Jak wygląda patologia do potęgi n-tej? Momentami groteskowo, od czasu do czasu fatalistycznie. Pogodzeni ze swoim losem, urodzeni pechowcy z filmu „Boso, ale na rowerze” udowadniają, że nawet w rynsztoku można słuchać „Pretty Woman” Roya Orbisona. Wąsata zgraja braci Strobbe’ów serwuje widzom jazdę bez trzymanki…

Ekranizacji bestsellerowej autobiografii Dimitria Verhulsta „La Merditude des Choses” podjął się 31-letni flamandzki reżyser Felix Van Groeningen. Wynikiem jest gęsta, niejednoznaczna czarna komedia. Film porusza lokalne konteksty, mimo tego, śmiało można powinszować autorowi uniwersalnej wymowy dzieła.
Nastoletni rowerzysta przebiera żwawo nogami, eskortując nas do belgijskiej prowincji lat 80–tych ubiegłego wieku. Podupadłe miasteczko okazuje się być siedliskiem rodziny Strobbe’ów. Młody kolarz, Gunther (bezkonkurencyjnie przekonywujący Kenneth Vanbaeden) to najmłodszy z klanu. Pierwszym królestwem wyskokowej familii jest ich dom, drugim pobliski bar. Z każdą kolejną sceną, dysfunkcjonalna rodzinka zatrważa plugawym bagnem, w którym stopniowo zanurza się trzynastolatek. Chłopak pije, pali, uczestniczy w libacjach, które stanowią typowy akcent dnia czwórki Strobbe’ów. Bracia pasożytują na łasce seniorki rodu, która ma „serce większe niż emeryturę”. Babuleńka daje chłopcu pieniądze na nowy rower, kibicuje, kiedy młokos decyduje się na naukę w placówce z internatem. W praktyce, zapełnia ona macierzyńską wyrwę w wychowaniu nastolatka.
Wszechobecna degrengolada dokonuje się na wielu płaszczyznach, często przybierając dość niespodziewaną formę. Więzienne wyroki, ciała targane atakami delirium, sceny przemocy domowej… Niewybrednym rozrywkom nie ma końca: alkohol, hazard, kobiety, awantury i szalone pomysły wyznaczają kolejne szczebelki pijackiego kołowrotku. Pikanterii dodają absurdalne inicjatywy obiboków, choćby wyścigi golasów na rowerze czy bicie rekordu Guinnessa w piciu piwa. Strobbe’owie niezłomnie wierzą, ze z losem nie wygrają. Pechowcami się urodzili i takimi już pozostaną… Na szczęście, nastoletni Gunther buntuje się przeciwko rodzinnemu piętnu. Pośród alkoholowych oparów, bez ojcowskiego wsparcia, chłopca stać na odważną decyzję o wyjeździe do internatu. Już nie rowerem, a pociągiem wkracza w nowy świat.
Akcja filmu rozwija się w dwóch przestrzeniach czasowych. Film to retrospektywne wspomnienia z okresu dorastania. Bowiem historię odmalowuje dorosły Gunther (przeciętny Valentijn Dhaenens), który usiłuje przecierać pisarskie szlaki. W międzyczasie, dorabia jako rozwoziciel pizzy, czy sprzedawca przekąsek w pociągach. 27-letniego Gunthera poznajemy w przełomowym dla niego momencie, mężczyzna dowiaduje się, że zostanie ojcem. Początkowo, bohater zdecydowanie neguje ideę ojcostwa. To strach przed przekazaniem złych genów klanu Strobbe’ów powoduje histeryczne zaprzeczenie perspektywy rodzicielstwa. Po jakimś czasie, z dorobkiem pięciu opublikowanych powieści, Gunther uczy synka jazdy na rowerze. Jak się dowiadujemy, stara się być dla swojego dziecka dobrym wujkiem, jeszcze nie ojcem.
Wiarygodności całej opowieści przydaje fakt, że poznajemy ją z perspektywy dorosłego już bohatera. Ponadto, bez przesadnego moralizatorstwa i sentymentalizmu reżyser demonstruje, że gangrenowata kloaka nie pochłonie każdego. Gunther nie dał się wciągnąć w rodzinne szambo, nie przyjął łatki nieudacznika. Rodowa duma Strobbe’ ów wywołuje jedynie ironiczny uśmiech. Szukanie własnej tożsamości oraz dojrzewanie w traumatycznych warunkach na zawsze zostawią ślad w psychice Gunthera. Film Feliksa van Groeningena im śmieszniejszy, tym bardziej tragiczny, i to chyba najlepiej wyraża zachętę do obejrzenia tego obrazu. Niekoniecznie na bosaka.
Boso, ale na rowerze (De Helaasheid der dingen), reż. F. Van Groeningen, dystr. Against Gravity, 2009.
Tagi: Felix Van Groeningen Against Gravity Ewelina Burda