G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Nadodrze - umuzykalnienie przez przestrzeń

Autor: Krzysiek Madej, dodano: 23-01-2010, 13:03

A gdyby tak Nadodrze nie było Nadodrzem? - komentuje i z pasją wspomina Krzysiek Madej. Z magią i o magii tego miejsca. O tym, dlaczego nie może żyć bez placu Staszica. O tym, że nie żyłby tak, jak żyje, gdyby nie Nadodrze.

Kocia muzyka na Nadodrzu

Chodząc tak pomiędzy mostami - Pomorskim i Uniwersyteckim, a wiaduktem na Trzebnickiej, wszędzie wtykając swoje ucho żądne nowych wrażeń i dźwięków, uczyłem się słuchać muzyki, wiążąc to, co ze sobą niosła, z konkretnymi miejscami na śródmiejskiej mapie. Jestem w stanie przypomnieć sobie niektóre miejsca tylko za sprawą ich muzycznych odpowiedników w mojej pamięci. I tak, widząc przystanek autobusowy linii 128 na Dubois, słyszę have a litle faith in me- Joe Cockera, co zupełnie jest niepojęte. Nawet nie dlatego, że takich rzeczy wtedy słuchałem, jak dlatego, że nagle współczesny przystanek zupełnie zmienia się - pojawiają się dziwni ludzie, których już nie ma dla mnie, przynajmniej takimi, jakimi byli kiedyś. Słyszę znajome śmiechy i głosy, które wręcz dziwią się, że stoję jak wryty i zupełnie nie wiem co zrobić z tym światem dziwnych wspomnień. Znajome twarze mówią do mnie, ale to już zupełnie inni ludzie, inny świat, przeidealizowany, prześwietlony strasznie dawno temu. Trzeba czym prędzej udać się z powrotem do rzeczywistości. Sytuacja autobusowa. Jadę, i w momencie, w którym autobus linii 142 staje na przystanku przy ul. Pomorskiej nieopodal supersamu społem, dzieją się rzeczy dziwne. Coś  chce żebym właśnie wtedy siedział w jego lewej części, jedno spojrzenie w lewo na kościół św. Bonifacego każe przywołać wspomnienie bardzo żywe i znajome. Jestem teraz tam w środku, jako siedmioletni chłopiec na pasterce w święta. Kolędy przejmowały wtedy, całe zmęczenie późnej pory odeszło zupełnie, zimno kościoła, tłok ludzkich modlitw i śpiewów unosił się ponad oparami kadzidła. Ta magia nieświadomości dziecięcej przyciągała mnie do tego miejsca jeszcze wielokrotnie później. Pora chyba wysiąść z tego autobusu, bo przegapię swój przystanek. Idąc do dziewczyny wzdłuż tego parku na Staszica słuchało się pamiętam, princea np. z purple rain, when the doves cry było absolutnie standardem tamtych samotnych zmierzań. Rozumiecie, człowiek idzie ze świadomością, że za dwie ulice mieszka super laska, która czeka na ciebie. Słuchawki na uszach, prince coś tam jęczy sobie, ruszam sobie głową w rytm muzyki, nogi przesuwają się już zupełnie bezwiednie, same doskonale znają drogę. Na nogach nowe trampeczki i okulary przeciwsłoneczne, to był zestaw podstawowy. Obchodziło się budynek ze trzy razy, aż utwór kilka razy przeleci w kółko, żeby jeszcze zwielokrotnić atmosferę tego nieznośnego oczekiwania, tak z jednej strony łechcącego zmysły, zarazem pewnego swoich racji, w pełni świadomego tego, co spotka za drzwiami sympatii. Ach! Potem, kiedy przyszły czasy, że relacje z dziewczęciem nie szły w dobrym kierunku, to z tej samej płyty wybierało się albo Purple rain, albo I would die for you. Zresztą to drugie ciągle obowiązuje. Wtedy były to szczeniackie deklaracje, dzisiaj już zdecydowanie bardziej przemyślane.

Nadodrze, to rejon bliski mi szczególnie jeśli chodzi o muzykę, i nie tylko o jej słuchanie. Tu na Dubois 5 oraz w pewnym mieszkaniu przy placu Staszica poznawałem cały wachlarz przeróżnych poetycko-śpiewanych utworów - od Brela przez Wysockiego, Grechutę, Osiecką i mnóstwa innych. Te młodzieńcze zachwyty nad polską i zagraniczną poezją odcisnęły ogromne piętno na wszystkim czego słuchałem i co lubiłem później. Ten nurt poetycki płynął sobie obok rzeki rockowo-popowych zainteresowań i świetnie się z nim przenikał, inspiując do ciekawych działań twórczych, i pomagając uporać się z sercowymi problemami nastolatka. Bo nic tak nie pomagało, jak wspomnienie tych muzycznych miejsc nadodrza.

Na temperatury poniżej zera, szczególnie kiedy siedzi się juz w swoim akademikowym, nazwijmy to- fotelu, przeznaczonym na wieczorne jęki i smutki, polecam prince'owe purple rain, a nawet I would die for You, które teraz jest o wiele poważniejsze niż I would die for You 5 lat temu, tam pod blokiem nadodrzańskiej dziewczyny.

 

 

Krzysiek Madej - student III roku Filologii polskiej. Grający od małego na fortepianie, od kilku lat jest wokalistą wrocławskiego, alternatywnego, rockowego zespołu o dziwnej nazwie Rabastabarbar. Od niedawna angażuje się też w nowe projekty rockowo-elektroniczne, których efekty będzie można niedługo usłyszeć. Jak twierdzi - największą przyjemność w życiu czerpie z pisania dla G-punktu.

 

Źródło ilustracji: www.obrazky.pl

Tagi: krzysztof madej felieton nadodrze łokietka 5 ,wrocław miejsca muzyka



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.g-punkt.pl/gTag/cykl-patriotyzm/1
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator