Teoretycznie powinno się podobać. Wszystkie elementy składające się na dobry koncert zostały odhaczone. Była pełna ekspresji wokalistka obdarzona świetnym głosem, były dobrze wykonane utwory, przy których publiczność szalała, była muzyka, która wprawiała w drżenie organy wewnętrzne. Zatem dlaczego koncert Skinny Patrini wypadł jakoś słabo?

Może będę osamotniona w tym poglądzie, ale nie jest w porządku, kiedy ponad godzinę trzeba czekać na zespół, który nie ma instrumentów do nastrojenia ani nie grają w nim gwiazdy o światowej sławie, którym się wybacza ze względu na ich "wielkość". W przypadku Skinny Patrini usprawiedliwieniem mógłby być tylko czasochłonny makijaż.
"Bezsenność", ciesząca się sławą najbardziej zatłoczonego klubu we Wrocławiu, tym razem była tak przestrzenna, że hulały przeciągi. DJ puszczający drętwe sety, nawet nie próbował rozgrzać rozproszonej publiczności, a niebieskie tło z projektora i rozstawiony na scenie sprzęt szybko przestały być obiektem zainteresowania, więc panowała mało imprezowa atmosfera.
Zaskakujące zatem, że to właśnie publiczność okazała się najmocniejszym elementem koncertu. Entuzjastyczna i żywiołowa od pierwszego do ostatniego utworu, zarażała tych mniej rozbawionych swoją energią. W większości byli to młodzi ludzie, którzy głośno śpiewali bardziej popularne utwory, szczególnie znane z "Galerianek" - "Ysmf" i "Switch Off". Przyznaję, trudno byłoby nie tupać nóżką do takiej solidnej imprezowej muzyki. Skórka i Patrini dobrze wiedzą co zagrać, żeby się podobało, czym rozpocząć, czym zakończyć, przy czym tłum się bawi. A mimo to pozostało mi po tym koncercie uczucie niedosytu.
Chociaż cenię porządne, profesjonalne wykonanie utworów i sceniczną swobodę artystów, ich utwory zupełnie nie sprawdzają się w formie koncertowej. Gdzie się podziała spontaniczność wykonania, gdzie improwizacje lub jakikolwiek zabieg, by pokazać słuchaczom, że docenia się ich obecność i zaangażowanie? Odnoszę wrażenie, że Skinny Patrini mają przygotowany, przećwiczony, wyuczony na pamięć materiał, który mogą zagrać w identyczny sposób na wszystkich koncertach. Czyli znowu odhaczanie pozycji na liście.
Największym grzechem był jednak zerowy kontakt z publicznością. Kiepskie żarty i sztuczny śmiech Anny Patrini na 5 minut przed zejściem ze sceny na niewiele się zdał, podobnie jak jej prośba o odkręcenie butelki wody. Zagrali jeden utwór ekstra, po czym definitywnie się pożegnali. Zdecydowanie nie zasłużyli na swoją publiczność.
Przerostem treści nad formą okazało się też zapowiadane "audiowizualne show". Spodziewając się przynajmniej animacji ze wspomnianego wyżej projektora, mocno się przeliczyłam, gdyż tym wizualnym dopełnieniem muzyki okazało się błękitne niebo z pływającymi po nim cumulusami. Marne wrażenie robiły też zmieniające się w różnym tempie trójkolorowe światła, ustawione po bokach sceny, i stroboskop. Nie wykluczam, że eklektyzm był zamierzonym zabiegiem, wypadło to jednak bardzo nieefektownie.
Krótko mówiąc - "wiele hałasu o nic". Lepsze wrażenie robi odsłuchiwanie kawałków Skinny Patrini w domu albo na imprezie, kiedy nie rozprasza obserwowanie tego, co dzieje się na scenie. Może ignorowanie obecności wykonawców było kluczem do dobrej zabawy.
Źródło ilustracji: www.last.fm
Tagi: koncert relacja Skinny Patrini Bezsenność Katarzyna Kozak