Ewa Skibińska nie przypomina granych przez siebie postaci. W przeciwieństwie do bohaterki filmu Pawła Sali, znajduje odwagę, by mówić własnym głosem. W rozmowie z naszym dziennikarzem brzmi ostro i wyraziście. Filmowa matka Teresa opowiada Piotrowi Czerkawskiemu o stymulującym niespełnieniu, skłonności do rozrabiania i braku miłosierdzia dla myślowej hipokryzji.

Piotr Czerkawski: Matka Teresa, cicha Weronika, Elżbieta Walicka… Łatwo spełniać się aktorsko grając postacie niespełnione życiowo?
Ewa Skibińska: Przekazuję swoim bohaterom pewne osobiste cechy, do których nikomu się nie przyznaję. O, właśnie się wygadałam! / śmiech/
Punkt dla mnie. Gramy dalej. Co to za tajemnicze cechy?
Moje postacie nigdy nie dochodzą do ściany. Stają raczej przed drzwiami. Wiedzą, że za chwilę się otworzą, ale nie mają pojęcia czego się za nimi spodziewać. Ze mną jest dokładnie tak samo. W żadnym wywiadzie nie przeczyta Pan, że jestem ukształtowaną kobietą, która wie czego chce i jest ze sobą pogodzona. Ciągle na coś czekam, eksperymentuję i odczuwam pewnego rodzaju niespełnienie.
I całe szczęście. Dzięki temu ciągle jest Pani ciekawą rozmówczynią. Domyślam się, że ten brak ostatecznego spełnienia nie boli, lecz stymuluje.
On nie ma nic wspólnego z kompleksami czy zaniżonym poczuciem własnej wartości. Prowokuje raczej ciągłą otwartość na nowe doznania i skłonność do przekory. To moje osobiste cechy, o których możemy powiedzieć życzliwie, że są dziecięce, a nieżyczliwie – infantylne. Tak już jestem skonstruowana. Czuję się rozrabiarą.
Rozrabiarą pełną siły, która w „Matce Teresie od kotów” pozwoliła wcielić się w bardzo słabą kobietę?
W przypadku tej bohaterki nie chodziło o to, żeby odsłonić bogatą paletę aktorskich umiejętności. Trzeba było odwagi, by zdecydować się na zagranie kobiety nieokreślonej, szarej. Takiej, z którą nie do końca bym się identyfikowała. Nie podejrzewam jednak, żeby chciał mi Pan zadawać banalne pytanie o to ile jest we mnie z Teresy.
Gdzieżbym śmiał… A czy lubi Pani swoją bohaterkę?
Na pewno byłabym w stanie jej bronić. W trakcie prób dużo rozmawialiśmy o tym, żeby nie określać konkretnego powodu, dla którego Teresa została zabita. Choć bohaterka jest w gruncie rzeczy zwykłą agentką ubezpieczeniową, zależało mi na tym, żeby zrobić coś co lubię, czyli nadać Teresie pewną aurę kobiecości. Sprawić, by mimo wszystko ktoś chciał obejrzeć się za nią na ulicy.
Ja sam bym się obejrzał. Mało tego- chętnie kupiłbym od Teresy polisę na życie. Dlaczego ta zadbana, wzbudzająca zaufanie kobieta nie potrafi zabezpieczyć szczęścia własnej rodziny?
Tym, co lubię w kinie jest możliwość analizowania postaci przez pryzmat jej najdrobniejszych gestów i zachowań. W przypadku Teresy taka analiza pozwala znaleźć jedyną winę bohaterki w tym, że nie próbuje zwalczyć własnego lęku przed synami.
Pawła Sali nie imają się żadne etykietki. Jego film i teatralne sztuki wskazują, że w ciele uprzejmego wrażliwca drzemie cokolwiek mroczna dusza. Który z elementów jego osobowości triumfuje podczas pracy na planie?
