Podobno dobry film nie traci siły oddziaływania, nawet mimo upływu lat. W przypadku „Matki Joanny od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza, ponownie goszczącej na polskich ekranach równo 50 lat po premierze, reguła ta jednak się nie sprawdza. Jak bowiem określić film, który na aktualności stale zyskuje, działając na widza z siłą ciosu boksera wagi ciężkiej?

Wiek XVIII, Smoleńszczyzna, klasztor położony gdzieś na odludziu. Miejscowe zakonnice i ich przeoryszę, Joannę, opętał diabeł. Misji dokonania egzorcyzmów podejmuje się młody ksiądz Suryn. Jego działania i odprawiane modły okazują się bezowocne. Co więcej, księdzu stopniowo udziela się panująca w klasztorze atmosfera niepokoju, budzą się w nim lęki. Coraz częściej przeżywa duchowe rozterki, starając się znaleźć źródło swoich problemów. Choć podejrzewa skąd się biorą, nie chce do siebie dopuścić tej myśli.
Mimo że główną osią fabularną filmu są próby wypędzenia szatana z dusz sióstr zakonnych, to najciekawiej dzieje się w cieniu, gdzie rozgrywają się prawdziwe ludzkie dramaty. Do kluczowej dla odbioru filmu rangi urasta kwestia uczuć, miłości księdza Suryna do tytułowej przeoryszy. Swoje uczucia i tożsamość Suryn odkrywa stopniowo, uciekając przed prawdą. Próby uleczenia ukochanej kobiety są dla niego swoistą drogą cierniową, świadomym zmierzaniem ku śmiertelnemu grzechowi. W obliczu miłości, ciążąca mu świadomość łamania barier moralnych i złożonych niegdyś ślubów, pozostaje nieistotna.
Adaptując nasycone atmosferą mrocznego mistycyzmu opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza, Kawalerowicz prowokuje do dyskusji o naturze człowieka, o konflikcie między „boskością” a „ludzkością”. Daje okazję do zastanowienia się nad problemem, zachęca do odpowiedzi na postawione pytania, czego sam unika, ewentualne sądy pozostawiając w gestii widza. W autorskim ujęciu Kawalerowicza „Matka Joanna…” staje się traktatem o człowieku, w którym punktem wyjścia do rozważań jest rozumienie miłości jako przyczyny wszystkiego. Zabieg ten prowadzi do dość przewrotnego wniosku – o miłości leżącej także i u podstaw zła.
Jednoznaczna interpretacja zarówno traktatu o człowieku, jak i tego o złu, jest jednak niemożliwa. Podobnie rzecz ma się i z trzecim z głównych motywów filmu, wybrzmiewającym najbardziej na uboczu, a traktującym o złudności ludzkich pokus. Ulega im jedyna nieopętana zakonnica – Małgorzata, co okazuje się błędem nie do naprawienia, a zarazem okazją do postawienia kolejnego wniosku – próba zmiany raz podjętej decyzji jest niemal niemożliwa. Wolcie przekonań i celów każdego z bohaterów towarzyszy wielkie cierpienie, chwile zwątpienia i bezowocne próby odnalezienia się w świecie, w którym zatarła się granica między dobrem a złem.
„Matką Joanną …” Kawalerowicz zachęca się do zastanowienia się nad istotą wiary, nie tyle katolickiej, co ochoczo mu zarzucano, ile wiary w ogóle, prowokując do refleksji nad swoim życiem. To właśnie wielopłaszczyznowość i możliwość swobodnej interpretacji, zadecydowały o tym, że „Matka Joanna…” nadal zachwyca, a niepokojący klimat, minimalistyczne aktorstwo i wysmakowane zdjęcia pozostają kwestią drugorzędną. Najistotniejsze, że twórcą i tworzywem filmu pozostaje sam widz.
Matka Joanna od Aniołów, reż. J. Kawalerowicz, 1961.
Tagi: Kino RP Jerzy Kawalerowicz kino polskie Matka Joanna od Aniołów
ja14-03-2010, 02:53
???