Podobno na takie koncerty powinni chodzić albo ludzie o stalowych nerwach albo demoniczni pasjonaci... również o dość dobrej odporności psychicznej. Ja raczej nie zaliczam się do żadnej z tych kategorii – mimo to na występ Corruption w Firleju poszłam z chęcią i nadzieją na dobre i mocne widowisko.

Metalowy zespół z Sandomierza promował swoją najnowszą płytę „Bourbon River Bank”. Długo wyczekiwana przez słuchaczy, przyciągnęła w firlejowe progi dość przyzwoitą publiczność. Po występie 3 supportujących kapel (Carnal, Lostbone i Headup), na scenę wyszedł Corruption, witany przez fanów rykami aprobaty, zaprawionymi w dość dużej mierze „chmielową ambrozją”. Trzeba przyznać, że widzów kapela miała zaiste wiernych i doświadczonych w rockowych bojach muzycznych. Już przy pierwszym utworze - „Candy Lee”, w ruch poszły długie czupryny, a obute w glany nogi zaczęły rytualne pogo.
Nie da się zaprzeczyć, że Corruption to bardzo porządna kapela, serwująca miłośnikom metalu dobrą dawkę muzyki na światowym poziomie. Pomimo sporego doświadczenia ( grają od 1991 r.! ), ciągle nie braknie im świeżych pomysłów na kolejne, ciekawe utwory. Tu wystarczy wspomnieć chociażby „99 percent of Evil” - wściekle pikantny i wręcz zabawnie złośliwy. Albo ich „nastrojowe ballady”, np. „Engines”. To rzeczywiście był niezły chwyt marketingowy. Wokalista Rufus zapowiedział w pewnym momencie, że chyba nadszedł czas na jakiś wolniejszy kawałek, przy którym można by się poprzytulać. ...Po czym zaserwowali takie właśnie, topiące twarze gitarowe riffy.
„No, to są właśnie takie nasze ballady” - podsumował Rufus. Jak sam powiedział, razem z zespołem niezmiernie cieszą się, że po 3 latach powrócili do Wrocławia. Chwalili sobie wspaniałą publiczność i jej niesamowite zachowanie podczas koncertu. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że blond-brody wokalista denerwująco często odwracał się do tej ukochanej widowni tyłem! Nie potrafiłam zrozumieć jego intencji... może chciał, żebyśmy podziwiali jego finezyjną fryzurę...? Ale nic to, jego urzekający głos sprawił, że z miejsca mu to wybaczyłam. Bo wokal Rufus ma naprawdę warty słuchania. Spodobało mi się, że nie śpiewa tak jak większość wokalistów z tego gatunku muzyki; grubo, nisko i z nieboską chrypą. Głos ma dobrze wyćwiczony i przyjemny dla ucha, co sprawia, że ogólny odbiór ich twórczości jest pozytywny. No i na pewno ten właśnie wokal dość poważnie odróżnia ich od Acid Drinkers, do których są przecież gatunkowo podobni...
Z utworów zasługujących na promocję na pewno należy wymienić „Wasted” i słynny „Lucy Fair”. Ten pierwszy w refrenie leciutko pobrzmiewa starym The Offspring ( brawa za nawiązania do klasyki! ) i generalnie cały jest nieco spokojniejszy, jeśli w ogóle możemy mówić o takich utworach w ich dyskografii. Natomiast drugi utwór przyciąga uwagę spójną i dobrze wyważoną, acz miejscami przyjemnie szaloną linią gitary elektrycznej. Dodatkowo, sam tekst zasługuje na jakąś przewrotną nagrodę. Skandalicznie i awangardowo, jak podczas takiej fikcyjnej rozmowy Marylina Mansona i Kurta Cobaina.
Pomijając doświadczenie artystów oraz to, że ich muzyka stoi na niezaprzeczalnie wysokim poziomie, ich koncert nie należał do najlepszych. Sami muzycy zapowiedzieli na początku, że „już prawie nie żyją”, tak są zmęczeni. Gdyby nie skandowanie wytrwałych fanów, domagających się jeszcze, chyba by skończyli po pół godzinie. Nieładnie, oj nieładnie tak traktować publiczność... nawet pomimo zmęczenia. Z niejakim smutkiem stwierdzam, że nie mieliśmy okazji zobaczyć kapeli w pełnej okazałości. Koncert był krótki, a muzycy z pewnością nie zaprezentowali całego tego swojego diabelskiego uroku.
Może po prostu mieliśmy pecha, że akurat na Wrocław przypadł słaby dzień w trasie koncertowej Corruption? Może. Oby tylko ten lekko rozczarowujący występ nie zniechęcił początkujących fanów zespołu. Bo muzykę proponują naprawdę dobrą i z całą pewnością zasługują na miano sztandaru czystego, polskiego doomu. Szkoda tylko, że nie mieliśmy okazji doświadczyć go w pełnej krasie...
Tagi: relacja koncert Firlej Corruption Karolina Waligóra