A gdyby tak Nadodrze nie było Nadodrzem? - czyli komentuje i z pasją wspomina Krzysiek Madej. Z magią i o magii tego miejsca. O tym, dlaczego nie może żyć bez placu Staszica. O tym, że nie żyłby, gdyby nie Nadodrze.

Idę nienazwanym parkiem przy placu Staszica, pora roku jest wymyślona, w słuchawkach mojego pierwszego mp3 leci "November Rain" Gunsów - w życiu bym się teraz do tego nie przyznał. Pada deszcz albo śnieg, jest trochę zimno czy ciepło, na mnie wieje wiatr. W zasadzie nawet nie idę, tylko przesuwam się w przestrzeni parku. Zastanawiam się dlaczego nie znałem wtedy Radiohead, mamy rok dwa tysiące dziesiąty, siedem lat temu był dwa tysiące trzeci - "Ok computer" jest z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego - wtedy była powódź, pamiętam, bo byłem na wakacjach i pływałem w morzu, a Nadodrze pływało pod wodą. Godzina jest dość późna, w parku o tej porze można było zdecydowanie dostać zupełnie za nic, zresztą teraz także można dostać za to samo co kiedyś. Ale wtedy to nie było ważne, można było nawet dostać, trudno. Idę parkiem, bo to najkrótsza droga, żeby znaleźć się na ulicy biskupa Tomasza. Tam, w nowej plombie z windą, mieszkała dziewczyna, która była uosobieniem mojego wyobrażenia o dziewczynie idealnej klas licealnych jeden - trzy. Byłem wtedy idiotą z wyobraźnią i oczywiście musiałem tę relację zdecydowanie zepsuć. Zresztą i tak chodziło tylko o tę fascynującą mnie wtedy przestrzeń, w której zza tych starych kamienic wyrastały czerwono-białe, monumentalne, a zarazem magiczne kominy elektrociepłowni - dymiący świadkowie młodzieńczych szaleństw, o których pamiętam do dziś. Po parku chadzaliśmy chętnie, wszystkie ławki dookoła fontanny były nasze. Przystanek na Pomorskiej znam doskonale. Z całowania. 142, K, i jakieś tramwaje tam stawały. 142 do mnie jechało i jedzie dalej. Dawniej zawsze chciałem, żeby nie przyjechało. Dzisiaj mnie to tylko denerwuje, że muszę tam tyle stać, szczególnie jeśli pada, albo wieje. A w głowie tłuką się te pocałunki. Zawsze zastanawiałem się, co to za brzydki pomnik na placu Strzeleckim na przeciwko przystanku. Ostatnio podszedłem, żeby przeczytać napis - może to wszystko nabierze sensu - pomyślałem. Ten kilkunastometrowy kamienny blok przedstawia krzyż przebijający mur i jest poświęcony pamięci Sybiraków. Niczego mi nie wyjaśnił, ale rzeczywiście - pasuje do tego pokręconego Nadodrza. Pamiętam, siedzieliśmy sobie na ławce w tym parku, powiedziała mi wtedy coś, że nie za bardzo się możemy nadal spotykać, ale to było już za drugim razem, tak już definitywnie wolała się wycofać. Cała druga klasa z życia, bez sensu. Teraz to już gdzieś mam, nawet na życzenia świąteczne jej nie odpiszę, bo mi się nie chce. W ogóle mniej się chce.
Ulica Strażnica, boczna Pomorskiej - nadodrzański wał, godzina siedemnasta. Biegnę jak nienormalny, żeby tylko zdążyć do kwiaciarni na Dubois przed zamknięciem. Uprzednio kupione wiadro z ogrodniczego, stało ukryte w krzakach. Pamiętam, wszyscy się zatrzymywali, nawet kierowca autobusu - sześćdziesiąt lilii w wiadrze, ciężkie to było jak diabli, z moją krzepą uzyskałem prędkość kilometra na godzinę, z tym wiadrem przyciśniętym do wątłego ciała. Kwiaty wystarczyły może na trzy tygodnie szczęścia. Teraz już wiem i zgadzam się z Gałczyńskim, że to niedrogi, acz idealny prezent dla chorych i kobiet, no może poza tym, że niedrogi. W psychice chłopaka z liceum jest coś takiego niedorzecznego, właśnie ten czas kiedy jesteśmy zdolni do największych poświęceń, na niewiele tak naprawdę się zdaje. Potem tylko coraz bardziej się nie chce. Z dziewczyną poznaliśmy się w MDK-u na Dubois 5, które było centrum mojego licealnego zainteresowania i jakiejkolwiek aktywności. Odkrywanie tych wszystkich zaniedbanych miejsc w okolicach MDK-u było wielką, niezapomnianą przygodą. Eksploracja starych kamienic przy ul. Rydygiera, Jagiellończyka, dreszcz jaki przechodził przez nas, skradających się po trzeszczących schodach grożących zawaleniem domów. Lody na placu Staszica, w śmiesznej lodziarni, z wizerunkiem olbrzymiej gałki o smaku cytrynowym przed wejściem. Spacery Łowiecką, nieopodal Szkoły Muzycznej, gdzie za płotem czaiły się kominy, a z budynku słychać było przeróżne, najdziwniejsze dźwięki przyszłych muzyków. Wreszcie sam dworzec Nadodrze, gdzie patrzyło się na odjeżdżające nie wiadomo dokąd pociągi i sprawdzało rozkłady. Tyle razy zastanawialiśmy się czy nie wsiąść i nie uciec gdzieś daleko. Świat był wtedy ogromny. A jak w starej kamienicy przy placu Staszica siedzieliśmy w mieszkaniu naszej instruktorki, pani Haliny i rozmawialiśmy przy herbacie o sztuce, życiu, miłościach, rozczarowaniach, wspólnie marzyliśmy o wielkich rzeczach.
Pamiętam do dzisiaj każdą taką chwilę. Wszystkie te ulice, place pomiędzy mostem Uniwersyteckim, a wiaduktem były dokładnie wychodzone, wysiedziane ławki, park wydeptany, uczucia wypowiedziane, wycałowane, wydotykane wszystko. Jak w bajkowym zamkniętym świecie pod tymi kominami działo się życie młodych ludzi, którzy w tej dzielnicy potrafili znaleźć swoje marzenia i je realizować, a ta przestrzeń cały czas pomagała im w tym, swoją atmosferą, niezwykłą magią tych kamienic, otwartych ludzi, miejsc. Wtedy myślałem, tak czułem, że to wszystko się tutaj mieści, wszystko co mi jest potrzebne.
c.d.n.
Tagi: krzysztof madej felieton nadodrze łokietka 5 wrocław miejsca
zło16-01-2010, 00:55
sranie, eh.
a.h.15-01-2010, 13:36
Ja też pamiętam ten park z pocałunków. Dziś jesteśmy małżeństwem:)
gitarra15-01-2010, 08:26
Mnie się też podoba
ok14-01-2010, 18:59
fajny tekst. naprawdę fajny