Witold Michałowski ma zadatki na grafomana. Nie jest jeszcze stracony dla literatury, ale pogrążając się w samo zachwycie, niechybnie dąży do panteonu niesław pisarskich. Jego twórczość jest toporna. Brak w niej finezji i polotu. Michałowski stosuje sztampowe porównania, schematy, oklepane zwroty, etc. W „Ałtajskich tropach” zawarł trochę akademickiego wykładu na temat historii i polityki, dodał obserwacje etnograficzne, własne wspomnienia i nieco reportażu. Wszystko wymieszał chaotycznie przeskakując z tematu na temat. Próba stworzenia dynamicznej struktury wyszła autorowi nieco niezgrabnie. A do tego dochodzą jeszcze inne problemy.

O ból zębów przyprawiało mnie czytanie przebiegu romansu autora z piękną francuską modelką. W tle toczyła się wojna czeczeńska. Zjawiskowa Claudia poświęciła życie w blasku fleszy dla fotografowania przebiegu konfliktu na Kaukazie. Była jak źdźbło trawy, jak promień słońca, jak ważka. Pozostawiała po sobie zapach francuskich perfum. Autor dzielnie, jak na dżentelmena przystało, stawał w jej obronie przed sprośnymi żołdakami. Niestety z romansu wyszły nici. Delikatna ważka przeistoczyła się w hienę. Całe szczęście, że scen łóżkowo sercowych w „Ałtajskich tropach” jest niewiele a główne wątki książki oscylują wokół historii i geopolityki.
Witold Michałowski rozsmakowuje się w brawurowych teoriach. W kółko nawiązuje do „kremlowskich szachistów”. Dziełem tych tajemniczych ludzi miało być, m.in. skłócenie USA ze światem islamu. Rosja osiągnęła ten cel dzięki utrzymaniu wysokich cen ropy i gazu, a także wstrzymaniu budowy gazociągu łączącego centralną i południową Azję przez Afganistan i Pakistan. Ponadto „szachiści” maczali palce w zamachach na WTC w Nowym Yorku. Wszak otoczenie Osamy bin Ladena to absolwenci rosyjskich szkół wojskowych.
Kontrowersyjne są dla mnie opinie na temat Czeczenii. Autor, będący szczerze oddany sprawie jej niepodległości, powołuje się na „wybitnego czeczeńskiego intelektualistę i polityka” - Zalimchana Jandarbijewa. Zdaniem Jandarbijewa, imperium rosyjskie mogło by uniknąć rozpadu tylko poprzez przyjęcie islamu. Jak podaje cudowna wikipedia, ów wybitny intelektualista, poszukiwany przez Interpol i figurujący na liście światowych terrorystów, jest także organizatorem współpracy z Al.-Kaidą, talibami i współtwórcą zamachu na moskiewski teatr na Dubrowce.
Sporo miejsca w książce przypadło Szamilowi Basajewowi – organizatorowi zamachu terrorystycznego na szkołę w Biesłanie w 2004 roku. Jednak nie działalność terrorystyczna Basajewa interesuje Michałowskiego. Okazuje się, że Basajew był entuzjastą blokady, budowanego w Polsce, rurociągu transportującego rosyjską ropę. Protest zorganizowała, rządząca kiedyś w naszym kraju, partia „Samoobrona”. Szamil Basajew chętnie widziałby ochotników Samoobrony w swoim partyzanckim oddziale. Skąd i po co taka informacja? Należy wyjaśnić, że Witold Michałowski był współautorem konstytucji programowej i podstaw ideologicznych tej partii. Ponadto, był doradcą Andrzeja Leppera. O zamachu na szkołę w Biesłanie w swej książce nie wspomina.
Michałowski podkreśla natomiast, że to właśnie jemu, wspomniany Szamil Basajew udzielił ostatniego w życiu wywiadu. I tu trafiamy na kolejną wadę „Ałtajskich tropów”. Autor po prostu się przechwala, kreuje na macho i nieustraszonego reportera. Nie tylko pióro i kamera są jego narzędziami, ale też pistolet i granat. Osobiście razi mnie brak skromności u reportera (proszę wskazać gdzie, np. u Wojciecha Jagielskiego, znajdziemy podobne szpanerstwo).
Nie można zaprzeczyć, że Michałowski posiada i przekazuje czytelnikowi ogromną wiedzę o Azji Centralnej. Wszak w 1967 roku kierował polską wyprawą w Góry Mongolskiego Ałtaju, jest redaktorem naczelnym kwartalnika „Rurociągi”, zakładał Koło Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli a także Fundację Odysseum – Ośrodek Dokumentacji Dokonań Polaków w Świecie. W „Ałtajskich tropach” prowadzi czytelnika po bezkresnych obszarach Azji. Dociera do miejsc, do których pewnie mało kto z nas dotrze. Wyjaśnia wspólne korzenie kulturowe i językowe ludów Europy i Azji. Przedstawia genezę islamskiego terroryzmu sięgającego korzeniami średniowiecza. Szczegółowo przytacza fakty, historie i anegdoty. Prezentuje własne poglądy w sposób niezwykle wyrazisty. Jest bardzo krytyczny względem światowej polityki energetycznej i włodarzy rosyjskich.
Wielka wartość dydaktyczna, która drzemie w „Ałtajskich tropach” sugeruje, że mogła być to książka owiewająca czytelnika azjatyckimi tajemnicami, mistyką, egzotyką przeplecionymi z tragiczną historią i współczesną polityką. Niestety, daleko jest Witoldowi Michałowskiemu do mistrzów reportażu i literatury podróżniczej.
Witold Michałowski, Ałtajskie tropy, wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.
Tagi: Witold Michałowski Ałtajskie tropy Zysk i S-Ka recenzja reportaż literatura podróżnicza Grzegorz Kurka