„Lunatyczna kraina” ma w sobie urok „Stu lat samotności” i sugestywność „Haruna i morza opowieści”. Doskonały warsztat literacki w połączeniu z ekspresyjną wyobraźnią i refleksją postkolonialną w tle przynosi niespodziewane rezultaty. Karta za kartą, czytelnik daje się wciągnąć w wir opowieści pełnych snów i niedopowiedzeń, które oczarowują świeżością spojrzenia i plastycznością opisu. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że książka Mia Couto okrzyknięta została jedną z dwunastu najlepszych powieści afrykańskich XX wieku.

Mia Couto w swej książce stosuje podobny mechanizm do tego, który można było odnaleźć w powieści Rabiha Alameddine „Hakawati. Mistrz opowieści”. „Lunatyczna kraina” zbudowana jest z kilku przeplatających się warstw. Pierwsza z nich to opowieść o starym mężczyźnie i chłopcu, który nie pamięta niczego ze swojej przeszłości. Ta dziwna para trafia do wraku autobusu, w którym znajduje plik zapisanych zeszytów. Od tej pory chłopiec co noc czyta swojemu towarzyszowi opowieści o losach Kindzu. Z jednej historii rodzi się kolejna. Każda postać ma do przekazania swoją własną opowieść. Wszystkie zaś zapętlają się ze sobą w sposób, którego nikt by się nie spodziewał.
Książka Mia Couto posiada wszystkie cechy opowieści mitycznych. Kindzu jest typowym przykładem herosa wyruszającego w podróż w poszukiwaniu własnego przeznaczenia. Łączy w sobie cechy Odyseusza i Jazona. Z tą różnicą, że Kindzu pragnie stać się naparama – wojownikiem sprawiedliwości, który pokona widmo wojny wiszące nad jego ludem. Kindzu na swej drodze spotyka wiele dziwnych postaci, które posłużą mu radą i wiele przeszkód, które będzie musiał pokonać. Wreszcie zakocha się w kobiecie samotnie mieszkającej we wraku statku, która niczym baśniowa księżniczka czeka na swojego wybawiciela. A wszystko to będzie miało miejsce w czasie-nieczasie, gdzie trudno odróżnić jawę od snu.
Autor „Lunatycznej krainy” uwodzi czytelników wyobraźnią i lirycznym talentem. Tutaj mewy rodzą się z piór rzuconych na wodę, wiosła przeistaczają się w drzewa, a zmarli wędrują z własną trumną na plecach. Pełno tu duchów dawnych kolonizatorów, które wchodzą w interesy z żywymi i zjaw przodków przepowiadających przyszłość. Nikogo nie dziwi to, że kilkuletni chłopiec zamienia się w koguta i zamieszkuje w kurniku, a na każdego wędrowca czeka mampfana - ptak, który morduje podróże.
„Lunatyczna kraina” przepojona jest nietuzinkową grą słów. Mia Couto w nurt swoich opowieści wplata liczne neologizmy, które w przepięknym przekładzie Michała Lipszyca nie tracą nic ze swojej pierwotnej głębi. Karty książki ozdabiają, więc barwne śpiewospady, postacie mają blaskodrżące palce, a topielcy fiestują z chlupotem. Mia Couto wraz ze swoimi bohaterami snuje swoje bajwędy i czarowieści, które stopniowo wciągają czytelnika w ten niecodzienny, magiczny świat.
Ta barwna opowieść staje się hymnem ku czci fantazji, łącząc wątki baśniowe obecne w folklorze rdzennych mieszkańców Mozambiku z refleksją postkolonialną. Mia Couto wykorzystuje pełen metaforycznego języka magiczny realizm do opowieści o obecnej sytuacji Afrykańczyków. Przypomina to prozę Gabriela Garcii Marqueza i Izabell Allende. Zaś sama konstrukcja książki przywodzi na myśl dzieła Salmana Rushdiego. Realizm i fantazja wyłaniające się z „Lunatycznej krainy” w połączeniu z wielowarstwową symboliką odmalowują nowy, nieznany obraz Afryki. Czytelnik stopniowo daje się zahipnotyzować temu halucynacyjnemu wielogłosowi.
Mia Couto, Lunatyczna kraina, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2010.
Tagi: Mia Couto Lunatyczna kraina wydawnictwo Karakter Paulina Dreslerska recenzja powieść,