Przed nagraniem tej płyty Yeasayer musiał przeprowadzać jakieś badania, które wykazały, jak konkretne dźwięki wpływają na mózg człowieka. Wynalazł zestaw dysonansów, które, paradoksalnie, brzmią prawidłowo i aż chce się ich słuchać; pobudzają, rozładowują i przyklejają uśmiech na twarz. „Odd Blood” jest rzeczywiście dziwaczna.

Bałagan – to słowo idealnie oddaje charakter drugiego krążka Yeasayer (początkowo myślałem jeszcze o słowie ‘tortury’, ale już po drugim odsłuchaniu zmieniłem zdanie). Nowojorczycy za pomocą jakichś tajemniczych rytuałów opanowali ten nieład i prezentują psychodeliczny pop z porządną dawką elektroniki (więcej jej, ach więcej niż na „All Hour Cymbals”).
„Odd Blood” nie zaczyna się jednak zachęcająco. Najpierw trzeba przeprawić się przez „The Children”, który jest dosyć trudny w odbiorze - głównie za sprawą wokalisty, którego głos przepuszczono przez syntezator. W dodatku jak na utwór otwierający płytę odrobinę się dłuży. Singlowy „Ambling Alp” (naprawdę świetny teledysk) jest już dużo bardziej przystępny. Bardzo dobrym posunięciem w tym kawałku było wyciągnięcie na pierwszy plan perkusji.
Świetne wrażenie zostawia po sobie miłosne „I remember” z falsetem Keatinga, zbudowanym na mocnym gitarowo-elektronicznym podłożu. Z kolei w „O.N.E.” nowojorczycy postawili na taneczne wstawki (końcówka brzmi jakby Yeasayer współpracowali z Elly Jackson) i rytmiczne afrykańskie bębny, które nadają całości charakter world music. W synthpopowym „Love me girl” da się odczuć nieco egzotyczny klimat, który zawdzięczamy przede wszystkim odgłosom ptaków w tle.
Na kolejny singiel z pewnością nadaje się wpadające w ucho „Rome ”, które jest jednym z dwóch najbardziej tanecznych kawałków na całej płycie. Drugim jest „Mondegreen”, który jest jakby ucieczką zespołu w przyszłość (2080?). Całe „Odd Blood” dość wysoko zawiesiło poprzeczkę jeśli chodzi o tempo, dlatego jestem bardzo ciekawy występów Yeasayer na żywo. Na koniec dostajemy dużo spokojniejszy, nieco odstający od reszty płyty utwór „Grizelda” z wyraźnie zarysowanym, głębokim brzmieniem pianina. Całkiem przyjemny finał tak zróżnicowanej płyty.
Specjalnie pominąłem „Madder Red” i „Strange Reunions”, które nie pasują do całości. W tym pierwszym z każdą sekundą wydaje mi się, że gdzieś już to słyszałem (MGMT?). W tym drugim wszystkiego jest za dużo. Jakby Yeasayer starał się zawrzeć jak najwięcej w tym jednym, najkrótszym utworze na płycie.
Yeasayer stawia przede wszystkim na sekcję rytmiczną i niemal wszechobecne klaskanie. „Odd Blood” nie pozwala nam przez to pozostać w miejscu. Trudno jest przy tej płycie nawet usiedzieć. Niewątpliwie po kilkunastu, kilkudziesięciu sekundach zaczniemy bujać się i wybijać rytm. Yeasayer fundują słuchaczom dużo hałasu, ale takiego, który z łatwością okiełznali. Wielki nieład, pomieszanie folku z elektroniką na najwyższym poziomie, odgłosy rodem z dżungli, z jednej strony falset, z drugiej strony melodyjny wokal… Zdecydowanie warto zanurzyć się w tym bałaganie.
Yeasayer – "Odd Blood" - 2010, Secretly Canadian
Tagi: płyta nowości płytowe recenzja Wojciech Pleskacz Yeasayer Odd Blood 2010
babs10-02-2010, 15:35
ja w te mroźne dni to nawet tańczę przy "odd blood" stojąc na przystanku. "O.N.E" <3