Paweł jest wtedy zupełnie delikatny, bezgranicznie wsłuchany w aktora. Zwraca uwagę na dobór współpracowników i dba, aby każdy był napiętą struną, która wygrywa tę samą melodię. Bardzo przeżywa jednak, gdy jakaś z tych strun się rwie. Nie lubi tego naprawiać, zmieniać ludzi, namawiać. Zamiast tego wolałby od razu uciąć takiej osobie głowę/ śmiech/. Sala przywiązuje wielką uwagę do prób, jest bardzo otwarty na dyskusje. Po rozmowach z ekipą zdecydował się dopisać pewne fragmenty scenariusza, w tym obie sceny erotyczne. Na planie jednak chciałby już mieć coś na kształt warunków idealnych. Myślę, że w przypadku „Matki Teresy…” w dużym stopniu to się udało. Wszystkim członkom ekipy naprawdę zależało na tym filmie. Czuliśmy, że mamy szansę na stworzenie czegoś ważnego. Myślę, że Paweł może wyrosnąć na kontynuatora tradycji Kieślowskiego. „Matka Teresa...” bardzo przypomina mi „Krótki film o zabijaniu”. W trakcie kręcenia Sala potrafił zadbać o atmosferę pewnego celebrowania pracy, która kojarzy się raczej z teatrem niż pełnym napięć filmowym planem. Paweł był naszym szamanem / śmiech/
„Matka Teresa” to rodzinna psychodrama, w której każdy – także Pani bohaterka – występuje w podwójnej roli. Jest jednocześnie katem i ofiarą.
Ten brak podziału ról sugeruje, że film ma jeszcze jednego bohatera. Ponieważ nie wierzę w Boga, wolę powiedzieć, że mamy do czynienia z antycznym fatum. Być może w ogóle nie jesteśmy panami własnego losu i nic od nas nie zależy. Przecież Teresa próbowała kochać, dbała o sferę finansową, ale co z tego? Wszystkie postacie, nawet jej syn- Artur, chcą przecież dobrze, ale nikomu nie wychodzi.
Po prostu fatum.
Jest jakaś wielka tajemnica w tym, że pewnych wydarzeń z naszego życia nie możemy przewidzieć, nie damy rady im zapobiec. Zbrodnia czy śmierć przychodzi do nas i wydarza się w sekundę. A potem możemy tylko powtarzać: „jak to możliwe?”.
Bóg śpi, a film Sali przypomina koszmarny sen prawicowego polityka?
W chwili gdy polska sztuka jest w dużym stopniu prześwietlana ideologicznie, Sala zdecydował się na bardzo odważny film. Pamiętam, że podczas jednej z konferencji prasowych stwierdził, że właściwie chciałby robić fajne, wesołe kino, ale to bardzo trudne. Od razu powiedziałam do zgromadzonych: „Proszę państwa, reżyser kłamie. Nie wierzę, że pragnąłby nakręcić komedię, ale nie potrafi”/ śmiech/. W „Matce Teresie…” Paweł dokonał czegoś, co doskonale wychodzi austriackim dramaturgom w typie Brocha czy Musila tworzących sztukę autoironiczną, oskarżycielską, pełną gorzkiej prawdy. Pokazał bardzo smutny obraz Polski i Polaków, przedstawił nas jako ludzi biernych i bezradnych wobec zła. Dzięki tej wizji może zatriumfować moja wrodzona przekora. Gdy oglądam film, aż chciałabym powiedzieć wielu ludziom: „Popatrzcie! Macie dwójkę heteryków, tę pozornie normalną, katolicką rodzinę z dziećmi, a i tak wydarza się w niej zbrodnia”. Pamiętajmy, że „Matka Teresa...” jest inspirowana faktami. W dniu, kiedy udzieliłam wywiadu TVN 24, włączyłam tę stację i akurat natrafiłam na informację o mężczyźnie spod Łodzi, który zamordował żonę i dzieci. Takie wydarzenia również należą do polskiej rzeczywistości. Film tego dotyka i przez to wywołuje czasem bardzo silne emocje. Tadeusz Sobolewski w telewizyjnej relacji z festiwalu w Koszalinie mówił, że podczas seansu niektórzy widzowie wręcz szlochali.
Strona: 1 z 2 | Następna »
Tagi: Ewa Skibińska Matka Teresa od kotów wywiad Piotr Czerkawski