… a potem niech się dzieje, co chce, chciałoby się dośpiewać. Bo śpiewka to stara, znana i nikomu nie trzeba jej przypominać. Najwyżej przyśni się gdzieś w okolicach ranka, kiedy dno umysłu już wie, że trzeba się obudzić, ale z zapałem godnym lepszej sprawy walczy z tą wiedzą jak z kolejnym smokiem. Podobnym do tego, który właśnie padł po żmudnej walce, bardziej epickiej od epiki. Na gruzach pozostaje tylko młody – koniecznie młody – śmiałek, który dokonał właśnie czynu, o którym bardowie będą śpiewać po wsze czasy.

Wszystko zaczęło się od tego, że zamknąłem książkę. Tytuł, autor i wydawnictwo nie są tutaj ważne, wystarczy powiedzieć, że wszystkie trzy elementy zaliczają ją do literatury fantasy. Bez obrazy dla konwencji magii i miecza. Przypomniałem sobie ostatnie zdanie, o tym, że władał mądrze, sprawiedliwie i miłosiernie. Amen. Pod czwartą stroną okładki ściskała się historia zwyczajnego bohatera, który musiał pogodzić się z tym, że nie jest zwyczajny, stanąć przed obliczem Przeznaczenia, Konieczności, Przepowiedni czy jak tam płodna (albo i jałowa) wyobraźnia autora nazwała motor akcji, zmierzyć się z Wielkim Złym i ocalić swój kraj, lud i resztę świata przed zagładą. W międzyczasie zaś nauczył się kochać, współczuć i rozumieć ludzi, którzy z miejsca odwdzięczali mu się miłością, szacunkiem i oddaniem, jak przystało na posłusznych poddanych. Schemat tak wyświechtany, jak żebraczy płaszcz. O ile jeszcze takie istnieją.
Zawsze zastanawiałem się, dlaczego sylwetka herosa tak bardzo odcina się od innych postaci. W większości powieści (bez ujmy i przesadnej skromności) fantasy reprezentuje sobą pewną… prostotę. Umysłu, obyczajów i moralności. Jego świat posługuje się bardzo ubogą paletą barw. Dobro, zło i to, co między nimi zostaje bardzo jasno określone, mimo jasnego określenia, że to wszystko jest bardziej skomplikowane. Spójrzmy na stereotyp. Zazwyczaj oferuje nam się wędrówkę (jakżeby inaczej) kogoś, kto z nikogo musi stać się kimś, żeby uratować swój świat. Świat reprezentujący porządek bardzo… nieskomplikowany, żeby nie powiedzieć przaśny. Feudalny system, w którym pan odpowiada za swoich poddanych i wasali, oni zaś są mu winni posłuszeństwo. Drabina społeczna wymierzona prosto w niebo, niezmienna i niezachwiana. Świat, w którym mieszkają zdrajcy, ludzie uczciwi, pobożni, świętokradczy i całkowicie przeciętni. Choć takich przecież pokazuje się najrzadziej. Bohater, nawet jeżeli nie jest błękitnej krwi, szybko zaczyna obracać się w kręgu elit. A potem bierze na siebie szlachetny obowiązek obrony ojczyzny. Ku chwale ludzkości i spokoju ducha autora.
Konia z rzędem temu, kto powie mi, dlaczego to zawsze są ludzie decyzyjni. Królowie, wodzowie, wielcy magowie. Literatura walki o swój dom rzadko pozwala głównemu człowiekowi zajmować się sobie podobnymi, czyli… prostaczkami. A przecież właśnie z tej warstwy najlepiej go wywieść, bo od razu będzie znać ból, trud ciężkiej pracy, wyniesie z domu (pardon, z chałupy) szczerość, uczciwość, otwartość, poczciwość i całą stertę innych cech, które sprawiają, że lubią go inni. Ci zaś pokazani są jeszcze bardziej schematycznie. Dobry król to silny król, a zły król to słaby król. Dobry pomoże naszemu przyjacielowi z wielkim mieczem, a zły albo nie pomoże, albo jeszcze zaszkodzi, jeżeli się go asekuracyjnie nie zabije gdzieś w połowie rozdziału. Świat, jak widać, jest już skazany, ponieważ jego panowie i władcy szukają jakiegoś podwykonawcy, kiedy grozi mu zagłada.
Zastanawia mnie związek między człowiekiem a ziemią, którą ratuje. Autorzy każą mu z niej wychodzić, uprawiać, rozumieć. Każą mu mieszać ją ze swoją krwią, kiedy leżą ranni gdzieś w rowie. Każą mu poznawać kamienie, kurz i piasek. Ale nawet te rzadkie, niewyidealizowane ponad miarę przypadki żyją jakby poza światem. Oczywiście, nie dosłownie. Od czasu do czasu schodzą między ludzi. Ale i tak zachowują się niczym kukiełki, laleczki, które nie są na swoim miejscu, choć kiedyś grały w jej sztuce. Czy zbawca wie, co przychodzi mu ocalić? Czy ma świadomość tego, że jego prosty, bliższy ludzkiej naturze świat wcale nie jest o wiele lepszy od wielkiego Zła, którego jakoś nikt nie zaznał? I czy w ogóle o to dba? Moralność i odpowiedzialność bohaterów fantasy jest frapująca.
