Dziś 8 stycznia, mija 45 lat od śmierci Zbigniewa Cybulskiego, do której doszło na peronie trzecim wrocławskiego Dworca Głównego. Z tej okazji w Dolnośląskim Centrum Filmowym przypomniany został montażowy film dokumentalny „Zbyszek”, zrealizowany przez Jana Laskowskiego i prezentowany publiczności już dwa lata po tragicznej śmierci idola polskich widzów. Bardzo dobrze, że sala „Lalka” wypełniła się po brzegi, trochę szkoda, że w kinie zabrakło młodych ludzi.

Zbigniew, w zasadzie „Zbyszek”, Cybulski to prawdziwa legenda naszego kina. Pierwszy aktor o statusie gwiazdy, idola pokolenia. Później okazało się, że chyba jedyny w dotychczasowych dziejach nadwiślańskiej kinematografii otoczony podobnym kultem. Z nieodłącznymi ciemnymi okularami, z buntem wypisanym na twarzy, obecnym w spojrzeniu, chodzie i wypowiedziach. Trudno wyobrazić sobie Cybulskiego w wieku starczym. Los przeciął nić jego życia, gdy Zbyszek miał 40 lat. W pamięci na zawsze pozostał amantem, bawidamkiem, bojownikiem o lepszą sprawę, patriotą; postacią, która sobą wypełniała zawsze cały ekran. Wszyscy inni przygasali, kiedy pojawiał się w pobliżu. Jakkolwiek okrutnie to nie zabrzmi – dla jego legendy przedwczesna śmierć pod kołami pociągu to prezent. Popkultura nie znosi starości i normalności. Gwiazda powinna zatrzymać czas lub ten czas dla niej zastopować powinna tragedia. Zakonserwowany w roku 1967 Cybulski wciąż żyje w pamięci kinomanów, powraca w tekstach, analizach, wspomnieniach. Polskie kino wciąż czeka na nowego Cybulskiego. Parę wróbelków ćwierknęło, że Kościukiewicz, że bezkompromisowy, nieugięty, pewny siebie, że oto nadchodzi nowa legenda. Pożyjemy, zobaczymy.
Co takiego zrobił Laskowski, któremu pomagał m.in. Tadeusz Konwicki? Unieśmiertelnił Cybulskiego w sposób, jaki zapewne odpowiadałby aktorowi znanemu chociażby z „Popiołu i diamentu”, „Pokolenia” czy „Jak być kochaną”. Na celuloidzie i poprzez jego role filmowe. Zbyszek chciał być pamiętany, chciał dokonać czegoś wielkiego. Słyszymy te słowa, wypowiadane przez jedną z granych postaci, na początku dokumentu. Później jest nam dane poznać różne aktorskie oblicza, obok doskonale kojarzonej i ciążącej nad karierą Cybulskiego kreacji Maćka Chełmickiego, mieszczą się również występ u Hasa w „Szyfrach”, sceny z „Salta” Konwickiego, ale także łączący brawurę z subtelnością występ w reżyserskim debiucie Jerzego Stefana Stawińskiego „Rozwodów nie będzie”. Pokazany przez Laskowskiego fragment jednej z nowel ocieka humorem, ośmiesza mit macho i bezlitośnie kpi z idei aranżowanych małżeństw z rozsądku. „Zbyszek” nie unika patosu, ale jego dawka wydaje się do przetrawienia. Najważniejsze, że widzowi podany zostaje ekstrakt z kariery aktora. Wyboru dokonali ludzie, którzy doskonale znali Cybulskiego i trafnie wyczuwali, że jego siła tkwiła w poszukiwaniu, ciągłym miotaniu się i ucieczkach od stabilizacji. Kreował różne postaci, ale zawsze potrafił nasycić je fascynującym szaleństwem, lękiem i niepokojem. Trafnie podsumowuje to zaprezentowany na finał dokumentu ciąg kadrów z filmów, w których zagrał Cybulski.
„Zbyszek” to interesująca próba stworzenia filmowej biografii, kto nie widział, powinien skorzystać z następnej nadarzającej się ku temu okazji. Jednak rzut oka po sali kinowej pozwala wysnuć wniosek, że mit Cybulskiego nie rozpala już nowych pokoleń. W DCF-ie tłumnie stawili się wrocławianie pamiętający jeszcze lata świetności Wytwórni Filmów Fabularnych. Specyficzna grupa, na co dzień ukryta przed światem, aktywizująca się przy rocznicowych projekcjach, dolnośląskich premierach, pożegnaniach kolejnych przedstawicieli lokalnego światka filmowego. Ludzie ci śnią sen o dawnej potędze, wspominają bezpowrotnie minioną świetność.
Nie ma w tym nic złego, ale czemu z tym, niestety niknącym, potencjałem ludzkim, wiedzą zapisaną na kartach pamięci umysłów, nic nie robimy? Gdzie wspomnieniowe publikacje, wywiady z legendami wrocławskiego środowiska filmowego? Publikacja opisująca dzieje Wytwórni Filmów Fabularnych? Książka powstała po śmierci Stanisława Lenartowicza daje nadzieję, że zadbamy o własną historię. Jednak doskonale wiemy jak to jest z samotną jaskółką i jej wpływem na nadejście wiosny. Czekam na filmy dokumentalne, książki, reportaże, artykuły. Świadków uruchamiania produkcji filmowej we Wrocławiu, pracowników dawnej WFF, pracujących z Hasem, Wajdą i innymi, nie przybywa.
Tymczasem brakuje chęci lub pomysłu na atrakcyjne przedstawienie wrocławskiej części historii polskiego kina młodszej widowni. Efektem jest potem średnia wieku w trakcie okolicznościowego pokazu w DCF-ie. Ludzi poniżej 40 roku życia można było policzyć na palcach obu rąk. Szkoda.
Tagi: Lech Moliński Zbyszek Cybulski kino wrocławskie Jan Laskowski Zbyszek