Grzebanie w śmieciach i nadzieja na lepsze
W międzyczasie nie próżnowali Włosi: specjalista od kiczowatych widowisk, Giacomo Gentilomo; kolejny film z wikingiem w roli głównej wyreżyserował Mario Bava. Niskobudżetowe produkcje wypełniały rynek, strasząc w kinach i telewizji. Jednak nigdzie indziej nie stworzono tak niezwykłego wizerunku normańskiego wojownika, jak w tureckim kinie popularnym.
„Tarkan Viking kani” (1971), w reżyserii Mehmeta Aslana to, w porządku chronologicznym, piąty z serii siedmiu filmów, będących adaptacją popularnego w Turcji komiksu o przygodach Tarkana, nieustraszonego i szlachetnego barbarzyńcy (brzmi znajomo?). Świat przedstawiony to martwe i spalone słońcem połacie ziemi, ciągnące się aż po horyzont – przypomina wspomnianą Erę Hyborejską, z tym że tam, gdzie Howard w swą quasi-historyczną koncepcję świata wplótł motywy fantastyczne, tu uwidoczniły się twórcze aspiracje, by stworzyć film awanturniczo-historyczny (narrator wprawdzie informuje widza, że oto ma do czynienia ze średniowieczem, konsternacja jest jednak tym większa). Na polu walki ścierają się dwie upiorne siły - Hunowie i wikingowie (ze złym wodzem Toro na czele); do wspólnych niesnasek dołącza wkrótce księżniczka Ursula (latorośl trochę mniej złego wodza, Gero) i chińska gwardia, której przewodniczy piękna córka cesarza – Lotus, chcąca ukrócić najazdy Hunów na swój kraj. W tym celu porywa kolejną księżniczkę (sic!), Yoncę, córkę wodza Attyli. W sam środek iście diabelskiej intrygi wkracza Tarkan, dość anemiczny heros, poprzysięgający wikingom wieczną zemstę – wszak Toro uśmiercił jego ukochanego wilka (w tej roli wspaniale wytresowany owczarek niemiecki), a to powód dobry jak każdy inny.
A sami wikingowie? Jakież to plemię? Swejowie, Danowie, Theustowie, czy może Gautowie? „Nie! Jedna, jedyna osada, zamieszkała przez nieugiętych Galów wciąż stawia opór najeźdźcom…”. W rzeczy samej, ci krwiożerczy rabusie w „Tarkan Viking kani” przypominają tajny oddział rzymskich legionistów mających infiltrować osadę Asteriksa. Bacząc na stylistykę komiksową, można by obok zastanego faktu przejść obojętnie, gdyby nie absolutny brak koherencji. Bo w jaki sposób przejść obojętnie wobec tego, że aktów prawdziwego filmowego sadyzmu – a drastyczność obrazu Aslana jest piorunująca: topory wbijają się w kilkuletnie dzieci, włócznie przebijają niemowlęta, mamy scenę gwałtu zbiorowego (miejscami ocierającego się o nekrofilię), a nawet „cios krytyczny”, czyli rzut siekierą w kość ciemieniową (naliczyłem trzy – czyżby fetysz scenarzysty?) – dokonują faceci noszący futerka z pluszu, mieniące się kontrastowymi barwami seledynu i purpury? Obrazu zagłady dopełniają fantazyjne peruki w kolorze pomarańczowym, hełmy z rogami bądź skrzydełkami, tarcze z pomponami i drakkar z Disneylandu. To klasyczny trash movie, gdzie na szczyptę zamierzonej ironii niestety zabrakło miejsca. Ukłon należy się w stronę specjalistów od castingu: księżniczkę Ursulę kreuje szwedzka aktorka Eva Bender, za to pannę Lotus turecka modelka Seher Seniz – brawa za konsekwencję, tym bardziej, że mości wikingowie też raczej śniadzi. Reszta to rutyna: fatalny montaż, żenujące układy choreograficzne, urocze follow-upy (tu w postaci muzycznego motywu Ennio Morricone z „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”), na deser zaś „sterowany” jastrząb (bez komentarza) i wygłodniały kraken z pianki polietylenowej (nadmuchiwany).
Na większy oddźwięk trzeba było poczekać kilka lat, jednakże w ciągu minionej dekady pojawiły się jedynie dwa filmy, które nie zginęły w mrokach niepamięci.
„Eryk Wiking” (1989) w reżyserii Terry’ego Jonesa podjął próbę odświeżenia zmurszałej formy, stwarzając satyrę na życie społeczne wikingów. Niefortunne okazały się w tym konkretnym przypadku „pythonowski” humor i zamiłowanie Jonesa do mitologii. W rezultacie, wykrzykując takie hasła jak: Ragnarök, Jörmungand czy Gjallarhorn, bohaterowie filmu rzucali się w absurdalnych (nawet jak na Monty Pythona) próbach odwrócenia końca świata, co zaowocowało produkcją – o ironio! – niszową, spełniającą przede wszystkim oczekiwania miłośników tematu. W uratowaniu produkcji przed finansową katastrofą nie pomógł ani pokaźny budżet, ani doskonała obsada, ani rozwiązania scenograficzne autorstwa Alana Lee.
