„Kronika umarłych” jest powieścią na swój sposób dziwną i przewrotną. Z pomiędzy kolejnych kart książki co rusz wylewają się na czytelnika niewyczerpalne pokłady smutku i tragedii. Opowiedziana tu historia najeżona jest tak ogromną ilością nieszczęść, iż wydawać by się mogło, że czytać tę pozycję z przyjemnością jest rzeczą niemożliwą. A jednak. Odija oczarowuje nas prezentowaną brzydotą, kalectwem, upadkiem moralnym bohaterów oraz ogarniającym ich szaleństwem.

Autor „Tartaku” pozostał wierny tematyce, którą poruszał w swojej dotychczasowej twórczości. Wydarzenia opisane w „Kronice...” rozgrywają się na prowincji (fikcyjny Kostyń nie jest może kompletną dziurą zabitą dechami - ma w końcu swój oddział telewizji, sklepy i liczne puby, ale i tak od Stolicy dzielą go lata świetlne). Sama miejscowość - podobnie zresztą jak i poprzednie, w których autor osadzał akcję swych książek - odgrywa bardzo istotną rolę. Tutaj nic nie jest przypadkowe, nic nie jest nieistotne. Barwna, tragiczna i wielokulturowa historia, specyficzny mikroklimat, a nawet nieznośne ptactwo, to wszystko może odbić się na losie tutejszych mieszkańców. Główni bohaterowie to zwykli szarzy ludzie (ksiądz, urzędnik, muzyk, dziennikarz), tacy sami jakich na co dzień mijamy na ulicach. Na pierwszy rzut oka ich życie płynie normalnym, ustabilizowanym, małomiasteczkowym tempem. Inaczej jednak sprawa wygląda, gdy przyjrzymy się im nieco bliżej. Wtedy dopiero możemy zauważyć w jak okrutny sposób obszedł się z nimi Odija, nie oszczędzając swym postaciom życiowych kopniaków i licznych zakrętów.
Mateusz to zdolny muzyk jazzowy, pozbawiony jednak zaradności. Gdy nie udaje mu się zawojować stolicy i zrywa z nim dziewczyna, wraca w rodzinne strony, aby spędzać czas na piciu i powolnym popadaniu w obłęd. Spotyka tam swych dawnych znajomych: Janka, księdza zakochanego w kobiecie i cierpiącego na brak wiary; Darka, dziennikarza lokalnego oddziału telewizji, który nie może odżałować niewykorzystanej szansy na prawdziwą, ogólnokrajową karierę, do tego nie radzi sobie ze śmiertelną chorobą syna, co próbuje znieczulić licznymi romansami i litrami wlewanego w siebie alkoholu; Konrada, co prawda najmniej poturbowanego przez los z czwórki przyjaciół, nie znaczy to jednak wcale, że prowadzącego sielankowe życie. Wspomnieć należy także, iż lekko nie mają życiowe partnerki owych panów. Są przez swych mężczyzn porzucane, zdradzane, dręczą je rozmaite fobie, zjawy, a Radka - ex-dziewczyna Mateusza i obiekt westchnień Janka - zostaje nawet brutalnie zgwałcona na wskutek czego zapada w śpiączkę.
Niesamowitym nagromadzeniem nieszczęść, jakie spadają na głowy bohaterów niemalże na każdej stronie powieści, pisarz przypomina mi Larsa von Triera. Duński reżyser, katując wymyślane przez siebie postaci, przegina w podobny sposób, a my dajemy się na to nabrać. Nie interesuje nas, że taka sytuacja nie ma prawa się zdarzyć, a nawet gdyby, to nikt po czymś takim by się nie podniósł. Bierzemy wszystko za pewnik i pozwalamy manipulować swoimi emocjami. Czytając „Kronikę umarłych”, odnosiłem podobne wrażenie. Co prawda nikt nie został potraktowany przez los aż tak okrutnie jak Selma z „Tańcząc w ciemnościach”, ale mechanizm działania jest u obu artystów podobny. Cały sęk w tym, że u von Triera jak i Odiji, nie obchodzi mnie realność owych wydarzeń, dałem się oczarować magii. Zaznaczę, magii bardzo ponurej i przytłaczającej.
Pisząc o najnowszej książce autora „Ulicy” należy wspomnieć też o czymś, co najprawdopodobniej w zamierzeniu pisarza miało być wątkiem przewodnim powieści, ale dla mnie osobiście było co najwyżej uzupełnieniem całości. Owe coś pozwolę sobie nazwać „wątkiem ewangelicznym”. Wystarczy spojrzeć na to, jaką rolę pełni w życiu bohateró Biblia (tutaj nazywana Księgą) i połączyć z faktem, że nieszczęścia jakie ich dotykają, są w dużej mierze konsekwencją grzesznego życia, łamania zasad Księgi. W pewnym momencie nawet przestraszyłem się, że Kostyń niczym starożytny Egipt, za panujące w nim zepsucie, zostanie nagrodzony plagami. Skrywane grzechy i tajemnice wychodziły na powierzchnię w dość mrocznej i koszmarnej postaci, wróżąc naprawdę rychły koniec miasta. Nic takiego jednak się nie stało, Odija na całe szczęście nie odważył się na łopatologiczne przekładanie przypowieści biblijnych. Finał wcale też nie jest tak jasny i klarowny, nie wszyscy dobrzy zostają nagrodzeni, nie wszystkich złych spotyka zasłużona kara.
Przemysław Czapliński już ogłosił „Kronikę umarłych” najlepszą książką w dorobku Daniela Odiji i chyba można się z tym sądem zgodzić. Najnowsze dzieło autora "Ulicy" jest w pełni dojrzałe, stonowane, uwodzi czytelnika nastrojem (mimo że tak przygnębiającym), a sugestywne, soczyste opisy jedynie umilają lekturę.
Daniel Odija, Kronika umarłych, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010, 320 s.
Tagi: "Kronika umarłych" Daniel Odija wydawnictwo W.A.B
mk21-01-2010, 09:36
jakiego olsztynianina? przecież Daniel Odija mieszka w Słupsku. Z Olsztyna jest M. Sieniewicz...