Udając się na otwierający tegoroczny MFF ENH film Xaviera Beauvois, pozorna pogodność mojego nastroju kontrastowała silnie z wątpliwościami. Nie do końca skonkretyzowany niepokój wypełniał wąski pas przestrzeni między półkulami mózgowymi, serwującymi złowrogie podszepty; wiedza o dwóch ważnych wyróżnieniach na tegorocznym festiwalu w Cannes, korespondowała z – poznaną dzięki krótkiemu opisowi – warstwą treściową, co przełożyło się na wewnętrzne napięcie – no bo jak tu ulegać egoistycznym zachciankom estetycznym i podekscytowaniu, gdy miłe mrowienie w głowie przerywa gwałtowny cios, przypominający o ciężarze opowieści?

Przedstawiona przez francuskiego reżysera historia wydarzyła się naprawdę. W połowie lat 90., mnisi z klasztoru Tibhirine w Algierii (wszyscy pochodzenia francuskiego), wywodzący się z cysterskiego odłamu trapistów, znaleźli się w samym centrum konfliktu zbrojnego pomiędzy rządem i stronnictwami optującymi za utrzymaniem państwa laickiego, a islamskimi fundamentalistami. Zakonnicy (łącznie dziewięciu) utrzymywali pokojowe stosunki z mieszkańcami okolicznej osady, opierając relacje na tolerancji i wzajemnym poszanowaniu wiary. Wobec narastającego zagrożenia zdecydowali się ostatecznie wytrwać w posłannictwie i nie opuścili placówki. Siedmiu z nich uprowadzono w nocy z 26-27 marca, po czym zamordowano w dwa miesiące później. Pozbawione ciał głowy odnaleziono 31. maja; do masowego morderstwa przyznali się terroryści z Islamskiej Grupy Zbrojnej.
Początkowo, sposób prowadzenia narracji przypomina ten znany z „Hotelu Ruanda” Terry’ego George’a. Wstępny szkic przedstawia klasztorne życie, podział obowiązków, wspólne posiłki w refektarzu, czas pracy w otoczonych przez mur ogrodach i posługi oddane ubogim mieszkańcom wioski, wreszcie czas refleksji – samotnej kontemplacji, zaburzanej jedynie przez wyśpiewywane ze specyficzną regularnością psalmy. Wtem, jak grom z jasnego nieba, do świata zdającego się uporządkowanym i opartym o niezachwiany rytm życia, wkracza śmierć – gwałtowna i brutalna. Przerażeni mieszkańcy przynoszą wieści o bestialsko zamordowanych przez fundamentalistów robotnikach, a spirala przemocy zatacza coraz szersze kręgi. Oczekiwany punkt kulminacyjny jednakże nigdy nie nadchodzi. Beauvois świadomie spowalnia akcję, uświadamiając dobitnie, że przedstawiony szkic – przynajmniej na naszych oczach – nie nabierze oczekiwanych barw. „O bogach i ludziach”, choć przepełniony humanizmem, nie oferuje żadnych uniwersalnych prawd, nie wykłada oczywistych rozwiązań, nie odpowiada na pytania dotyczące sensu męczeństwa i istnienia Boga, zamiast afirmacji życia i niezachwianej wiary oferuje zaś strach i zwątpienie. Atmosfera filmu, także dzięki kameralnym ujęciom i zastosowaniu naturalnego oświetlenia przypomina tę z „Wielkiej ciszy” Philipa Gröninga. Różnice objawione zostają (nie tylko ze względu na odmienność istniejących reguł zakonnych kartuzów i trapistów) dzięki bardzo intymnemu wglądowi w życie bohaterów. Spośród rezydującej grupy tylko dwóch mężczyzn zachowuje chwiejną równowagę: przewodniczący zgromadzeniu brat Christian (Lambert Wilson), oferujący duchowe wsparcie przyjaciołom, oraz Luc, rozsądny medyk o jowialnym usposobieniu. Nie znaczy to, że Beauvois wkłada w ich usta pean na cześć Stworzyciela i czyni nieskalanymi. Zamknięci w przestrzeni bożego domu bracia doświadczają emocji typowych dla każdego człowieka; pomiędzy gorliwie wyśpiewywanymi hymnami pęcznieje niepokój, potęgowany przez nieustępliwe wizje śmierci czyhającej za murem. Świat nie jest przyjazny. Jałowy teren zalewa zgniła żółć słońca, okoliczne wzgórza wydają się drwić z bezpiecznego przyczółka. Tu i teraz, każdy na własną rękę próbuje rozmawiać z Bogiem, lecz Bóg milczy. Brat Christophe (Olivier Rabourdin) miota się ze swoimi wątpliwościami, w pewnym momencie bliski apostazji, zaś najstarszy w zgromadzeniu Amédée, zazwyczaj opanowany i milczący, w krytycznym momencie chowa się ze strachu pod łóżkiem.
Obraz Xaviera Beauvois to opowieść o człowieczeństwie i jego poszukiwaniu, niewybielonym i autentycznym, gdzie pozytywne wartości narażone są często na szyderstwo i groźbę. Bezpodstawne wydają mi się oskarżenia autorów o banał i przewidywalność. Religijna żarliwość i złączenie w wierze nie są gwarantem niczego. Jest w filmie długa scena, w której prowadzeni przez swoich porywaczy mnisi wraz z nimi znikają we mgle, pochłaniającej górski krajobraz. Nie jest to, jak sądzę (a takie interpretacje spotykałem), symbol wkroczenia w rzeczywistość poza granicami życia. Gdyby reżyserowi zależało na tak pretensjonalnym przesłaniu, nie kwapiłby się z zastosowaniem niemal sprawozdawczej formy opowiadania. Na drugą stronę zmuszony będzie w końcu przejść każdy, nieistotne jawić będą się ludzkie racje wobec wielkiej niewiadomej śmierci. Koniec przyjmiemy wszyscy na tych samych zasadach, nie będąc pewnymi niczego. Beauvois nie ocenia, nie osądza, stara się zrozumieć – odrobinę zbyt długi metraż „O bogach i ludziach” staje się ostatecznie nieodzowny, by móc wysłuchać wszystkiego, co bohaterowie filmu mają do powiedzenia. Niekoniecznie przy użyciu słów.
O bogach i ludziach (Des hommes et des dieux),reż. X. Beauvois, dystr.Gutek Film 2010*.
*premiera kinowa filmy planowana jest na 12 listopada 2010.
Tagi: Xavier Beauvois film francuski Era Nowe Horyzonty Mateusz Skomorowski