G punkt | Sięgamy głębiej

Artykuły

poleca

Ostatnie bitwy rogaczy: wikingowie w kinie popularnym

Autor: Mateusz Skomorowski, dodano: 17-02-2010, 23:45

Przybyli z mroku dziejów – nęceni bogatą wystawą dzieł Cecila B. DeMille’a, zuchwałością bohaterów Michaela Curtiza, zapragnęli po raz kolejny sięgnąć po łupy Ameryki Północnej. Zmienili się bardzo: oliwą pokryli torsy, brylantyną włosy (starannie uczesane), opanowali też obce języki. Przybyli ku uciesze gawiedzi. Zatem niech rozpocznie się saga! O podbojach, farbowanych perukach, rogatych hełmach i bestiach z gumy; o tym, jak to naprawdę (nie) było.

wikingowie w kinie

Kwestia prawdy historycznej od zawsze była solą w oku twórców wielkich, filmowych widowisk (zwał jak zwał) historycznych. Nie może to w żaden sposób dziwić. Zarówno kino z gatunku płaszcza i szpady, jak i to reprezentujące w feerii barw i bogatej inscenizacji wielkie postacie i wydarzenia dziejowe, miały wpisane w swą formalną strukturę oddziaływanie na świadomość tłumów, co automatycznie uderzało w utrwalone w pamięci stereotypy. Mity: szlachetnego władcy, nieulękłego wojownika, niezłomnego idealisty, obrońcy uciśnionych, zbawiciela ludzkości otwierały się na każdą szerokość geograficzną i każdą narodowość. Wykreowany wizerunek filmowego przywódcy i okoliczności go doświadczające (sprzężone nierozerwalnie z kanwą literacką), wywoływały wśród bywalców kin wypieki na twarzy, właśnie ze względu na możliwość (oraz chęć!) identyfikacji z bohaterem.

Pół biedy, jeśli w epileptycznym ataku po posłaniu rzuca się w „Kleopatrze” (1963) Juliusz Cezar (Rex Harrison) – w końcu maksyma aut Caesar aut nihil zobowiązuje i możemy Boskiemu Juliuszowi wybaczyć tę małą niedyspozycję. Dużo gorzej, gdy z wypolerowanego, marmurowego Rzymu, magicy ekranu przenoszą nas do surowej Skandynawii. Też coś! – ostrokół w zastępstwie muru; zamiast Marka Antoniusza (ewentualnie Robin Hooda, Ryszarda Lwie Serce, Samsona – stosować wymiennie) i jego świty banda brodatych barbarzyńców (palących na drakkarze swego jarla), o otaczanym czcią jesionie pospolitym nie wspominając. Jednakże, wpisując w tradycję wielkiego widowiska schematy klasycznego filmu przygodowego, wzbogacone o konflikt interesów dzielnych protagonistów, tak lubiany przez literaturę, kino pozyskało sobie tych nieokrzesanych brutali o błękitnych (jak będziemy mieli okazję się przekonać – nie zawsze) oczach i srogich obliczach. Zainteresowanie podbojami normańskich piratów, ich zwyczajami i mitologią zdaje się dziś odżywać na gruncie filmowym. Fascynacja narodziła się wszak dużo wcześniej i nie tylko Hollywood miało ambicje snucia tych opowieści.

Corman Barbarzyńca, czyli wikingowie z żurnala

Znamienne, że jeszcze przed pamiętnymi dziełami Richarda Fleischera („Wikingowie”, 1958) i Jacka Cardiffa („Długie łodzie wikingów”, 1964) z mitem Normana-Zdobywcy zmierzył się sam Roger Corman, który w roku 1957, zaledwie dwa lata po rozpoczęciu kariery reżyserskiej, nakręcił film zatytułowany „The Saga of the Viking Women and Their Voyage to the Water of the Great Sea Serpent” (ufam, że Drodzy Czytelnicy zgodzą się, iż próba przekładu nie jest konieczna). Że mamy do czynienia z wikingami, najlepiej informuje nas tytuł. Corman podszedł bardzo swobodnie do kwestii historycznej wiarygodności świata przedstawionego, podobnie jak do wizerunku bohaterów. Nie jest to wszakże na potępienie zasługujący akt ignorancji, ale zabieg celowy.

Obraz przedstawia grupę wojowniczych kobiet, które stęsknione miłości swych zaginionych mężczyzn, po trzech latach oczekiwania, decydują się wyruszyć im na ratunek. Wsiadają na świeżo zbudowany drakkar i płyną hen! – w sumie nie wiadomo gdzie, grunt, że przed siebie. Dalszy opis jest zbędny; pojawia się naturalnie tytułowy Wielki Morski Wąż (dzięki zastosowaniu efektów optycznych – naprawdę wielki), obcy ląd, orientalny władca i zniewoleni wikingowie w łańcuchach. Pojedynki, namiętność, zdrada, boska interwencja, pogoń i ponownie Wielki Morski Wąż.