Tak na dobrą sprawę – co może robić ludzik w książce fantasy, jeżeli nie walczyć o wolność? Coś przecież trzeba wyzwolić, trzeba poczuć się zbawcą na miarę swoich czasów i możliwości. Najprościej walczyć o utraconą/zagrożoną ojczyznę. To nic, że ojca porządny bohater nie powinien znać, żeby później odkryć, że był królem, nawet jeżeli jego królestwo można by zmieścić w szafie i jeszcze zostałoby trochę miejsca na wszystkie listy zastawne. Dlatego zaginieni książęta stają na czele wojsk dążących do złupienia wyzwolenia niegdyś utraconych ziem. Elisabeth Lynn pchnęła Errela ku wyzwoleniu swojej Twierdzy. Z rozmachem, tragizmem i mało przekonującym „bo muszę wrócić na północ, jestem to winien swoim ludziom”. Ludzie zaś wiernie czekali, tymczasem służąc nowemu władcy. Ewa Białołęcka była bardziej pomysłowa. Kamyk i przyjaciele przynajmniej szukali swojej wolności, nie walcząc, nie szukając ratunku dla świata i nie zawracając sobie głowy tak przyziemnymi sprawami, jak los całej ludzkości. I wyszło im to na dobre.
Dom bohatera to osobna kwestia, ale skoro już się przewinęła, muszę przyznać, że intryguje mnie nie mniej niż jego królewscy przyjaciele. Od czasów Belgariady nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że odludzia albo są prawdziwie i pies z kulawą nogą nie zagląda do przyszłego mesjasza mesjaszów i dziw, że nie wyrasta na zdziwaczałego odludka, albo wręcz przeciwnie, samotna, oddalona farma leży na skrzyżowaniu jakichś nieformalnych szlaków handlowych. Dzięki temu wszelkie plotki, nowinki i wiedzę o świecie można bez problemu włożyć w usta wędrownych handlarzy i proszalnych dziadów, tą też drogą najczęściej przychodzą wieści o wojnie. Zazwyczaj z opóźnieniem, a ja dostaję scenę rozpaczliwej ucieczki w ostatniej chwili, zaś sam dom, ostoja dzieciństwa i miejsce, które bohater stara się odtworzyć/odnaleźć ponownie przez całe życie, z reguły ginie w wojennej zawierusze. Te rzadkie przypadki, kiedy epilog nie serwuje nam sceny moszczenia sobie gniazda w Wielkiej Twierdzy Uratowanego Świata, jakoś zawsze każą mu szukać domu gdzieś hen, daleko. A skąd ma go wziąć?
Przecież bohater fantasy jest człowiekiem bez ojczyzny i domu. Traci je w kolejnych rozdziałach, żeby mógł się oczyścić, stać ręką Przeznaczenia, która zada cios. Do tego musi uwolnić się od całego bagażu doświadczeń, zrównoważyć i odnaleźć siebie. Czegokolwiek by to nie znaczyło. Tylko jego tożsamość – odcięta od wszystkiego, z czego chce się go wyrwać – może przetrwać. Taki scenariusz bardzo mi odpowiada, nie powiem. Tylko dlaczego wtłacza się go później w realia, z których tak ochoczo się go wyzuło i każe wyciągać już kilkukrotnie opisane wnioski? Transformacja od biedaka do bogacza, od nikogo do zbawcy jest prędka i bolesna, bo nie ma ani czasu, ani pomysłów na rozwój akcji w taki sposób, żeby pokazać dojrzewanie, przyjmowanie odpowiedzialności, zrozumienie swojego sensu. W końcu, jeżeli droga do Wielkiej Bitwy nie wiodła przez pół świata, bohater zna go niewiele, jeżeli nie w ogóle. Andre Norton, tworząc swój Świat Czarownic, wpadła na pomysł braku mapy (mapy są zawsze największym smaczkiem takiej książki – dobrze narysowaną można oglądać godzinami, tylko dlaczego tak mało jest tych dobrych?), który usprawiedliwia wielką niewiadomą, jaką dla mieszkańców Estcarpu, Escore i High Hallacku stanowi ich kraina. Zresztą, oni i tak są tam obcy, co podkreślają na każdym kroku. Zwiedzanie świata nie należy tam również do wielkich pragnień, ponieważ łatwo może skończyć się w najbliższym lesie. Eddingsowie, choć nieco bombastycznie, bardzo słusznie wysłali Gariona w podróż po całym świecie. Przynajmniej zrozumiał, co może stracić i za co odpowiada. Zarówno bohaterowie pani Norton, jak i wielotomowej sagi o dziejach Gariona mieli okazję, żeby pobyć w miejscach, które później chcieli ocalić. Kilka razy popracować z ludźmi, których życie puścili później w szeregu mięsa armatniego. Zamiast udawać, że nie istnieją, jak autor, który w zamkniętej właśnie książce beztrosko szafował armią idącą w setki tysięcy mundurów.
