Receptą na sukces objazdowego teatru „Imaginarium” doktora Parnassusa okazało się jego unowocześnienie. Zastosowanie podobnego zabiegu przez Terry’ego Gilliama już jednak nie wypaliło. Choć dzieje się tu więcej, świeci mocniej i wygląda dziwaczniej, niż w poprzednich filmach amerykańskiego fantasty, to po raz kolejny chodzi tylko o jedno – pobudzenie wyobraźni widza.

To, że XXI wiek nie jest czasem na zabawę w uliczne teatrzyki, trupa Parnassusa (Christopher Plummer) odczuwa na własnej skórze. Biedujący aktorzy tułają się w swojej teatralnej budzie po całym Londynie, nie znajdując odbiorców swojej twórczości, będąc za to wyszydzanymi przez upojonych alkoholem przechodniów. Ich los zmienia się wraz z odratowaniem niedoszłego samobójcy, udającego amnezję dziwaka o imieniu Tony (Heath Ledger). Dołączając do trupy wywraca jej życie do góry nogami, wprowadzając przy okazji powiew świeżości do mocno dotychczas nużącej opowieści. Działając niczym król Midas, szybko czyni podrzędny teatr bardziej nowoczesnym i dochodowym. Nieco na uboczu pozostaje wątek gierek Mefistofelesa z doktorem Parnassusem. Diabeł, o ludzkiej twarzy Toma Waitsa (z wąsikiem niczym u włoskiego mafioso), pojawia się i znika, przypominając doktorowi o upływającym terminie ich kolejnego zakładu.
Z filmami Gilliama jest jak z jajkiem niespodzianką. Rodzice przestrzegają, że od nadmiaru słodyczy może zaboleć brzuch, a wszyscy i tak myślą tylko o tym, jak dostać się do środka i odkryć tajemniczą zabawkę. Po jakimś czasie cały rytuał zaczyna nużyć. O ile więc pierwsze filmy Amerykanina były intrygującą wędrówką w głąb jego wyobraźni, o tyle teraz Gilliam zatrzasnął się za drzwiami z napisem „schematyczność i powtarzalność” lub ogólniej: „nuda – nie wchodzić”. Zagadką przed kolejnym seansem jego nowego filmu jest już tylko to, czym zaskoczy nas warstwa wizualna – podobnie istotne jak to, czy zabawką będzie figurka do kolekcji, czy składany samochodzik.
„Parnassus” jest niczym innym jak kolejną gloryfikacją wyobraźni, możliwością odwiedzin w idealnym, fantastycznym świecie. Rzadkością jest, i słusznie, że to dekoracja i możliwości techniczne kreują akcję, a tak niestety zdarza się w „Parnassusie”. Historia, obdarta z jakiejkolwiek dramaturgii, schodzi na drugi plan, wraz z upływem czasu zaczyna się plątać, by wreszcie ugrzęznąć w bagnie nielogiczności. Gdzieś w tym całym chaosie kryje się tęsknota reżysera za czasami, w których prawdziwi artyści byli należycie doceniani i diagnoza, wyraźna w ostatnich scenach, że kultura współczesna odsuwa ich an boczny tor.
Chciałbym po którymś z następnych filmów Gilliama wyjść z kina i powiedzieć, że przemówiła do mnie historia, a nie jedynie plastyczny przepych. Chciałbym zachwycać się
klimatem znanym chociażby z „Przygód barona Munchausena”, a nie roztrząsać działania reżysera po śmierci aktora grającego jedną z głównych ról. Nie oczekuję niczego dorównującego poziomowi prezentowanemu przez Gilliama–komika, a jedynie filmu, który pozwoliłby mi spędzić dwie godziny w kinie na śledzeniu historii, zamiast zasłanianiu ręką kolejnych grymasów znużenia.
Parnassus (The Imaginarium of Doctor Parnassus), reż. Terry Gilliam, dystrybucja: Gutek Film 2010
Tagi: Parnassus Terry Gilliam Heath Ledger Tom Waits
babitka04-02-2010, 20:01
no \"kraina Traw\" to świetne kino, a przynajmniej dużo lepsze niż parnassusowa wysypka
sis13-01-2010, 00:47
zgrabnie