Corman pozostaje wierny swoim zasadom. Dziewczęta, które grają w jego filmie pierwsze skrzypce są żywiołowe, piękne i samowystarczalne (nie przeszkadza im to twierdzić, że nie ma nic gorszego od bycia niekochaną). Wszystkie bez wyjątku hasają w krótkich, skórzanych spódniczkach i działają bez wahania, mimo iż wśród wodnych odmętów czai się gumowy (ale wielki!) wąż morski. Tyle, jeśli chodzi o szczegóły, bo rola mężczyzn ogranicza się do napinania muskułów i świecenia blond czuprynami. Nasuwa to wszystko skojarzenia z fantastyczną Erą Hyborejską, o której pisał Robert E. Howard.

Na przekór fabularnym absurdom i zdystansowanemu podejściu do tematu, dzieło Cormana implikuje cechy fundamentalne dla kina przygodowego: egzotykę, niezwykle pożądaną przez publiczność, oraz wpisany w formę narracyjną motyw obfitującej w niebezpieczeństwa wyprawy. Parę lat później, doskonale wykorzystała je również…

Awangarda specjalistów od wielkich przedsięwzięć

Richard Fleischer, Jack Cardiff, Franklin J. Schaffner, Mario Bava – wszyscy mieli zamiłowanie do ekranowego przepychu; chociaż sam Bava specjalizował się w kinie grozy, perfekcjonizm techniczny i talent inscenizacyjny przeniósł również na grunt epickiego widowiska.

Wszystkie reprezentatywne filmy tej czwórki (do wyżej wymienionych dodać należy kolejno: „The War Lord” (1965) Schaffnera i „Eryka zdobywcę” (1961) Bavy operują na nieskomplikowanych scenariuszach i utrwalonych schematach. Wśród nich znajdują się oczywiście: konflikt wywołany przez kobietę – zarówno pomiędzy dwoma indywiduami, bądź całymi armiami (takie czasy, choć w sumie trudno się dziwić, kiedy swoje wdzięki prezentują bliźniaczki Kessler i młodziutka Janet Leigh), porwania, pościgi (których dynamika często ogranicza się do zasady „tam i z powrotem” – czyli od wybrzeży Norwegii do Wysp Brytyjskich i na odwrót) i naturalnie – scena pojedynku, poprzedzająca bądź zwieńczająca bitwę. Zauważalne są pewne różnice: w „Długich łodziach wikingów” wybrzeże docelowe żeglarzy zmienia się z brytyjskiego na bliskowschodnie, w „The War Lord” zaś najeźdźcami są Fryzowie, których do grupy północno-germańskiej zaliczyć nie można, jednak ich stylizacja i zasadnicze podobieństwo samych filmów uwidacznia się w wielu aspektach.

Zaś wikingowie, jak to oni, lubią wypić i wszczynać bijatyki – całe życie społeczno-obyczajowe to rozległa halla, gdzie urocze dziewki w spiętych w warkocze włosach obsługują rumianych i głośnych wojowników, których trzon zajmuje określone miejsce przy stole. Scenariusz tu i ówdzie oferuje co prawda „scenki rodzajowe” („Test na niewierną żonę”), ale mają one wyłącznie charakter egzotyczny i często humorystyczny. Wymóg widowiska. Trzeba jednak przyznać, że wymiar estetyczny potrafi oczarować też dziś. Szczególnie obraz Fleischera cechuje niezwykła dbałość o rekwizyty i staranność ekipy odpowiedzialnej za należyte odwzorowanie sztuki wikińskiej.

Na nieszczęście dla wielbicieli gatunku, kompleks nieprzewidzianych wydarzeń ukrócił aspiracje twórców filmowych. Gigantyczne superprodukcje: „Kleopatra” (1963) Josepha L. Mankiewicza i „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” (1964) Anthony' ego Manna poniosły sromotną klęskę komercyjną. Wschodzące światło odbiornika telewizyjnego i nadchodzący czas kontestacji dopełniły reszty. Złota era wikingów w Hollywood dobiegła końca.

Strona: 1 z 2 | Następna »

Tagi: historia kina trash Roger Corman kino popularne Terry Jones Mario Bava kino tureckie esej Mateusz Skomorowski



Skomentuj

Newsletter

reklama
zoom2012
partnerzy
G-punkt

projekt i wykonanie:
spera.pl e-freedom.eu
Free Sitemap Generator