Płomienno-rdzawa barwa włosów dorównuje swoją intensywnością głębokiemu przygnębieniu w jej oczach. Poznajemy ją, kiedy z jakiegoś niewiadomego nam powodu zrywa z przeszłością – doszczętnie oczyszcza mieszkanie z wszelkich materialnych szpargałów, ostentacyjnie zdejmuje z palca obrączkę – i wyrusza z plecakiem w drogę… To ucieczka czy wyprawa na szczyt?

Anne (młoda i obiecująca Lotte Verbeek), przemieszczając się autostopem, z Amsterdamu trafia aż do Connemary. Niezwykle piękne, a jednocześnie przerażająco ascetyczne, irlandzkie pejzaże zdają się być naturalnym środowiskiem dziewczyny. Ona, z rozwianym włosem i w niechlujnym ubraniu, niczym Mona (Sandrine Bonnaire) z obrazu Agnès Vardy „Bez dachu i praw”, walczy o przetrwanie. Na początku jej spojrzenie emanuje wyraźnym cierpieniem, ze skromnych wypowiedzi wyłania się żal i pretensja do kogoś, czegoś…Tego nie wiemy, zresztą, bohaterka „Nic osobistego” pozostaje frapującą zagadką aż do samego końca.
Przemierzając skaliste bezdroża, rudowłosa piękność natrafia na dom, a następnie na właściciela przystani, Martina (fenomenalny Stephen Rea). Wdowiec proponuje nieznajomej wikt w zamian za pomoc w pracach domowych. Dziewczyna, początkowo nieuprzejma i nieufna, zgadza się, ale pod pewnymi warunkami – żadnych osobistych pytań, żadnych zwierzeń. Złamanie tego „kontraktu” pociągnie za sobą okrutną karę – śpiewanie piosenki. Mężczyzna, znacznie starszy od niej, to jednostka równie złożona, co intrygująca. Chociaż mieszka na swoistym odludziu, stać go na rozkosze podniebienia i kolekcję płyt. On – miłośnik wina, ona – pasjonatka opery… Czy taki duet ma rację bytu? Ostrożnie i subtelnie od wrogości przechodzą do cieplejszych emocji. Co więcej, na twarzy Anne pojawia się nieudawany uśmiech. Jednak, zanim dwójka samotników staje się siebie zwyczajnie ciekawa, ich relacja sprowadza się do półsłówek wypowiadanych podczas prac ogrodowych, przy sprzątaniu, przy stole. Dziewczyna oswaja się ze swoją samotnością, akceptuje i nieśmiało zaczyna celebrować chwilę obecną. To Martin, rozmiłowany w swoim pustelniczym żywocie, niczym buddyjski mędrzec ujarzmia zgorzkniałą Holenderkę.
Reżyserka z nieprawdopodobną, psychologiczną wnikliwością ukazuje proces duchowego dojrzewania Anne. W drobniutkich, ulotnych niuansach, minimalistycznych gestach, prostych słowach tkwi istota filmowej materii, którą Urszula Antoniak sugestywnie włada.
W cudownym, jakże prozaicznym spotkaniu dwojga ludzi, autorka odnajduje prawdziwy mistycyzm. Twórczyni zdaje się dopowiadać, że natura ludzka bywa przewrotna, instynkty pozornie tylko dają się stłumić, a przejmują kontrolę, gdy nadarza się okazja, bodziec – na przykład irlandzka energiczna muzyka w pubie potrafi uaktywnić wewnętrzne żądze.
Na co komu dążenie do nużącej doskonałości… Martin napomyka w pewnym momencie, jednak w przypadku tego filmu, owa intencja przyniosła znakomite rezultaty. Gra aktorska na najwyższym poziomie, muzyka Ethana Rose oraz zdjęcia operatora Daniëla Bouqueta angażują widownię, zyskują uznanie na międzynarodowych filmowych festiwalach, m.in. w Locarno.
Wrażliwi, ciekawi siebie, ale nie oderwani od rzeczywistości – Antoniak godzi te dwie płaszczyzny, sprawnie posługując się ironią. Namacalne postaci, ludzkie instynkty i dziewicze krajobrazy rozbudzają tkwiącą w nas, przeogromną nostalgię za samotnością, utożsamianą w filmie z wielowymiarowym, twórczym stanem. Zaskakujące i niejednoznaczne okazują się losy Anne i Martina, pozostawiają niedosyt, przeogromny niedosyt…
Nie tylko polecam zobaczenie obrazu Antoniak, ale apeluję – nie przegapcie tego filmu!
Nic osobistego (Nothing personal), reż. U. Antoniak, dystr. Vivarto, 2009.
Tagi: Urszula Antoniak Ethan Rose kino holenderskie Ewelina Burda Vivarto