Węgierska produkcja pod tytułem „Papryka, sex i rock’n’roll”, pomimo chwytliwej nazwy, dobrej muzyki i w większości udanych gagów, nie cieszy się w Polsce popularnością. Winna może być temu słaba reklama, nieudolna dystrybucja, bądź nieufność polskich widzów wobec kina węgierskiego. Niemal pusta sala mimo wszystko dziwi, zwłaszcza dlatego, że ów film to całkiem sprawnie zrealizowany, zabawny miks konwencji.

Niemal dziesięć lat po roku 1956, kiedy to Armia Czerwona stłumiła powstanie Węgrów przeciw reżimowi komunistycznemu, poznajemy chłopca o wdzięcznym imieniu Miki. Przylatuje on do Węgier aż z Ameryki, po czterech latach emigracji. Jego ojciec były dyplomata, zmuszony jest wrócić do ojczyzny z powodu niegdysiejszej przynależności do partii. Miki o przystojnej twarzy Tamása Szabó Kimmela emanuje pewnością siebie – nosi hawajską koszulę, bez żenady żuje gumę i zachowuje się jak wyluzowany młodzian z amerykańskiego przedmieścia, na rodzimym basenie zamiast oranżady zamawiając shake’a. Kiedy spotyka dawnych znajomych, następuje zderzenie amerykańskiego snu z komunistyczną, ponurą skądinąd rzeczywistością tamtych lat. Nie należy się jednak w „Papryce, sexie i rock’n’rollu” dopatrywać wyjątkowej głębi. Bohaterowie są w większości mało skomplikowani, a realia komunistyczne są tylko dekoracją dla pełnych wigoru piosenek i wygłupów węgierskiej młodzieży. Muzyczny wątek dominuje; film rozpoczyna się i kończy widokiem płyty winylowej, która w danym kontekście urasta do rangi symbolu wolności. Wszak wszyscy pragnęli wtedy posiadać amerykańskie płyty z tamtejszą muzyką, wyrwać się choć trochę z politycznego szachu.
Prócz wątku musicalopodobnego, w filmie pojawiają się również motywy: kryminalny, miłosny i obyczajowy. Każdy z nich wydaje się niemal równie istotny. Węgry w filmie są wyjątkowo barwne – dzięki strojom bohaterów, młodzieńczej energii i wplatanych w film raz po raz absurdom. I tak oto rzeczywistość komunistyczna zostaje zestawiona z młodzieńczą beztroską. Widać wyraźny kontrast pomiędzy młodymi a dorosłymi. Film traktować należy z przymrużeniem oka także dlatego, że w pewnym momencie przestają w nim obowiązywać jakiekolwiek prawa fizyki: bohaterowie wyskakują z okien prosto do samochodów i nic sobie z tego nie robią; co więcej, śpiewają i cieszą się z własnego sprytu. Może to być swoiste nawiązanie do amerykańskich produkcji, także musicalowych, gdzie brylantyny używało się na kilogramy, a przesadny ruch dłoni po włosach był oznaką niebywałej nonszalancji.
„Papryka, sex i rock’n’roll” to swoista parodia na system. Śmieszy, choć nie wnosi do tamtych czasów niemal niczego prócz pewnego dystansu. Wydarzenia są tu w praktyce jedynie pretekstem do śpiewu, nic nie jest poważne – nawet milicja, utrzymująca porządek przy pomocy wody zamiast pałek. Atmosfera grozy została przejaskrawiona. Widok wodzowskich portretów na ścianach lokalnych partyjniaków tym bardziej skłania do śmiechu.
Nie jest to może obraz najwyższych lotów pod względem merytorycznym. Nie niesie ze sobą prawdy o życiu, ani nie wnosi niczego nowego do rozważań o komunizmie. Mimo wszystko, to dobra pozycja, jeśli pragnie się chwilowego oderwania od rzeczywistości. Niezła muzyka, brak określonej konwencji i nagromadzenie wątków czyni z „Papryki, sexu i rock’n’rolla” pozycję niebanalną, w sam raz na wolny wieczór, w ramach relaksu po ciężkim dniu.
Papryka, sex i rock’n’roll (Made in Hungária), reż. Gergely Fonyó, dystrybucja: Vivarto 2009
Tagi: Ola Bajsert recenzja film kino węgierskie komedia musical Gergely Fonyó
Bartos - węgierski barbarzyńca23-12-2009, 17:22
no za pół godziny ostatni seans w Lalce.
Ooku23-12-2009, 15:28
"A grają w ogóle ten film we Wrocławiu?" Na pewno grali w "Lalce", w tych multipleksach raczej go nie ma.
ciekawy23-12-2009, 15:12
A grają w ogóle ten film we Wrocławiu?