Podobny los spotkał „13-go wojownika” (1999) Johna McTiernana, w którym to Ahmed Ibn Fadlan (Antonio Banderas), w zgodzie z przepowiednią wyroczni, wyruszał wraz z dwunastoma wikińskimi kamratami na zimną północ, by zażegnać ataki Wendoli – krwiożerczego plemienia kanibali. Ibn Fadlan był postacią autentyczną, arabskim dyplomatą, który w czasie pobytu w Bułgarze zdobywał wiedzę o zwyczajach Rusów. Filmowy Ahmed nabrał krzepy i stanął ramię w ramię z dzielnymi wojami do nierównej walki z „pożeraczami zmarłych”. To wielkie widowisko, wyprodukowane za równie wielkie pieniądze (160 milionów dolarów), któremu zabrakło… widowiskowości. Od momentu, kiedy padł pierwszy klaps, na ekipie ciążyło fatum. Zdecydowano się kręcić głównie na obszarze Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie, co sprowokowało protesty ekologów, nie wspominając o problemach logistycznych. Etap produkcji ciągnął się w nieskończoność, budżet pęczniał, do tego doszły kłopoty personalne. Zwieńczeniem klęski stała się kłótnia McTiernana z Michaelem Crichtonem; panowie żarli się bardziej niż wikingowie z Wendolami, w konsekwencji czego ten pierwszy opuścił plan zdjęciowy – mimo że jego nazwisko figuruje na liście płac, na stanowisku reżysera skończył Crichton. Film obronił się solidną wystawą i przyzwoitym aktorstwem (głównym kryterium wyboru odtwórców głównych ról był wzrost), ale zawiódł na płaszczyźnie widowiska batalistycznego – do czego przyczyniły się kameralne ujęcia i zły montaż.
Można powiedzieć, że tym razem wikingowie dopięli swego: ogołocili kiesy producentów do czysta.
Vikings vs. Predator
Po upływie niespełna 10-ciu lat zainteresowanie tematem znów wzrasta. W 2007 r. nieszczęsnym „Tropicielem” uraczył widzów Marcus Nispel, który talent do rozlewu krwi pokazał już w remake’u „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” (2003). Powstał film szary, brzydki, ziarnisty i generalnie bez wyrazu. Zdobywcy przybijają do wybrzeży Ameryki Północnej, co nie jest pretekstem do wymiany międzykulturowej, ani do grabieży (biedni Indianie nawet broni porządnej nie mają), ani do osiedlenia – coś zresztą o tym wspominają, jednak żeby zabrać kobiety z domu, nie pomyśleli. Mentalność jak u osiedlowej bandy spod budki z piwem – do tego czarne zbroje, czarne hełmy, i oczywiście rogi, ćwieki, kolce – im większe, tym lepsze. W „Tropicielu” nawet drakkar ma rogi – chyba jedynie po to, by załoga przeskakując przez burtę rozcinała sobie łydki. Dehumanizacja i multiplikacja przybyszów z mroźnej Norwegii jest o tyle zrozumiała, że jako destruktywny żywioł zasługują na potępienie i śmierć, ale skoro każdy wygląda tak samo, oglądanie kolejnych dekapitacji nie jest zajmujące w najmniejszym stopniu. Gra komputerowa – w dodatku z brzydką grafiką.
Dużo bardziej interesujący jest „Outlander” (2008) Howarda McCaina, w którym to obrazie dokonano zaskakująco udanej fuzji mrocznego kina przygodowego z gatunkiem science-fiction, zakrapiając całość elementami gore. Film przedstawia losy Kainana (James Caviezel), żołnierza z kosmicznych przestworzy, zmuszonego awaryjnie lądować na obcej planecie. Trafia tym sposobem do Norwegii roku Pańskiego 709. Wkrótce zostaje obezwładniony przez Wulfrica (Jack Huston) i przetransportowany do wioski wikingów. Sytuacja staje się klarowna: pojazd kosmiczny uszkodziła kosmiczna bestia – Moorwen, która złakniona pożywienia i krwi, zaczyna atakować społeczność prostych, acz dzielnych ludzi.
Film McCaina nie jest w najmniejszym stopniu odkrywczy. Pełno tu klisz fabularnych, dialogowych komunałów i, prawdę mówiąc, dość płaskich postaci. Inspiracja też wyraźnie widoczna: trochę tu z „Predatora” (1987) McTiernana, odrobina z „Beowulfa” (o tekście mowa), końcówka przywołuje skojarzenia z „Gatunkiem” (1995) Donaldsona, zaś sam motyw „przybysza z gwiazd” od razu przywodzi na myśl serię komiksów o Thorgalu, autorstwa Rosińskiego i Van Hamme’a. Mimo wszystko reżyser prezentuje sprawne rzemiosło filmowe – narracja jest zwarta, sceny pościgów i walk dobrze nakręcone (jedynie do zbyt szybkiego montażu można mieć zarzut); kostiumy, scenografia, pejzaże Kanady – wszystko wygląda naturalnie i na właściwym miejscu. Sam Moorwen jest, w większości scen, nienagannie animowany, zaś w kwestii projektów konceptualnych – to jeden z ciekawszych ekranowych potworów ostatnich lat.
To wszystko daje nadzieję, że producenci nie przestaną inwestować większych pieniędzy w projekty z wikingami w roli głównej, a artyści poszukiwać nowych tematów, i wkrótce ujrzymy dzieło na miarę naszych oczekiwań. Grunt, że wciąż poszukują. Kenneth Branagh, twórca specjalizujący się raczej w kameralnych produkcjach, wyreżyseruje epicki film fantasy „Thor”, oparty na motywach skandynawskiej mitologii, zaś Mel Gibson potwierdził podczas styczniowego wystąpienia plotkę, że szykuje się do realizacji kolejnego widowiska historycznego, tym razem z brodaczami z Norwegii w roli głównej. Planowo, premiery przewidziano na rok 2011 – oby zdążyli przed Ragnarökiem.
« Poprzednia | Strona: 2 z 2
Tagi: historia kina trash Roger Corman kino popularne Terry Jones Mario Bava kino tureckie esej Mateusz Skomorowski