Andre Norton, czegokolwiek by nie mówić o Świecie Czarownic, pokazała nam model cokolwiek inny od sztandarowego. Szeroko i pusto rozumiana epickość ustępuje na rzecz małej ojczyzny. Bohaterowie nie znają miejsca, przez które się przeprawiają. Ich zadaniem jest znalezienie i obrona domu. Wygnanie piętnuje całość populacji – może to jest odpowiedź na pytanie, co sprawia, że kreacje fantasy aż tak wielką rolę wiążą z oznaczeniem jakiegoś miejsca jako swojego. Więcej walk toczy się w obronie doliny i wioski niż ku chwale świata, którego nawet nie zna się w całości. Bohaterowie są nimi na skalę lokalną – zamku, domu, wreszcie tylko dla siebie. Zależności międzyludzkie są na tyle silne, żeby docenić heroizm mniejszych zwycięstw. Przecież bezpieczeństwo bliskich jest tak samo ważne, jak wszystkich innych. To już nawet nie więź z krajanami, ale czyste zależności plemienne. Odpowiedzialność z tych, którzy siedzieli przy tym samym ogniu, jedli z tego samego garnka. Ludzi solidaryzuje niebezpieczeństwo. Kłopot w tym, że to, co nam bliższe, jest lepiej konceptualizowane. Jesteśmy bardziej świadomi wilka niż demona. Świat Czarownic zamieszkują ludzie, którzy poświęcają się dla czegoś, co poznali i w co wnieśli swój wkład. Nie umierają dla idei.
Oczywiście, można inaczej. Anna Brzezińska stworzyła świat, w którym pojęcie ojczyzny wyznaczone jest kaprysem. Determinacja w dążeniu do ostatniej bitwy pojawia się jedynie jako tło, element wzmacniający pierwotną wędrówkę. Wojny równie dobrze mogłoby nie być. Szarka nie przejmuje się ani jedną piędzią ziemi, po której przechodzi, a mijanych ludzi ma w głębokim poważaniu. Podejrzewam, że najchętniej wystawiłaby gdzieś tablicę „SPADÓWA” i poszła spać. Bohaterowie nie zawsze żyją według schematów. Krainy Wewnętrznego Morza dostają jednak swojego bohatera, Twardokęska, który najchętniej oskubałby je z ostatniego miedziaka. Nie można powiedzieć, żeby nie był im wierny… w nieco innej epoce. Kopienniki, o których wspomina raz, dwa czy piętnaście, mogą przecież powstać z martwych. Prawie.
Bożena Budzińska poszła w zupełnie inną stronę. Jej Inez nie dość, że ma betonowe poglądy na życie, to ziemię, za którą powinna odpowiadać –a wykorzystuje system feudalny z całym dobrodziejstwem inwentarza – lekką ręką rzuca na pożarcie diabłu, nawet po tym, jak zostaje królową. I nie ma żadnych skrupułów. Świat fantasy jest czymś, co należy wykorzystać, wydobyć z niego cały koloryt, stworzenia, rozciągnąć go na tyle, żeby bohaterowie odbyli jedną lub dwie podróże. Później, kiedy już jest przerysowany i doskonale znany, można go stracić. Dlaczego nie? Najwyżej się go później wskrzesi, jak fani podnieśli z gruzów Tolkienowskie Śródziemie.
Szkopuł w tym, że po przyjrzeniu się liście moich ostatnich lektur z tego literackiego worka i cofnięciu się o krok, żeby nabrać choć minimalnego dystansu, zauważyłem, że ten schemat się, niestety, powiela. Moje pytanie nie brzmi wcale „ile można”, ale „dlaczego”. Pomijając, oczywiście, tkwiący w człowieku impuls powrotu do świata prostszego i rządzącego się mniej skomplikowanymi prawami (o ile nasz świat rządzi się czymkolwiek). Dlaczego zawsze znajduje się kraj do uratowania i bohater, który musi się tego podjąć? Dlaczego dobrzy zawsze są dobrzy w sposób wykluczający to, że mogą popełnić błąd? Najbardziej nurtuje mnie to, dlaczego to zawsze jest cały świat? W wersji minimalistycznej – kraj, ale wtedy opowieść traci na rozmachu. Totalizm zagrożenia jest dla mnie oczywisty, o mniejszą sprawę nie warto walczyć.
Ale może, może autorzy fantasy pomyślą o tym, że warto by zrobić coś innego, jak walczyć o kolejne światy mieczem, strzałą i zaklęciem? Pomysły już są, nie brakuje alternatyw. Niekoniecznie muszą z tego wyjść parodie. Wystarczy pokazać, że walka o siebie nie zawsze oznacza miażdżenie przyszłych poddanych. Czasami wręcz przeciwnie.
Ratowanie świata zostawmy adaptacjom klasy B. Spoko. Szkoły przyjdą.
Tagi: cykl-patriotyzm felieton fantasy Tomasz Piasecki