Istnieją dwa rozdaje dobrych książek: te, które przyjemnie się czyta i te, których czytanie JEST czystą przyjemnością. Są też takie, które starają się dryfować gdzieś na obrzeżach którejś z tych kategorii i te ginące w morzu podobnych publikacji. W lekkiej beletrystyce te granice bywają bardzo płynne, a indywidualne oceny odbiorców często bardzo się od siebie różnią.

Nie oczekuję, że każda wydana na świecie książka będzie powolnym zatracaniem się Hansa Castorpa w somnambulicznej rzeczywistości. Co więcej, byłoby to szkodliwe z różnych względów, których chyba nie muszę tu przytaczać. Książka rozrywkowa, by dostarczała rzeczonej rozrywki, musi jednak dla mnie spełniać kilka standardów, w których „Siedem szklanek” się nie mieści. Celowo i wyjątkowo podkreślam tu rolę siebie – jako bardzo specyficznego czytelnika o określonych oczekiwaniach i świecie przeżyć, związanym z wieloletnim doborem określonych lektur i nie tylko. Bardzo prawdopodobne, ze po prostu nie należę do docelowej grupy odbiorców książki Magdaleny Zych. Ja - czytelnik empiryczny – nie potrafię odnaleźć przyjemności żadnego rodzaju w nowej pozycji wydawnictwa Prószyński i S-ka. Mam z nią jednak pewien problem. Używając obuwniczej metafory: nie wiem, czy ta szpilka ma niekorzystny fason, czy po prostu nie została skrojona na moją nogę.
Muszę sprawiedliwie przyznać, że autorka posiada cenną umiejętność prowadzenia prawnej narracji bez pseudointelektualnego zadęcia. Lektura zajęła mi jeden poranek i mimo opisanych wątpliwości nie przysporzyła mnie o ból głowy, nie wypełniła zdecydowanym niesmakiem ani nie spowodowała litanii żalu nad bezsensownie umierającymi drzewami. Zgrabna zabawa różnymi stylami narracyjnymi, przyjemna pierwszoosobowa emocjonalność, zdecydowanie zarysowane postacie, lekkość w sam raz do czytania w czasie podróży autobusem czy pociągiem. Plus za plastyczne opisanie rzeczywistości, w której rozgrywa się akcja. Mimo niewielkiego arsenału środków stylistycznych (co też zaliczam na plus), świat powieści przedstawia się momentami wręcz namacalnie.
Pytanie tylko, cóż to jest za świat? Kojarzący się z polską, ale bezmyślnie wzorowaną na amerykańskich komedią romantyczną, w której każda z postaci budzi się w domu żywcem wyjętym z katalogów Ikei, już w pełnym makijażu, kiedy ma na to ochotę, idzie do ambitnej, świetnie płatnej pracy, a z jej ust padają tylko banalne, ale zawsze zgrabne i robiące dobre wrażenie kwestie. Emil jest wręcz kalką tego modelu i upodobanie do damskich fatałaszków niewiele w tej kwestii zmienia. Kuba to raczej typ kopciuszka; bliższy realiom, ale też wpisujący się w konwencję. Paradoksalnie, obaj irytują czymś innym niż to, co mogłoby się narzucać: u Emila egzaltowanie, u Kuby miałkość charakteru. Przy natłoku kartonowej, PRAWIE hollywoodzkiej scenerii gubią się gdzieś rzekome kontrowersje związane z Emilem, jego stylem i orientacją seksualną. Gdyby gubiły się tylko ze względu na przemyślną konstrukcję psychologiczną, byłby to majstersztyk literackiej rozrywki. Niestety, giną pod natłokiem plastiku.
Nie da się uniknąć wrażenia, ze autorka sama zamknęła się w sztampowej, nieco cukierkowej konwencji, związując sobie tym samym ręce. Nawet najlepszy portret lalki Barbie ciągle bowiem przedstawia lalkę, nie prawdziwą kobietę. Z drugiej strony, kolejne romantyczno-komediowe produkcje ściągają do kina wierne rzesze odbiorców, do których się nie zaliczam (gwoli ścisłości, piszę to bez wartościowania). Może więc dla ich miłośników i „Siedem szklanek” będzie dwustoma stronami solidnej rozrywki?
Magdalena Zych, Siedem Szklanek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.
Tagi: Magdalena Zych Siedem Szklanek Prószyński i S-ka powieść recenzja Martyna Garbacz