G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Moje książki to nuty

Autor: Waldek Mazur, dodano: 20-12-2009, 14:10

Niedawno rynek literacki zdominowała królowa tirowców - Margot. W mieście zaróżowiło się od tajemniczych plakatów z napisem: „Idź w noc!”. Poniżej prezentujemy rozmowę ze sprawcą całego zamieszania - Michałem Witkowskim.

Waldek Mazur:  W swojej najnowszej powieści - „Margot” - niemiłosiernie obśmiewa Pan polskich celebrytów, jednocześnie będąc w tym środowisku zanurzonym, jak żaden inny rodzimy pisarz. Nasuwają się dwa wyjaśnienia: pierwsze, wskazujące na wyrachowanie Michała Witkowskiego, który najpierw wkupia się w łaski „warszawki”, by później móc ją obsmarować na kartach powieści; bądź drugie, według którego świat bankietów, czerwonych dywanów, błysków reporterskich fleszów i pierwszych stron kolorowych pism naprawdę Pana wciągnął.     

Michał Witkowski: Na pewno pierwsza możliwość odpada (śmiech). Ja nigdy nie kryłem, że mam dwoisty stosunek do tego środowiska. Z jednej strony jest to świat, który mnie jako pisarzowi wiele nie da, bo jest plastikowy i nudny, ale z drugiej strony jest w nim ogromna adrenalina. To jest troszkę tak jak ze stosunkiem do narkotyków. Narkoman wie, że to jest złe, ale co z tego? Ćpa dalej (śmiech).

I nie ma tu żadnej czysto marketingowej kalkulacji? Może obliczył Pan, że ilość artykułów na „Pudelku”, bankietów u boku Jacykowa i pogawędek z Jolą Rutowicz przełoży się na ilość sprzedanych książek?

Nie, aż tak daleko bym się nie posunął. Moje doświadczenie uczy, że „gwiazdowanie” nie ma wpływu na sprzedaż książki autora. Wymienię chociażby Olgę Tokarczuk czy Andrzeja Stasiuka. Żadne z nich nie bryluje na salonach, a ich książki świetnie się sprzedają. „Gwiazdowanie” ma raczej wpływ na moje kompleksy, które zaczęły pojawiać się już w dzieciństwie i przez całe życie narastały. Przez bardzo długi okres uważałem się za osobę, która do niczego nie dojdzie, nigdy nic nie będzie miała, nigdy o niej nic nie napiszą. Przełom nastąpił we mnie dopiero po trzydziestce. Wówczas spadła na mnie świadomość tego, że jest się ważnym, wszyscy pchają się, aby być jak najbliżej mnie, chcą mnie dotknąć. Ta świadomość jest bardzo pocieszająca. Dzięki niej mogę leczyć swoje kompleksy.

Ale czy rzeczywiście Pańskie kompleksy całkowicie odeszły do lamusa? Profesor Stanisław Bereś na łamach jednej z gazet, przy okazji artykułu na Pana temat, wspomina, że został Pan zaproszony do programu Kuby Wojewódzkiego. Miał Pan wtedy wątpliwości, czy w ogóle tam iść. Obawiał się Pan występu, pytał profesora Beresia, jaką taktykę radzi przyjąć. Przyzna Pan, że nie jest to zachowanie, cechujące w pełni oswojoną z mediami gwiazdę.

On musiał to zmyślić. A jeśli nawet mu to powiedziałem, to tylko po to, aby przyszpanować. Na pewno nie miałem  zamiaru się go radzić.    

Pierwsza część książki dzieje się w środowisku kierowców ciężarówek, światku dla przeciętnego czytelnika chyba jeszcze bardziej egzotycznym niż polski show-biznes. Skąd pomysł, aby właśnie tam umieścić fabułę?

Ja już za czasów „Lubiewa” poruszałem ten temat. Pojawiły się na kartach tamtej powieści legendy dotyczące tego, co to się nie działo na tirach. Wiedziałem, że postoje ciężarówek, parkingi to miejsce, gdzie literatura może zamieszkać. Tam coś musi się dziać, a przynajmniej powinno. Oczywiście w rzeczywistości nie wszystko jest tak kolorowe jak w „Margot”. Ktoś już kiedyś powiedział, że rzeczywistość zabija literaturę. Z drugiej strony było się czego uczepić, bo takiego powiedzenia, że „chłodnie się wynoszą”, to bym sam na pewno nie wymyślił.

Właśnie. Znany jest Pan z solidnego rozeznania tematu i środowiska, o którym chce Pan pisać. W tym przypadku było podobnie? Wybrał się Pan w trasę po Europie ciężarówką?

Oczywiście. Pomógł mi w tym mój wrocławski fan, który właśnie jeździ tirem. Zabrał mnie ze sobą, zapoznał z innymi kierowcami, ci opowiedzieli wszystkie możliwe historie związane z tym zawodem. Do tego miałem sporo nagranych rozmów z CB-radia, podobnie jak bohaterka książki Asia. W domu mogłem sobie spokojnie na komputerze odsłuchać każdą rozmowę, jeśli czegoś za pierwszym razem nie zrozumiałem. Wyłapywałem te pikantne momenty, kiedy jakiś prowodyr zaczynał ludzi gnoić na wszystkich możliwych kanałach.

Mamy w „Margot” sporo stylizacji językowej, przybliżającej nas do języka tabloidów. Z recenzji tej książki można wywnioskować, iż poczytuje się to Panu za pójście na łatwiznę, mówi się, że Witkowski napisał nie książkę, a „książeczkę”. Zastanawiam się, czy tak właśnie było, czy połączenie języka Gombrowicza z językiem „Faktu” to na pewno tak banalna umiejętność?

To była najtrudniejsza moja książka, najtrudniejsza w pisaniu. W odbiorze może jest najłatwiejsza. O to chodziło. Wzorcem mógłby być tutaj „Ostatni cieć” Głowackiego. W dziele tym mamy do czynienia z wartką, groteskową, wręcz śmieszną akcją, a jednocześnie dużo mówi się tam o przemianach na świecie, o naszych czasach. Sam doskonale wiem, że moja ostatnia powieść nie jest przegłęboka. Taka też miała być. W trakcie pisania cały czas zadawałem sobie pytanie, czy czytelnik nie zacznie się w danym momencie nudzić, czy nie zacznie przerzucać kartek, czy akcja jest wystarczająco wartka?

Czyli książka bardziej napisana dla czytelnika niż zrodzona z potrzeby serca?

Tak i z tym się nie kryję. Książkę napisałem jakby „oczami” czytelnika. Jak on się za to odwdzięczy, dowiemy się, gdy będą wyniki sprzedaży (śmiech). Ale najważniejsze jest, że książka jest żywa. Książka hermetyczna, choć nie wiem jakie nagrody by dostała, jest martwa. Nawet jeśli ludzie kupią takiego Dyckiego, to oni go nie zjedzą.

Trzecia powieść i trzeci audiobook. W tym nie byłoby nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że wszystkie teksty czyta Pan samodzielnie. Czyżby ujawniały się marzenia o niespełnionym aktorstwie?

Ja, pisząc książkę, czuję jej rytm. Wiem, które fragmenty należy czytać cicho i ze smutkiem, a które szybko i z rozmachem. Słyszę głos znajomego, którego przedrzeźniam i chcę pokazać właśnie jak on mówi. Moje książki to nuty, a ja wiem jak tę narracje zagrać.

Cofnijmy się teraz o kilka lat. Powszechnie wiadomo, że Witkowski zafascynowany jest Gombrowiczem, to widać w Pana literaturze. Mnie by jednak ciekawiło, czy miał Pan swojego mentora wśród osób, z którymi zetknął się Pan osobiście? Na przykład wspomniany wcześniej profesor Bereś, który był promotorem Pańskiej pracy doktoranckiej. Podobno podrzucał mu Pan również swoje teksty literackie.

Z tego co pamiętam, to pokazałem mu fragment z „Copyright”. Nic więcej. Zawsze mieliśmy odmienne zdanie na temat literatury. To, co ja uprawiam, jest dokładnie tym, czego on w literaturze nie lubi.

Skąd zatem taki, a nie inny wybór promotora pracy doktorskiej?

Jak byłem mały, to praktycznie tylko jego znałem. To był ten „Pan od literatury”, dlatego też do niego poszedłem z moim pierwszym tekstem. Natomiast moim duchowym przewodnikiem był Marek Garbala - zmarły w 2003 roku krytyk, który we Wrocławiu wychował całe pokolenia literatów. To były mniej więcej lata ‘94, ’95, ja wtedy zaczynałem z poezją, brałem udział w rozmaitych wieczorkach poetyckich, konkursach. I on jako pierwszy powiedział mi wyraźnie, abym zajął się pisaniem prozy. To Marek Garbala był tak naprawdę moim nauczycielem. Zdaje się, że Olgi Tokarczuk także.   

Kiedy zatem Michał Witkowski postanowił całkowicie poświęcić się pisarstwu? Czy było to w momencie zrezygnowania ze studiów doktoranckich?

Nie, to było wcześniej - już na początku moich studiów. Wtedy właśnie decydowałem, czy chcę być krytykiem literackim, pisarzem, poetą, a może nauczycielem akademickim? Wahałem się wówczas, mówiłem sobie: „gdzie ja do takich poważnych rzeczy?”. To wszystko miało związek z tym, o czym mówiliśmy na początku rozmowy - z moim niskim poczuciem wartości, kompleksami.

A skąd pomysł na wyjazd z Wrocławia, czy to był również element walki z kompleksami? Od samego początku planował Pan szturm na „warszawkę”?

Warszawa jest potęgą i nie mówię tu tylko o „warszawce”. Jest to miasto azjatyckie, dzikie, strasznie żywe, a przez to też strasznie brudne. To była dla mnie zupełnie inna jakość. Spokojny i ustabilizowany Wrocław dał mi już wszystko, co mógł dać. Spędziłem trzydzieści lat w tym mieście, poznałem każdy krzaczek, z każdym miejscem związane było po dziesięć wspomnień. Dusiłem się tutaj. Potrzebowałem czegoś nowego. Nie mogłem do końca życia chodzić do „Cafe de France” i później do Empiku. Gdy przyjechałem do Warszawy znalazłem się w pozycji studenta, który trafił z wioski do wielkiego miasta; nikogo nie zna, nie wie, co gdzie jest, nie ma pieniędzy, do tego przejeżdża mercedes i chlapie go błotem. Warszawa to była dla mnie straszna nowość. Z jednej strony ostry szpan, luksus, a obok ogromna nędza. Do tego dochodziło moje dążenie do bycia pisarzem ogólnopolskim, a nie tylko lokalnym. Bałem się etykietki pisarza wrocławskiego.  

Zatem nasuwa się wniosek, że kiedy już Michał Witkowski nasyci się Warszawą, najprawdopodobniej wyemigruje. Polska stanie się dla niego za ciasna. Może niczym Gombrowicz przepłynie Pan ocean i osiądzie w którymś z krajów Ameryki Południowej?

Nie, tego nie można się spodziewać (śmiech). Ja usycham za granicą. Do tego, jeśli o czymś piszę, to muszę być w centrum akcji. No i najważniejsze - kocham Polskę, choć nie jest to łatwa miłość.

Dziękuję za rozmowę.

Tagi: Michał Witkowski wywiad Lubiewo Margot



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/gTag/cykl-patriotyzm/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator