Czy Marrakech zapełni wrocławskim fanom reggae lukę powstałą po zamknięciu Drogi do mekki? Występ Mariki na oficjalnym otwarciu i zgromadzona na nim publiczność daje podstawy, by tak sądzić.

W minioną sobotę przy Kurzym Targu, odchodzącej od Rynku uliczce, która w ciągu kilku tygodni stała się małym zagłębiem knajpek (niedługo przed Marrakechem pod sąsiednim numerem otworzyło się Bistro Przemysłowe), zebrał się pełen klub gości, którzy wyczekiwali na wieczorny występ Mariki. Świadomie unikam określenia „koncert”, bo to słowo jednak zobowiązuje, a w Marrakechu mieliśmy do czynienia z sound systemem. Podkłady puszczał z płyt Kuba 1200, jeden z najbardziej cenionych selektorów w Polsce, a „Mariola – królowa denshola” do nich śpiewała i rapowała. Trochę w oczy kłuje w tym kontekście cena biletów. 30 PLN jest uzasadnione w przypadku koncertu, ale Marika na podkładzie z płyty za trzy dychy…? Lekka przesada. Niemniej, klub szczelnie zapełnił się gośćmi, być może nie całkiem świadomymi charakteru wydarzenia, może spragnionych spotkania na żywo z kawałkami Marty Kosakowskiej, a może, po prostu, większość weszła z listy wejściówek?
Nie to jest jednak najważniejsze. Liczy się dobra zabawa i potencjał nowego miejsca do organizacji podobnych imprezek. Parkiet taneczny w Marrakechu nie należy do najmniejszych, jest w stanie bez większego ścisku pomieścić kilkadziesiąt duszyczek, co na przykładzie można było zaobserwować w sobotę, kiedy to w rytm numerów z repertuaru Mariki bujała się liczba osób oscylująca nawet bliżej setki. Zaraz po wejściu do lokalu trafiamy w wir imprezy, co w przypadku Marrakechu zdaje się sprawdzać egzamin.
A jak wypadła sama Kosakowska? Wywodząca się z soundsystemowego składu Bass Medium Trinity wykonawczyni rozruszała publikę. W repertuarze wieczoru nie zabrakło największych hitów wokalistki, odchodzącej na ostatniej płycie od ścisłej przynależności do sceny reggae i odważnie podróżującej w kierunku funka i soulu. „Moje serce”, „Siła ognia”, jak przystało na przeboje, wprawiły salę w pozytywny nastrój. W zasadzie nie można narzekać na wykonanie, bo Marika na żywo brzmi wcale nie gorzej niż w studio. Widać umiejętności wokalne piosenkarki, wsparte oryginalną barwą głosu i okraszone energetyczną pulsacją. Piszącego tego słowa mniej przekonują werbalne wstawki między kawałkami, kiedy Marta próbuje być wyluzowana i dowcipna, ale trudno pozbyć się wrażenia, że to działanie wymuszone. Trudno w tym przypadku o zaskoczenie, bo taką odsłonę Mariki zna każdy, kto choć raz posłuchał prowadzonej przez nią audycji „Towary kolonialne”. Pewnie znajdzie się niejeden lubiący wstawki między piosenkami w jej wykonaniu, ale mnie osobiście razi ich infantylność.
Za to na plus można zapisać wykonawczyni, że konsekwentnie unika najbardziej żenującej zaśpiewki polskiej sceny reggae i hip-hop: „Zróbmy hałas!”. Marika zaproponowała swoją wersję: „Zróbmy okrzyk!”. Na koniec wszedł jednak na scenę Grizzlee z EastWest Rockers, wcześniej doskonale się bawiący wśród publiczności. Wykonali razem z Martą „Usłysz mój głos” z repertuaru EWR, a Grizzlee skutecznie zniweczył starania Mariki, prosząc publiczność, aby… „zrobiła hałas!”. Innych niespodzianek zabrakło, Kuba 1200 uwijał się przy płytach, kobiecy chórek supportował wokalistkę, która próbowała przelewać swoją energię na słuchaczy, raczej z mniejszym powodzeniem, niż czynił to dzień wcześniej w Kultowej Abradab, występujący z żywym zespołem i wspomagany gościnnym udziałem: Ostrego, Frenchmana i Kontrabandy. Jednak tam mieliśmy do czynienia z pełnowymiarowym koncertem, w tym przypadku: z sound systemem wzbogaconym obecnością Mariki, która już 27 października zagra we Wrocławiu po raz kolejny. Kto więc nie pokusił się o wizytę w Marrakechu, będzie wkrótce miał kolejną okazję do spotkania z „królową denshola”. Wtedy należy się również spodziewać przewagi premierowego materiału, ponieważ w sobotę Marika zmiksowała swój doskonale znany repertuar z nowymi utworami.
Foto: Karina Będkowska
Tagi: koncert relacja Marrakech Marika sound system Kuba 1200,