G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

O duszy... bez duszy

Autor: Mateusz Skomorowski, dodano: 01-03-2010, 10:10

Lubię baseball, bo to jedyna okazja, kiedy czarny może zamachnąć się w stronę białego kijem i nie wywołać awantury – kwestia, wypowiedziana przez agenta FBI Ruperta Andersona (Gene Hackman) w pamiętnym „Mississippi w ogniu” (1988) Alana Parkera, wydobyta z mroków świadomości po seansie najnowszego filmu Clinta Eastwooda, nie dała już wepchnąć się z powrotem w otchłań niepamięci.

Invictus

W gruncie rzeczy: co ma jedno do drugiego? Z jednej strony południe Stanów Zjednoczonych i motyw (autentycznego) zabójstwa na tle rasowym z roku 1964, z drugiej – RPA po zniesieniu Apartheidu i tworzący podwaliny nowych rządów Nelson Mandela. I nawet przysłowiowy kij można co najwyżej wrazić w przysłowiowe oko – bo u Eastwooda o rugby, nie zaś o baseball chodzi. O ile jednak w umiarkowanie dowcipnej sentencji Hackmana wypływa na powierzchnię groza związana z faktycznym pasmem prześladowań murzyńskiej ludności (i z tego względu „umiarkowanie dowcipnej”), o tyle u amerykańskiego reżysera całe tło społeczno-obyczajowe ginie w zmaganiach z inscenizacją masowych scen na wielkim stadionie.

Jest rok 1994. Wypuszczony po 27 latach z więzienia Nelson Mandela (Morgan Freeman) jest już prezydentem. Postawiony w obliczu szeregu problemów: kryzysu ekonomicznego, wzrostu bezrobocia i spirali przemocy na ulicach, postanawia stworzyć fundamenty dla nowego narodu, oparte na zasadach równości i poszanowania praw. Obywatelom – czarnoskórym i Afrykanerom – przepełnionym wzajemną żądzą odwetu i niechęcią, pragnie dać symbol pojednania i państwowej przynależności. Wykorzystuje w tym celu zbliżające się wielkimi krokami zawody Pucharu Świata w rugby, których RPA ma być gospodarzem. Zwracając się do kapitana narodowej reprezentacji Springboks, Francoisa Pienaara (Matt Damon), daje młodemu zawodnikowi inspirację do wydźwignięcia z dołka podupadających na duchu zawodników, a w konsekwencji całego narodu.

Tytułowy invictus (niezwyciężony) to sam Mandela, który w kreacji Freemana jest postacią pomnikową, niemal anielską; to również wiersz wiktoriańskiego poety Williama Ernesta Henley’a, cytowany w filmie kilkukrotnie, jako pochwała wolności i niezłomności jednostki, konfrontowanej często z okolicznościami przerastającymi ludzką wytrzymałość. W swej najnowszej produkcji Eastwood wyśpiewuje pean na cześć samego Mandeli, człowieczeństwa, woli walki oraz… sportu. Niestety, scenariusz filmu nie jest bardzo interesujący, co odbija się na emotywnym charakterze opowiadanej historii, która zamiast wzruszać, wywołuje co najwyżej obojętność.

Największym mankamentem dzieła jest jego fasadowość. Horyzont poinformowania, rozciągający się przed widzem, jest mocno zamglony. Mamy przed oczami RPA – kraj, w którym echo demontażu struktury Apartheidu jeszcze nie ucichło, fakt ów jednak widz rejestruje na granicy świadomości. Kilka krzywych spojrzeń, gwizdy podczas wystąpienia prezydenckiego, panika ochrony, itp. Za mało tego na zbudowanie przekonującego tła. O ile reżyser decyduje się w centrum wydarzeń umieścić konkretnego człowieka, nie ma z tym wielkiego problemu, gorzej jednak, gdy wizerunki bohaterów są tekturowe, co zupełnie rozbija ramy kompozycji i nie pozwala na wiele empatii ze strony widza.

Nelson Mandela wielokrotnie podkreślał, że w filmie zagrać może go jedynie – od lat zaprzyjaźniony – Morgan Freeman. W kwestii fizycznego podobieństwa oraz wszystkiego, co złożyło się na medialny obraz byłego prezydenta, nie może być żadnej wątpliwości – obsadzenie w filmie przez Eastwooda (po raz trzeci!) czarnoskórego weterana złotego ekranu to strzał w dziesiątkę. Freeman do perfekcji opanował gesty, mimikę, chód czy nawet specyficzny rodzaj artykulacji głosek samego Mandeli. Pod względem aktorskim do niczego nie można się przyczepić. Również nominowany do Nagrody Akademii Filmowej Damon kreuje swą postać wiarygodnie; Pienaar jest człowiekiem, który (co jest konsekwentnie podkreślane), podobnie jak Mandela, woli działać, niż mówić. Jego upór i zdecydowanie przeplatają się z naturalną, niewymuszoną wrażliwością, co oddaje w zupełności samą mimiką. Żelazna dyscyplina reżyserska Eastwooda zapewnia spójność narracji, sam „Invictus” pod względem realizatorskim jest zaś bez zarzutu.

Drugą stroną medalu – paradoksalnie – jest to, że poza starannie wykończonym, rzemieślniczym produktem nie otrzymujemy niczego nowego. Scen mających wypełnić psychologiczne rysy bohaterów jest jak na lekarstwo. Próby pogłębienia postaci istnieją, ale potraktowane mechanicznie i – można odnieść takie wrażenie – wplecione „dla porządku”. Wątki: skłócenia Mandeli z rodziną i pracy trenerskiej Pienaara przywołują na myśl te z wcześniejszych dokonań Clinta Eastwooda („Wzgórze złamanych serc”, „Władza absolutna”, „Za wszelką cenę”). Tam, gdzie były powiewem świeżości, a przynajmniej autentyzmu, tutaj sprawiają wrażenie maniery. Występują sceny subtelne i chwytające za serce (wizyta Pienaara w celi więziennej, rozmowa przy herbacie), niekiedy zaskakujące (doskonała sekwencja z samolotem pasażerskim), gdzie Eastwood dowodzi swego kunsztu – jest ich jednak zdecydowanie za mało.

W ostatecznym rozrachunku, „Invictus” rozczarowuje. Owszem, to przykład dobrego rzemieślnictwa, ze zrównoważonymi elementami, eksponującymi sceny pełne patosu równorzędnie z tymi bardziej nastrojowymi, wyciszonymi. Nic to jednak, skoro bazującymi na utrwalonych schematach, zbyt wydłużonymi bądź – z drugiej strony – spłyconymi i nie do końca wykorzystanymi. Szkoda, ponieważ sam temat i nazwisko Clinta Eastwooda pozwalały oczekiwać więcej.

Tagi: Clint Eastwood Morgan Freeman Matt Damon Invictus Mateusz Skomorowski



Skomentuj

Newsletter

reklama
zoom2012
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator