G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

Nash-power

Autor: Wojciech Pleskacz, dodano: 02-05-2010, 11:58

Ma dwadzieścia dwa lata. Na koncie nagrody BRIT i NME. W 2007 roku zaczarowała brytyjską scenę muzyczną swoim debiutem "Made of Bricks". Kojarzona głównie z charakterystycznym londyńskim akcentem, Kate Nash powraca z drugim albumem "My best friend is you". Znowu przeklina, znowu wrzuca facetom i znowu śpiewa o relacjach damsko-męskich. I wreszcie jest wiarygodna.

katenaszokladka

Po pierwsze, wcale nie jest aż tak bardzo mniej dziewczęco niż na "Made of bricks". A czegoś takiego można się było spodziewać po "I just love you more", czyli pierwszej piosence z nowej płyty Nash, która znalazła się w internecie. Głośno, krzykliwie, skrzecząco. Poza tym, sama wokalistka mówiła, że będzie inaczej. Wszyscy, którzy spodziewaliście się agresywnej Kate, która zacznie pisać o śmierci - nie dotykajcie tej płyty!

Singlowe "Doo-Wah-doo" jest kwintesencją "My best friend is you". Jest wesoło, energicznie, dowcipnie i niezbyt skomplikowanie (jak prawie we wszystkich tekstach Nash). Trzeba jednak przyznać, że Kate miała swoj specyficzny styl piosenek, który na najnowszym krążku trochę zgubiła. Już po kilku taktach "Foundations" czy "Mariella" wiadomo było, że to ona. Teraz w niektórych kawałkach brakuje tego wstępu, znaku rozpoznawczego. Na szczęście nie straciła swojego akcentu, który najbardziej wyraziście słychać w nieco ironicznie manifestowym "Mansion song", pełnej przekleństw monorecytacji. Zabawny kontrast pomiędzy pyzatą brytyjką w kolorowych sukienkach i okrzykiem "I wanna be fucked". Dobitnie dostaje się także homofobom w nieco niepokojącym i hipnotyzującym "I've got a secret".

Wydaje się, że Nash trochę dorosła, rozumie więcej. Nie obraża się już na mężczyzn, tylko wytyka im ich błędy i jednocześnie mówi, że ma to gdzieś. Na swój sposób wciąż stara się być głosem młodych kobiet, którym najbardziej na świecie zależy przecież na szczęśliwym związku. Robi to w nienachalny sposób, trafnie opisując rzeczywistość. Co ważne, nie sili się na wyszukane metafory, tylko wprost pisze, że facet jej nie słucha, co w dodatku nie za bardzo jej się podoba.

W warstwie tekstowej - krok do przodu. W warstwie muzycznej - krok w bok. Nash nie jest zdecydowana co chce grać. Niby to pop, ale taki... garażowy. Na "My best friend is you" brakuje konsekwencji. Nash chciała coś zmienić, ale trochę się bała. A nie ma czego się bać. Przecież Nash pasuje i do delikatnych kawałków opartych na fortepianie, i do rockowego skandowania. Najbardziej wiarygodnie wypada jednak w wyznaniach przyjaźni w ukrytej piosence pod koniec "I hate seagulls".

Kate Nash zaprezentowała poprawkę do swojej interpretacji girl-power. Trochę więcej krzyczy, więcej wymaga, więcej krytykuje. Całość sprawia lepsze wrażenie niż "Made of bricks". Głównie za sprawą tego, że po trzech latach Nash wie dokładniej czego chce. Na trzeciej płycie może zdecyduje się jeszcze konkretnie, w jakim gatunku czuje się najlepiej. Oby tylko żaden mężczyzna jej w międzyczasie nie zranił. W innym przypadku czuję, że panowie zostaną przez Nash zmiażdżeni.

 

Kate Nash - "My best friend is you", 20 kwietnia 2010, Polydor

1. Paris
2. Kiss That Grrrl
3. Don't You Want to Share the Guilt?
4. I Just Love You More
5. Do-Wah-Doo
6. Take Me to a Higher Plane
7. I've Got a Secret
8. Mansion Song
9. Early Christmas Present
10. Later On
11. Pickpocket
12. You Were So Far Away
13. I Hate Seagulls

Tagi: recenzja płyta 2010 nowości płytowe Kate Nash My Best Friend is You Polydor Wojciech Pleskacz



Skomentuj

Newsletter

reklama
http://www.facebook.com/portalGpunkt
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator