Droga do biblijnej Krainy Nod z pewnością była tak kręta, jak losy tych, którzy ją przemierzali. Podobnie pogmatwana jest historia bohaterów najnowszej książki Radosława Kobierskiego, który nie bez powodu nadał jej tytuł „Ziemia Nod”. To opowieść bez głównego wątku, pierwszoplanowego bohatera czy wyraźnej akcji. Czytanie jej jest próbą łączenia różnorodnych kawałków tekstu. Przypomina fragmenty stłuczonych naczyń – możemy dopasować kilka, wyobrazić sobie, czym miały być, ale wciąż nie możemy uchwycić całości. Dlatego lekturze „Ziemi Nod” towarzyszy ciągłe poczucie niedosytu. Chcielibyśmy, żeby było łatwiej. Ale nie będzie.

Księga Rodzaju podaje, że kraj Nod stał się miejscem wygnania Kaina. Ta kraina była jego więzieniem, pomnikiem upadku, naznaczonym życiem po błędzie. Kobierski rzutuje ją na obraz Tarnowa, miasta ani to prowincjonalnego, ani to metropolii. Obserwujemy je z perspektywy jego uliczek, budowli, placów, kamienic i ich mieszkańców. Poznajemy tarnowskie centrum i slumsy, elitę i plebs. Zaglądamy do gabinetu burmistrza, pałacu lokalnego magnata ziemskiego, do domów żydowskich, tych pobożnych i tych, w których Adonai został zapomniany na wzór Jego niepamięci o ludziach. Zaglądamy też do mieszkań robotników i więzień, wojennego getta, szpitali, fabryk i pralni. Nigdzie nie czujemy się u siebie – podobnie jak ludzie, których obserwujemy w tych miejscach. Wyrywkowa akcja i postrzępiona fabuła pokazują nam pozorny bezruch miasta na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Wchodzimy w nie między wojnami, żeby wyjść w czasach komunistycznego terroru. Wydaje nam się, że domy i ludzie niewiele się zmienili, jednak – cofnąwszy się o krok – dostrzegamy wstrętny wrzód na obrazie, który zapamiętaliśmy z lepszych czasów. W loterii tamtejszego życia nie ma wygranych, najwyższą nagrodą jest przetrwanie. Zaufanie, świadomość i nadzieja są pewnymi znakami na drodze do szaleństwa.
Eretz-Nod, Kraina Zabłąkanych, jest ziemią, która przygarnie każdego błądzącego, ale nie obieca mu szczęścia. Spotkamy tam wszystkich: mieszczan opętanych widmem dawno minionego szlachectwa, Żydów walczących ze swoim żydostwem, miejscowego szlachcica, który nie potrafi odnaleźć się między przeszłością i przyszłością. Podejrzymy seks między uczciwymi żonami, zmierzymy się z dekadenckim alkoholizmem stłamszonego talentu wśród tarnowskiej bohemy, będziemy śledzić pierwsze miłości między najmłodszym pokoleniem. Posłuchamy dyskusji o człowieku, kobiecie i artyzmie (w tej kolejności), którą toczyć będą miejscowe elity. Pokiwamy głową nad kobietą, która znajduje spokój w przecinaniu sobie łona mężowską brzytwą. Zmierzymy się z niezrealizowanymi powołaniami, po ludzku przegranymi związkami, ambicjami, które zatruły świat. Wreszcie – jak zawsze - pomożemy grzebać zmarłych, którym nie udało się wyszarpać od losu bądź Boga lepszego życia.
Nod w tytule pochodzi od hebrajskiego czasownika lindod, oznaczającego błąkać się, wędrować bez celu. W taki sposób idą przez życie bohaterowie tej książki, w taki też sposób Kobierski prowadzi nas przez swoją czasoprzestrzeń. Poszczególne obrazy zmieniają się niczym fotografie w nieuporządkowanym albumie. Nie znamy początków ani końców opowieści, motywów, gruntu takich, a nie innych zachowań. „Ziemia Nod” jest książką splątaną. W wyrywkowych scenach można zgubić się tak łatwo, jak na biblijnej drodze, idącej na wschód od Edenu. Różnorodność małych opowieści, słowa atakujące wszystkie zmysły (uderza zwłaszcza mapa Tarnowa nakreślona zapachami poszczególnych miejsc) i ciągłe poczucie niedosytu stają się najbardziej charakterystycznymi z jej znaków. Nie przypomina powieści, do których jesteśmy przyzwyczajeni. To tytuł skrajny, w którym czerń, biel i szarość wyraźnie się od siebie oddzieliły. Nic nie jest ocenione wprost. Zostajemy zostawieni sami sobie z sądami i opiniami. Kobierski jedynie odwraca kartki w oglądanym przez nas albumie. Jego obserwacji i umiejętności prowadzenia narratora przez poszczególne sceny można jedynie złożyć wyrazy wielkiego uznania. Przezroczystość mówiącej do nas postaci sięgnęła chyba granic. Niestety, nie osłabia to naszej irytacji, kiedy zdajemy sobie sprawę, że podnosi to poprzeczkę dla nas, czytelników. Autor zmusza nas do ujawnienia własnych emocji. Widok samookaleczeń, dylematów religijnych, walki o przetrwanie każą nam dokonywać wyborów – potępiam lub popieram. Będziemy denerwować się w momentach, w których bohaterowie zdecydują inaczej niż my. Ale oni też są ludźmi. I błądzą.
Rozbicie miejsca, ukrycie przebiegającego czasu, ciągła obojętność wobec kreowanych scen – a ich rozpiętość sięga od naturalistycznej perwersji do drobiazgowej, momentami melodramatycznej stateczności „Nocy i dni” – to do nas należy posklejanie rozsypanych skorup. „Ziemia Nod” to dobra książka, którą źle się czyta, ale – mimo rosnącej niecierpliwości – nie będziemy w stanie powiedzieć jej „stop”. Ta rzeczywistość jest tak nam znana, że zaczynamy narzucać jej przejaskrawienie i celowe pomijanie pozytywów, choć wiemy, że na tym właśnie polega jej realizm. Bogactwo wątków i bohaterów każe wciąż pytać o więcej, kondensacja widoków, dźwięków i zapachów pozwalają niemal dotknąć Tarnowa. Zaglądając i do więzienia, i do dworu oburzymy się na czasy, ludzi i obyczaje. A potem zechcemy wiedzieć, co było dalej. Cóż - dalej był następny zakręt.
Radosław Kobierski, Ziemia Nod, wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010.
Tagi: Radosław Kobierski Ziemia Nod Wydawnictwo W.A.B. powieść recenzja Tomasz Piasecki