…

Gdy o tym mówię, przypomina mi się Alternatywny Kongres Kultury, w którym brałem udział jako uczestnik panelu medialnego. Podczas debaty dużo dyskutowano na przykład o tym, że pisanie o sztuce musi być ideologiczne, z czym zupełnie się nie zgadzam. Co ciekawe, wśród tych wszystkich ogólników ani razu nie padło stwierdzenie, że z naszej działalności powinniśmy także czerpać przyjemność. Mnie praca ciągle sprawia ogromną frajdę.

Wspomniałeś przed chwilą, że jesteś przeciwny łączeniu dziennikarstwa artystycznego i polityki. Czy mógłbyś wyjaśnić dlaczego?

Wydaje mi się, że żyjemy w czasach szantażu socjologicznego skierowanego także w stronę ludzi piszących o kulturze. Mam swoje przekonania, ale nie widzę sensu w odwoływaniu się do nich w pracy. Gdy oceniam film czy spektakl, ufam intuicji i osobistym przemyśleniom. Nie uprawiam krytyki politycznej.

Twój wuj – Zbysław Marek Maciejewski był znanym krakowskim malarzem. Czy inni członkowie rodziny także obracają się w kręgach artystycznych?

Brat mojego taty rzeczywiście był wybitnym malarzem, profesorem ASP, a także autorem scenografii do pierwszych spektakli swojego przyjaciela – Krystiana Lupy. Rodzice natomiast nie mają nic wspólnego ze sztuką.

Publikujesz swoje teksty już od dobrych kilkunastu lat. Czy potrafisz określić moment, w którym zrozumiałeś, że kinowa pasja może stać się także sposobem na życie?

Już jako licealista zadebiutowałem w miesięczniku „Kino”, niedługo później zacząłem pisać także w „Filmie”. Długo żyłem jednak w przekonaniu, że nie będę w stanie utrzymywać się z dziennikarstwa. Po szkole średniej, z czystego racjonalizmu, poszedłem na politologię, po jakimś czasie przeniosłem się na filmoznawstwo. Pewnie trudno w to uwierzyć, lecz nigdy nie musiałem dzwonić do jakiejkolwiek redakcji, żeby zaproponować swoje usługi. Praca zawsze znajdowała mnie sama. Może po prostu zaczynałem w szczęśliwszych czasach, gdy nie było jeszcze tak wielkiej konkurencji jak teraz?

Przyznam, że swoją opowieścią o wyborze studiów trochę mnie zaskoczyłeś. Czemu akurat politologia?

Kiedy zaczynałem studia, sytuacja na uczelniach wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Wybrałem politologię tylko dlatego, że jako jedyny kierunek w Krakowie umożliwiała zdobycie specjalizacji dziennikarskiej. Byłem totalnie rozczarowany, bo szedłem na UJ z dużymi oczekiwaniami rozbudzonymi przez moje tarnowskie liceum, w którym odbyłem przyspieszony kurs dojrzałości …

Na czym polegał ten „przyspieszony kurs”?

To był początek lat dziewięćdziesiątych, a więc moment kiedy wszystko w Polsce tak naprawdę zaczynało się od nowa. Jako nastolatek byłem oryginałem, „kolorowym ptakiem”, kimś, kto chętnie chwytał się różnych inicjatyw. Na początku liceum zacząłem pracować w lokalnym radiu będącym pierwszą komercyjną stacją w regionie. W rozgłośni zajmowałem się bardzo różnymi rzeczami. Czytałem serwisy w agencji informacyjnej, tworzyłem audycję - „Poeci rocka”… Zacząłem także przygotowywać program „Kino – Maks”, który prowadziłem potem chyba przez dziesięć lat. Czułem się wspaniale – słuchacze komentowali kolejne odcinki, pisali do mnie listy. Co ciekawe, przynajmniej kilku zdolnych krytyków filmowych najmłodszego pokolenia deklaruje się jako moi ówcześni słuchacze… Ze świata radiowych audycji i pierwszych prasowych publikacji, trafiłem nagle na wspomnianą politologię. Musiałem zajmować się doktrynami politycznymi i analizą systemów partyjnych, a te rzeczy zupełnie mnie nie interesowały. Zajęcia z dziennikarstwa prowadził natomiast uroczy pan z krakowskiego pisma „Detektyw”… Zrozumiałem w końcu, że studiowanie w takich warunkach nie ma sensu i przeniosłem się na filmoznawstwo.

Nie jest tajemnicą, że z tego kierunku również nie byłeś zadowolony. Dlaczego?

Miałem wrażenie, że to studia lekkie, łatwe i przyjemne, na których niczego się od studentów nie wymaga. Znacznie bardziej irytowało mnie jednak coś innego. Polityka obowiązująca na krakowskim filmoznawstwie zakładała, że im mniej w Twoim pisaniu kontekstu osobistego, tym lepiej. Jeśli ktoś idzie na studia, żeby projektować siebie, wtłaczanie mu do głowy, że jego osobowość nie ma znaczenia, wydaje mi się kuriozalne. Efektem takiego podejścia stają się potem twory pokroju recenzowanej niegdyś przeze mnie książki o seksualności w polskim kinie. Gdybym nie wiedział, że na Uniwersytecie Jagiellońskim po prostu tak wypada, byłbym przekonany, że nudne i wstydliwe pisanie o erotyce jest elementem jakiegoś perwersyjnego planu. Niestety, jestem pewien, że żadnej perwersji w tym nie było.

Zaprzyjaźniony filmoznawca powiedział mi kiedyś, że większość kolegów z jego roku zajmuje się dziś budową domów w Norwegii. Jak wielu Twoim znajomym ze studiów udało się znaleźć pracę związaną z kinem?

Przyznam, że utrzymuję dziś kontakt tylko z niewielką grupą znajomych z filmoznawstwa. Losy części z nich układają się jednak bardzo ciekawie. Na tym samym roku studiował na przykład Piotr Marecki, który dziś szefuje wydawnictwu „Ha!art”. Niektórzy zrobili doktoraty i prowadzą zajęcia, inni pracują w stacjach telewizyjnych albo w domach kultury.

Mimo że nie byłeś zadowolony ze swoich studiów, po ich ukończeniu związałeś się z Uniwersytetem Jagiellońskim. Czy mógłbyś o tym opowiedzieć?

Swego czasu faktycznie dość intensywnie współpracowałem z UJ-em oraz Uniwersytetem Pedagogicznym. Zajęcia na „Jagiellonce” prowadziłem zwłaszcza w okresie moich studiów doktoranckich na amerykanistyce. Na Uniwersytecie Pedagogicznym wygłaszałem wykłady między innymi dla studentów socjologii i filozofii. Wspominam ten czas bardzo miło. Ze względu na obowiązki dziennikarskie musiałem ograniczyć pracę na uczelni, ale nie wykluczam, że jeszcze kiedyś do tego wrócę.

Pamiętam Twój bardzo entuzjastyczny tekst poświęcony zbiorowi recenzji filmowych autorstwa Antoniego Słonimskiego. Czy na początku kariery inspirowałeś się szczególnie twórczością słynnego Skamandryty albo innych autorów piszących o kinie?

Moim zdaniem to bardzo naturalne, jeśli młody dziennikarz ma grono swoich ulubionych krytyków. Nie widzę niczego złego w tym, że zanim odnajdziemy własny styl, staramy się na kimś wzorować. Ja też tak robiłem. Zawsze bardzo ceniłem teksty Marii Kornatowskiej czy Tadeusza Sobolewskiego. Ale to długa lista.

Słyniesz z bezkompromisowego, miejscami sarkastycznego stylu pisania. Bezpardonowo zdarza Ci się traktować również polskie filmy. Jednocześnie, nie ukrywasz tego, że z wieloma rodzimymi twórcami utrzymujesz kontakty towarzyskie. Jak dajesz radę pogodzić jedno z drugim?

Patrząc Ci prosto w oczy, mogę powiedzieć, że nigdy nie napisałem recenzji, która byłaby nieuczciwa. Bardzo bym siebie nie szanował, gdybym zachwycał się filmami tylko dlatego, że autorzy są moimi znajomymi. Nie przesadzałbym też z mówieniem o „wielu rodzimych twórcach”. Przyjaźń łączy mnie dosłownie z dwoma, trzema artystami. Jeśli zaś któryś z reżyserów obraża się na mnie za negatywny tekst na temat swojej twórczości, oznacza to, że nie rozumie specyfiki zawodu krytyka. Inna sprawa, że w naszej pracy bardzo łatwo obnażyć własną hipokryzję...

Czy często spotykasz się z sytuacjami, w których krytykowani twórcy polemizują z Tobą w sprawie negatywnych recenzji?

Zdarza się, że po napisaniu konkretnych tekstów staję się obiektem ataków niezadowolonych reżyserów. Przytoczę przykład najbardziej skrajny i jednocześnie najzabawniejszy. Kilka lat temu opublikowałem w miesięczniku „Kino” artykuł zawierający wzmiankę o znanym mi osobiście, popularnym polskim filmowcu. Niedługo potem do redakcji wpłynął list, w którym ów reżyser pisał, że zupełnie nie rozumie zawartego w moim tekście sformułowania – że „kolejne filmy realizuje ze zmiennym szczęściem”. W dalszej części listu twórca pochwalił się wysoką frekwencją trzech swoich kolejnych dzieł, a o najnowszym napisał, że nie osiągnęło może tak wspaniałego wyniku finansowego, ale za to – cytat dosłowny – „rozsławiło Polskę na cały świat”. Przyznam, że po przeczytaniu tego listu ogarnął mnie nerwowy, gombrowiczowski chichot. Pech chciał, że niedługo potem wspomniany twórca nakręcił zupełnie nieudany film, a ja zrecenzowałem go dla innego czasopisma. Rozgoryczony autor dzieła napisał wówczas kolejny list. Zarzucał mi brak inteligencji, kultury osobistej oraz profesjonalizmu… Od znajomej pracującej w dystrybucji słyszałem że w kuluarowych rozmowach, wspomniany reżyser chwalił się, że „Maciejewski już nigdy w tej gazecie nie napisze”. No comment.

Coraz częściej dochodzi do dzielenia ludzi piszących o kinie na „krytyków” i „dziennikarzy filmowych”. Czy uważasz, że takie klasyfikacje mają jakikolwiek sens?

Przede wszystkim – bardzo drażni mnie pojęcie „krytyka filmowego”. Gdy o tym myślę, od razu stają mi przed oczami mędrcy pogrążający się w tęsknocie za Eberhardtem czy Mętrakiem i wzdychający smutno, że „to se ne vrati”… Co jakiś czas jestem zapraszany na środowiskowe debaty, których uczestnicy płaczliwym tonem przekonują, że krytyków zastąpili dziś recenzenci. Malkontenci nie chcą przyjąć do wiadomości, że świat po prostu się zmienia. Wyglądamy, ubieramy się i wysławiamy zupełnie inaczej niż trzydzieści lat temu. Eberhardt to dla mnie egzaltowany nudziarz. Dlaczego mam obowiązek za nim tęsknić? Poza tym istnieją niszowe pisma otwarte na rozbudowane analizy krytyczne. Takich furtek jest wiele. Naprawdę można się wyszumieć.

Z pisaniem o kinie coraz częściej można zetknąć się w internecie. Jak oceniasz rolę tego medium w dziennikarstwie filmowym?

Mogłem poruszyć temat sieci podczas jednej z wielu rozmów z człowiekiem, który niegdyś przewidział jej powstanie, a z którym miałem zaszczyt spotykać się wielokrotnie: Stanisław Lem zwrócił moją uwagę na to, że przepływ informacji w internecie wciąż jeszcze może pozostawać pod naszą kontrolą. Nie mam żadnych problemów z odrzuceniem spamu i wyszukiwaniem w sieci wyłącznie tego, co mnie interesuje. Długo nie byłem obecny w internecie jako dziennikarz, ale działo się tak wyłącznie dlatego, że nie miałem żadnych propozycji. Od pewnego czasu współpracuję jednak z Filmwebem i portalem Dwutygodnik.com. Jednak nie jestem uzależniony. Nie spędzam w necie dni i nocy, nie mam gadu-gadu, facebooka i bloga. Olewam naszą-klasę. Co więcej, zwyczajowo nie czytam komentarzy pod moimi artykułami, w ogóle tam nie zaglądam. Ale nie mam nic przeciwko netowym maniakom. Zdrowia, szczęścia, pomyślności. Wolna wola. To pozytywne.

