Urodził się, pożył chwilę, dziewczynę miał i kumpla, ciocię jeszcze także, artystą być próbował, ale mu nie wyszło. Dziewczyna po kilku stosunkach też mu wyszła i nie wróciła, ciocia wróciła do ziemi, mieszkanie zawróciło z dobrego tonu, artyści zwrócili mu należny brak szacunku, a on się wziął i cham umarł. I to jeszcze w pierwszym zdaniu książki.

Żeby umarł jakoś na barykadach, w drodze po zwycięski kupon loteryjny albo tuż przed narodzinami syna, którego nigdy nie miał mieć, bo i z kim? Nie, Krystian, bo jak się domyślacie nasz bohater ma imię, został strzępem. Trochę strzępów poleciało nad chmury, trochę wyparowało w ogniu, a mniej znakomita większość wpadła do oceanu, razem z innymi resztkami pasażerów samolotu, który z bliżej nieopisanego powodu wybuchł. Zanim samolot się rozstrzępił, Krystian miał swoje pięć, no może trzy, może nawet pół minuty, ale zawsze, na przypomnienie sobie swojego życia.
To sobie naprzypominał, aż miło. Przez ostatnie lata albo był pijany albo masturbował się przed ekranem komputera. Z reguły łączył te dwie wątpliwe przyjemności. Zanim nałogowo upijał się z Onanem po drugiej stronie kieliszka lub ręki, zdążył zrobić niewiele więcej. Przeżył ciotkę, która nie przeżyła jego braku katolicyzmu w tym całym trzepaniu. Przetrzepał wcześniej mieszkanie po ukochanej, która go tak naprawdę nie kochała, bo kochała sam proces kochania, bynajmniej nie spuszczonego ze stron porno. Krystian spuściznę swą dalej więc spuszczał w okoliczne chusteczki, klawiaturę albo spodnie. Czasem aż nim trzepało, zwłaszcza, gdy przywaliła mu w skroń myśl, że przyjaciel z dzieciństwa trzepie niezłą kasę. I to jeszcze w telewizji. Jakub, bo jak się domyślacie stary przyjaciel też ma imię, jest ikoną popkultury i wielu z polaczków, traktuje go, tak jak Krystian, nasz zawadiaka butelczany, traktuje swoje witryny z udawanym seksem lesbijskim (bo Krystian był koneserem les porno). Jego nikt tak nie traktował, choć kiedyś prawie został artystą i miał nawet swój wernisaż. Ale teraz choćby dżin mu się z pół litra wytrzepał, nie pamięta już zbytnio, po co był ten wernisaż.
Przetrzepmy więc kieszenie z notatkami o Krystianie – alkoholik, bez kobiety, rodziny, biedak z prawie artystyczną przeszłością, prawa ręka Jednorękiego Orgazmotronu, na dodatek nie żyje od pierwszego zdania książki. Panie Varga, Pan się z butelką na szyję zatrzepał, tfu! zamienił?
Bynajmniej. Ta książka pomimo pierwszego trzepnięcia jest dużo poważniejsza niż biznes porno i Polmos razem wzięte. Varga w cyniczny do bólu sposób przedstawia nam pewien typ Polaka. Nie starego, ale już nie młodego, mniej więcej trzydziestopięcioletniego. Polaka, który w szkołach bywał, ale kariery nie zrobił. Polaka, który miał ojca i matkę, ale rodziców już nie. Polaka, który przeżył wielkie zmiany wraz ze zmianą ustroju, ale sam nie zmienił nic. Varga widzi tego Krystiano-Polaka w opozycji do Jakubo-Polaka, czyli Polaka, który stary nigdy nie będzie, ale młody też już nie jest, mniej więcej trzydziestopięcioletniego. Polaka, który szkołę widział, karierę w telewizji zrobił. Polaka, który wycisnął wielkie zmiany ustroju na swoją piękną klatkę piersiową, choć nie powinien on nawet zmieniać żarówki w swojej bufonadzie, snobizmie i, jakby było mało, jest nową ikoną. To o nim piszą gazety kolorowe, to nim żywią się emerytki przed wejściem do kościoła. I to on robi program o innych bohaterach narodowych, puszczany w prime time w prywatnych stacjach telewizyjnych i jeszcze bardziej prywatnych telewizorach.
Varga opisuje Polskę codzienną, smutną i szarą. Dni kraju mijają w rytm alkoholizmu jednych lub bezguścia drugich. Przykra to powieść i to powieść bez morału. W żadnym wypadku to nie jest jałowe biadolenie. Varga daleki jest od moralizatorstwa, wytykania bylejakości domu dziennego, domu nocnego. Bystry z niego obserwator, który z boku przypatruje się wyolbrzymionej równi pochyłej, po której stacza się społeczeństwo. Z jego książki, gdy obedrze się ją z jadowitego humoru, wyziera bezbrzeżny żal. Pojawia się w niej klasyczny motyw bardzo odległego "kiedyś", kiedy mogło być lepiej. Pewnie nie było, ale przynajmniej beznadzieja nie była tak dotkliwa, a jeżeli już - na pewno była to beznadzieja uświadomiona. W tym wypadku zanurzamy się w braku idei nonsensownie i bez krztyny rozmysłu. Wdzięk powieści jest szalenie gorzki. Nasi bohaterowie żyją w lukrowanej papce tabloidów. Krystian choć w nie nie wierzy, jest z nimi na bieżąco. Jakub choć ich nie lubi, zabija się o ich uwagę. Nie jest to miła lektura, po której na pewno nie zostaniemy z miłymi myślami na koniec dnia. Owszem czyta się ją jednym tchem, jest bardzo prosta w konstrukcji, a przy tym zabawna, jak ostatni diabli. Uśmiech jednak znika, gdy okazuje się, że historia opisywana na naszych oczach, jest tak niesmacznie znajoma. Blok Krystiana dziwnie kojarzy się z naszym blokiem, program, w którym tańczy Jakub, dziwnie przypomina program, który właśnie szumi w salonie. A niewesoła rzeczywistość pijaczka i karierowicza tak koszmarnie odzwierciedla widok zza okna. Aleja Niepodległości jest cholernie sąsiedzka.
Krzysztof Varga, Aleja Niepodległości, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.
Tagi: Krzysztof Varga Aleja Niepodległości wydawnictwo Czarne powieść