Nie od dziś wiadomo, że najbardziej interesującą propozycją w programie festiwalu Era Nowe Horyzonty jest cykl Nocne Szaleństwo. A przynajmniej są takie kręgi widzów, dla których jest to jasne. Organizatorzy wydają się nadal trochę zmagać z formułą cyklu, ale wyraźnie idzie ku lepszemu.

Po dość okrojonym zeszłorocznym przeglądzie australijskiego kina ozploitation Nocne Szaleństwo zawierać będzie w tym roku dwukrotnie więcej propozycji, bardzo przemyślnie podzielonych na dwie grupy: kino samurajskie i pięć filmów, których – uwaga wielkie słowo! – autorem jest Phillipe Mora. Który zresztą, jak niesie wieść gminna, ma być gościem festiwalu. Niewidomych, lecz zabójczych masażystów i samurajów popychających (śmiercionośne, a jakże!) wózki z dziećmi, którzy zdominują za parę dni nowohoryzontowe wieczory zostawimy sobie na inna okazję. Najpierw sprawa ogólna, o której z roku na rok, podobnie jak o kamieniu nerkowym, ciężej zapomnieć. Cały cykl Nocne Szaleństwo jest rozrywkowym trybutem dla formuły Midnight Movies, co program ENH wydaje się rozumieć jako „filmy-kończące-się-lekko-po-północy”. Nieważne czy jest to kwestia organizacyjna, oszczędzanie sił zmordowanych wolontariuszy, czy ukłon w stronę tej części widowni, na którą mamy czekają z kolacją. Nocne szaleństwa ma być nocne, a nie późnowieczorne!
Mając z głowy irracjonalny wybuch wściekłości, możemy wrócić do meritum. Przegląd filmów Mory jest w pewnym sensie kontynuacją zeszłorocznej wycieczki do Australii. Ponieważ jednak Mora to nie Godard czy inny Has to dokonano dość ostrej selekcji. I bardzo dobrze, bo wiele jego filmów, jak choćby „A Breed Apart” (1984), mogłoby mieć niepożądany, choć łatwy do przewidzenia wpływ na publiczność. Wpływ usypiający, co może lepiej faktycznie pozostawić na inne seanse. Pytanie więc brzmi: czy po selekcji retrospektywa Mory to szklanka w połowie pusta , czy w połowie pełna?
Początek niestety nikogo raczej nie zachęci. „Szalony pies Morgan” („Mad Dog Morgan” 1976) – fabularny debiut Australijczyka to powolna, przeterminowana wariacja na temat klasycznych motywów kina australijskiego – historii „buszrendżerów”, czyli zbiegłych w australijską dzicz przestępców, którzy rabowali bogatych i biednych, niczego nikomu nie oddając, a niejako mimochodem uosabiali stereotypowe cechy „narodowe” białych mieszkańców antypodów: niezależność, wieź z naturą, pogardę dla władz autorytetów i niezależność. Niezależność pojawia się podwójnie dla podkreślenia faktu, że byli naprawdę niezależni, co filmy im poświęcone zwykły ukazywać z subtelnością godną napadu na drodze. Nie inaczej jest w wypadku „Szalonego psa Morgana”, ale z punktu widzenia cyklu, w którym go zobaczymy jego największą wadą jest po prostu to, że nie jest wcale taki szalony. Przynajmniej film, bo co do głównego bohatera, to niedawno zmarły Dennis Hooper robi co może, a jak wiadomo – może sporo. Nawet jemu jednak nie udaje się rozbić do końca klisz fabularnych, które powstały w Australii u samego początku ichniego kina (vide: „Historia gangu Kelly'ego” 1906!). Filmu nie ratuje też David Gulpilil (chciałoby się napisać „jaki on tu młody!”, ale David Gulpilil się nie zmienia...).
Wydaje się, że twórcy „Szalonego psa...” wierzyli , że będzie to wydarzenie na kształt twórczości Peckinpaha. Tylko – podczas gdy konwencje westernu zostały przez rzeczonego rozstrzelane i zostawione na słońcu, żeby gniły – to młody Mora co najwyżej szarpie się z konwencjami klasycznych filmów o „buszrendżerach” i w sumie przegrywa. Australijska publiczność w 1976 roku nie była zachwycona i nie ma powodu, żeby zachwycona była polska w roku 2010. „Szalony pies...” posiada jednak jedną istotną dla filmów Mory cechę – wykorzystanie aktora, który jest nie tyle dobry, co niesamowity i wyciśnięcie z niego występu, który ciągnie w górę cały film.
Congratulations Midnight, you really are a genius!
Dokładnie tak się sprawa ma z „Powrotem Kapitana Niezwyciężonego” („The Return of Captain Invincible” 1983) – kampową satyrą na opowieści rodem ze złotej ery komiksowych superbohaterów. Najjaśniejszym punktem tej naprawdę udanej komedii jest Christopher Lee, dla którego lata 80. nie były szczytem kariery, ale Mr. Midnight – wcielenie zła absolutnego – w jego wykonaniu to po prostu Fu Drakula ze złotym pistoletem, kwintesencja wszystkich podejrzanych person, które do tej pory stworzył przewrócona na lewą stronę.
Prolog filmu zrealizowany w konwencji kroniki filmowej pokazuje wzlot i upadek kariery Kapitana Niezwyciężonego (Superman z niezdrowa domieszką Kapitana Ameryki), którego Midnightowi udaje się oczernić przed komisją ds. działalności antymerykańskiej. Oskarżony o latanie bez licencji, publiczne paradowanie w bieliźnie i czerwonej (!!!) pelerynie Kapitan („Jakiej armii właściwie jest pan kapitanem?”) Niezwyciężony znika na wiele lat, zapijając się na śmierć... w Australii. Powraca jednak, by zniweczyć nowy plan Midnighta, co będzie okazją do... kilku numerów muzycznych. No właśnie – wisienką na torcie „Powrotu...” jest fakt, że jest to musical. Christopher Lee śpiewa; i to dwa razy; piosenki skomponowane przez duet Richard O'Brien i Richard Hartley („The Rocky Horror Picture Show”). Jeśli nie na tym ma polegać Nocne Szaleństwo, to na czym?
Torbacz Gotyk
W 1985 roku doceniono doświadczenie Mory z postaciami zmieniającymi się w groteskowe potwory, nabyte przy okazji „The Beast Within” (1982), i zaproponowano mu reżyserię kontynuacji „Skowytu” („The Howling” 1981). Joe Dante, twórca pierwszej części, był widocznie zbyt zajęty odkrywaniem swego wewnętrznego dziecka, ale któż wówczas w Hollywood nie był? W „Skowycie II” Christopher Lee ,jako łowca wilkołaków i doświadczony „detektyw mroku”, łączy swe siły z Rebem Brownem przeciw starożytnej... wiklołaczycy. Reb Brawn to legenda kina klasy Z: ulubieniec Bruna Mattei i odtwórca tytułowych ról w takich klasykach jak „Yor, the Hunter from the Future” (1983), „Captain America II: Death Too Soon” (1979), „Strike Commando” (1987) i „Robowar” (1988). Nie ma tu żadnej pomyłki – Reb Brawn gra Robowojnę – cokolwiek miałoby to znaczyć.
Efekt spotkania Lee i Browna jest zdumiewający i prawdopodobnie jedynie związki fabularne z pierwszą częścią i „wymóg” jej znajomości sprawiły, że „Skowyt II” nie pojawi się na ENH.
W przeciwieństwie do części trzeciej, którą Mora wyreżyserował w roku 1987. Nie oszukujmy się, „Skowyt III: Torbacze” ściąga uwagę samym tytułem i potem tylko próbuje dotrzymać obietnicy kampowego widowiska. I udaje mu się to: dostajemy wilkołaki-torbacze, wilkołaki w rosyjskim balecie, wilkołaki-torbacze-zakonnice, wilkołaki grające w filmie o wilkołakach.
W (zbyt) długiej historii cyklu Skowyt, który liczy już siedem części, „Torbacze” są pozycja osobną – praktycznie nie łączą się z pozostałymi częściami – i prawdopodobnie najbardziej godną uwagi, z wyjątkiem może oryginału.
My great American novel
Dwa lata po „Skowycie III” Mora zrealizował „Wspólnotę” („Communion”), z której oryginalnością w jego dorobku rywalizować może chyba tylko „Swastika” (1973). Scenarzystą „Wspólnoty” był Whitley Strieber, amerykański twórca powieści grozy. Jego powieści „Wolfen” i „The Hunger” zostały zekranizowane, obie zresztą z niezłym skutkiem. Zwłaszcza „Zagadka nieśmiertelności” („The Hunger” 1983) z Davidem Bowie, Catherine Deneuve i Susan Sarandon to dziś już klasyka kina wampirycznego. Jednak Strieber najbardziej znany jest z książek – które, jak sam twierdzi, z fikcją niewiele mają wspólnego – opisujących jego kontakty z kosmitami. „Wspólnota” Mory jest oparta na dwóch z nich: „Wspólnocie” i „Transformacji”.
„Wspólnota” to bardzo dziwny film i z całą pewnością taki właśnie miał być, o czym świadczy choćby osadzenie w głównej roli Christophera Walkena. Walken z powodzeniem mógłby z marszu i bez charakteryzacji zagrać Obcego i być kompletnie wiarygodny, jednak tu wciela się w Striebera – wypalonego pisarza siłującego się ze swoim komputerem i nieukończoną „wielką amerykańską powieścią” – którego rodzinę zaczynają nawiedzać pozaziemskie siły. I ich motywacje nie są ludzkie: żadne porozumienie, nawet za pomocą melodyjek z syntezatora, nie jest możliwe. Pozostają tylko coraz bardziej frenetyczne wizje i wspomnienie sondy doodbytniczej.
W całym tym bałaganie widz jest w stanie uwierzyć, że Obcy po prostu próbują skłonić Walkena do powrotu do domu, albo wdają się z nim w bezpardonową rywalizację, kto ma mniej wspólnego z ludzkim zachowaniem. Ostatecznie, dzięki scenariuszowi i grze Walkena, wydźwięk filmu przypomina nieco... „Solaris” (oryginalne Lemowskie „Solaris”, a nie zdradę, jaką popełnił na tym materiale Tarkowski). „Wspólnota” jest „okrutnym cudem” i bez pudła przyprawia widza o skurcz unoszonych co chwila w zdziwieniu brwi.
Na koniec pozostaje jedno zażalenie do tegorocznego Nocnego Szaleństwa, adekwatne zwłaszcza wobec obecności w programie przeciętnego „Szalonego psa Morgana”, którego docenią tylko zainteresowani zmaganiami kina australijskiego z samym sobą (Czy są tacy? Niestety są). Otóż w 1997 roku Philippe Mora popełnił w legendarnej wytwórni Troma film „Kobieta-pterodaktyl z Beverly Hills” („Pterodactyl Woman from Beverly Hills”). Nic w jego twórczości nie jest bardziej nocne i bardziej szalone, co gwarantuje sama Troma swym certyfikatem antyjakości. Dlaczego kobieta-pterodaktyl nie przyleci do Wrocławia? Mniej psów, więcej pterodaktyli!
Tagi: Era Nowe Horyzonty Nocne Szaleństwo retrospektywa Philippe Mora kino australijskie Christopher Lee Christopher Walken Troma Dennis Hooper David Gulpilil