Bardzo ciekawa wydaje mi się Twoja działalność pozadziennikarska, choć ciągle związana z filmem. Mało kto wie, że od kilkunastu lat pracujesz w tarnowskim kinie „Millenium”…

Czuję się w związku z tym trochę jak dr. Jekyll i mr. Hyde. O ile jako dziennikarz bardzo rzadko zajmuję się filmową komercją, o tyle prowadzenie dużego kina zmusza mnie do obcowania z blockbusterami. Pomiędzy „Ciachem”, „Avatarem” i „Wilkołakiem” od czasu do czasu staram się jednak propagować ambitniejszy repertuar. Niedługo organizuję na przykład premierę „Mojej krwi” Marcina Wrony, który – tak jak ja – długo mieszkał w Tarnowie.

Przez cały czas rozmawiamy o kinie, ale Twoją drugą wielką pasję stanowi teatr. Kiedy zacząłeś fascynować się także tą dziedziną sztuki?

W liceum bardzo często jeździłem na wagary do pobliskiego Krakowa, żeby oglądać spektakle. Miałem wielkie szczęście, bo w ten sposób udało mi się zobaczyć kilka świetnych przedstawień, między innymi „Ślub” w reżyserii Jerzego Jarockiego. Swoją fascynację pogłębiłem w czasie studiów – wielokrotnie oglądałem spektakle Lupy, Jarockiego, Grzegorzewskiego. Jednocześnie, już w czasach licealnych przeprowadzałem wywiady z aktorami publikowane w krakowskim „Dzienniku Polskim”. Co ciekawe, pierwszą w pełni zawodową propozycję w dziedzinie teatru otrzymałem z wrocławskiego „Notatnika Teatralnego”, z którym współpracuję do dziś…

Dzięki tym wszystkim doświadczeniom mogę postrzegać siebie jako dziennikarza filmowego z wrażliwością teatralną, a przenikanie się tych dwóch dziedzin bywa wzbogacające. Doskonale było to widać na przykładzie „Persony” Krystiana Lupy. Krytycy teatralni w swoich recenzjach zwracali uwagę na bardzo wiele rzeczy, ale nie zauważali tego, że tytuł sztuki wyraźnie nawiązuje do dzieła Ingmara Bergmana…

Jestem pewien, że po pracy udaje Ci się znaleźć czas na powroty do najbardziej cenionych filmów . W jednym z tekstów wspominałeś, że Twoim ulubionym reżyserem jest Andre Techine…

Rzeczywiście, uwielbiam Techine, zwłaszcza „Dzikie trzciny”, ale także Sauteta, czy niedawno zmarłego Rohmera – w ogóle lubię francuskie kino... Nie wygląda to jednak tak, że każdego dnia kończę pracę o wyznaczonej godzinie, wyłączam komputer i zaczynam oglądać filmy. Mam wrażenie, że to wszystko odbywa się równolegle. Życie dziennikarza bywa mocno nieskoordynowane, każdy dzień może przynieść ekscytujące wyzwania. Ciągle pojawia się coś ciekawego: nowy spektakl, nowa książka, spotkanie do poprowadzenia, festiwal, audycja radiowa. Czasami są to propozycje zaskakujące. Na przykład niedawno napisałem książkę …o operze. Podobno dosyć się udała. Rzeczywistość mnie zaskakuje. Życie cieszy. Lucky man.

Tagi: Łukasz Maciejewski opera film teatr krytyka filmowa Piotr Czerkawski wywiad Krystian Lupa Avatar Ciacho recenzja



Skomentuj

Adrian18-01-2010, 21:09

Mój ulubiony krytyk filmowy. Bardzo dziękuję za tę fajną rozmową.


mol717-01-2010, 16:32

Dobry wywiad, ciekawy.


Newsletter

reklama
zoom2012
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator